niedziela, 25 grudnia 2011

Maleńka przyszła Miłość...

Moi Kochani !
W sercach wszystkich ludzi budzi się nadzieja i radość.
Tą radością pragnę się z Wami podzielić, życząc wielu łask od Bożego Dzieciątka. Niech Ono będzie dla Was źródłem głębokiej wiary
i gorącej miłości. Niech Jezus narodzi się w Waszych sercach,
a Jego miłość niech Was przemienia i napełnia pokojem przez cały Nowy 2012 Rok.





sobota, 24 grudnia 2011

Narodzenie Jezusa (Łk 2,1-14)

„W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania.” 
KOMENTARZ
Niedługo zasiądziemy do wigilijnego stołu, ale jak nakazuje nam tradycja wcześniej cała rodzina zbierze się na wspólnej modlitwie, w czasie której odczytamy powyższy fragment Ewangelii. Jest to opis narodzenia Jezusa niezwykle prosty i zwięzły, mówiący nam o tym w jakim miejscu Jezus przyszedł na świat i że był On pierworodnym synem. Tak, przychodzi nawiedzić nas oczekiwany przez tysiąclecia niebieski Gość – Mesjasz…, ale czy my, ludzie, mamy dla Niego wolne miejsce ? Nasze serca w porównaniu z tym, czym być powinny na przyjęcie Jezusa – przyznajmy to szczerze – są chyba dalej skromnymi stajniami betlejemskimi. I aż strach pomyśleć, że w wielu przypadkach są jeszcze dla Niego zamknięte…

środa, 7 grudnia 2011

Ciągle zaczynam od nowa...

Moi Kochani !
Wraz z  Adwentem rozpoczęliśmy nowy rok liturgiczny, więc warto się zastanowić i zatrzymać nad naszym życiem, i być może zapytać Pana: czego ode mnie oczekujesz ? Czy powinnam coś zacząć na nowo... tym razem z Tobą, Panie ? Uwierz mi, warto zaprzyjaźnić się z NIM... Spróbuj !!!

środa, 23 listopada 2011

Świadectwo mojego nawrócenia...

Aby, opowiedzieć moją historię muszę cofnąć się o około 2 lata wstecz, do czasu kiedy byłem w drugiej klasie szkoły średniej, albowiem wtedy zaczęło się wszystko. Wtedy to ostatni raz wyspowiadałem się za sprawą rekolekcji wielkopostnych. Była we mnie wiara w Boga, ale niestety jak pokazały późniejsze fakty, szybko wygasła i doszło do wewnętrznego zniewolenia duszy i jej wypalenia jak do niedawna myślałem. Zaczęło się niewinnie, jak każdego nastolatka interesowała mnie strefa erotyczna, z resztą to już trwało niejako wcześniej, ale w tym okresie nabrało tempa. Zaraz po spowiedzi przystąpiłem do przyjęcia Najświętszego sakramentu, przeżyłem święta Wielkanocne, ale niezbyt pobożnie, zamiast rezurekcji były gry komputerowe, zamiast postu objadanie słodyczami, a w nocy kiedy wszyscy spali szukanie materiałów erotycznych. Tak trwało to przez dwa lata, przy czym coraz bardziej się pogłębiało. Było coraz gorzej, wyszukiwałem coraz bardziej wyszukane filmy porno, przy których jak wtedy myślałem w „ niewinny „ sposób dawałem upust poprzez akty cielesne. Nie zdawałem sobie sprawy, że żyję w ciężkim grzechu, a kiedy zdałem sobie z tego sprawę, próbowałem zagłuszać sumienie, wmawiając sobie, że przecież nic się nie stało, że to normalne… Gdybym wiedział gdzie mnie to zaprowadzi... Do tego jeśli już szedłem do kościoła to przystępowałem do Najświętszego Sakramentu w stanie grzechu ciężkiego, a w czasie mszy szatan podsuwał mi różne perwersyjne myśli, które sprawiały, że kompletnie nie mogłem się skupić na modlitwie. Mijał czas... Problem pogłębił się do tego stopnia, że balem się iść do kościoła na mszę, i często zamiast być w kościele na mszy, lądowałem na tzw. „spacerkach po okolicy „. Wciąż dręczyło mnie sumienie, nic nie układało się po mojej myśli i tak było do niedawna. Punktem zwrotnym była choroba i śmierć bliskiej osoby, mojej Babci. Kiedy jej zabrakło pomyślałem, „Boże ,czemu to wszystko tak musi się kończyć? „. Wtedy zupełnie odwróciłem się od Boga. Dopiero kilka dni temu nastąpiła „Ostateczna Konfrontacja”. Pewnego wieczora poczułem wyjątkowo silny lęk, taki jakiego nigdy w życiu wcześniej nie czułem. W jednej chwili przeszły przeze mnie ciarki, czułem się tak jak skazaniec na szafocie, miałem wrażenie, że w każdej chwili może mnie dopaść zły duch. Wtedy to zacząłem się gorąco jak nigdy wcześniej modlić do Boga o przebaczenie i obronę, przed szatanem, którego w tej chwili bardzo się bałem. Tej samej nocy obudziłem się około godziny 3 rano czując wielki niepokój i ze strachem rozglądałem się po pokoju. Znów przystąpiłem do modlitwy, błagałem Boga by zabrał ode mnie to doświadczenie czymkolwiek jest, choć jak sądzę było to kuszenie „złego”. Analogiczna sytuacja powtórzyła się następnej nocy z soboty na niedzielę, znów niepokój, modlitwa i strach w środku nocy, który sprawił, że budziłem się zlany potem i przerażony jak małe dziecko. I niestety nadeszła niedziela, znowu przystąpiłem do Najświętszego Sakramentu bez spowiedzi. W nocy znów strach i lęk. Postanowiłem, że w poniedziałek, pójdę na msze i wyspowiadam się, byłem pewien, że to jedyna droga ratunku. Kiedy przystąpiłem do niej, było to wielkie przeżycie. Kiedy już wolny od grzechu uczestniczyłem w Eucharystii, odczułem wielką ulgę. Po wypełnieniu pokuty, następnego dnia przystąpiłem jako czysty do Najświętszego sakramentu. W ciągu 5 dni moje, życie uległo zupełnej przemianie. Moja modlitwa stała się głęboka jak nigdy, a kiedy modlę się czuję, że Pan Bóg mnie wysłuchuje, czuję Jego obecność. Poświęcam na modlitwę więcej czasu niż dotychczas, a zarazem odkryłem w sobie pasję do teologii. Przyjąłem , także postanowienie, że nigdy więcej nie wrócę do nałogu i będę codziennie uczestniczyć w Świętej Eucharystii. Pamiętajmy jednak, że szatan nie śpi i nawet osoby które po nawróceniu uświęciły swą wiarę, próbuje dręczyć w snach, Pamiętajmy wtedy o modlitwie do Matki Boskiej i do Świętego Michała Archanioła, gdyż Ich szatan się lęka najbardziej.

Niech to świadectwo będzie dowodem wiary i nawrócenia, i przestrogą przed sidłami szatana, które znajdują się tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Czuwajcie i nie dajcie się zwieść mocy piekielnej, gdyż jedynym Panem jest Jezus Chrystus współistotny z Bogiem Ojcem i Duchem Św. w Trójcy Przenajświętszej.
Jan, 17. czerwiec 2009 r.

wtorek, 25 października 2011

Przypowieść o ziarnku gorczycy i o zaczynie (Łk 13,18-21)

Jezus mówił: «Do czego podobne jest królestwo Boże i z czym mam je porównać? Podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posadził w swoim ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem, tak że ptaki powietrzne gnieździły się na jego gałęziach».
I mówił dalej: «Z czym mam porównać królestwo Boże? Podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż wszystko się zakwasiło».
KOMENTARZ
Obie przypowieści przedstawiają królestwo Boże jako coś niewielkiego i ledwie dostrzegalnego, ale zarazem jako rzeczywistość, która dynamicznie się rozwija. Tym, co najbardziej przyczynia się do rozwoju królestwa Bożego na ziemi, jest czytelne świadectwo wierzących w Jezusa. Bóg buduje swoje królestwo przede wszystkim w ludzkich sercach i pragnie, aby ludzie przemienieni miłością dzielili się nią z bliźnimi. W ten sposób powstaje rzeczywista wspólnota duchowa, w której rozpoznać można Bożą obecność i miłość Boga do całego stworzenia.

poniedziałek, 10 października 2011

Po co bierzmowanie ? (21)

I ciągle zadaję sobie pytanie: czy to jest miłość, czy oszukiwanie ?
Nie da się ukryć, że czas wakacji to dla wielu młodych okres wielkich sercowych podbojów. Ileż to razy gdzieś na mazurskiej przystani, na nadmorskiej plaży, a może i na samym szczycie tatrzańskim padają słowa: kocham cię. A zaraz po nich następują obietnice: nigdy cię nie zapomnę, będę pisać, przyjadę, chcę być już z tobą na zawsze.
Różne bywają losy tych wakacyjnych miłości. Niejedna z nich doprowadziła rozmiłowanych w sobie chłopca i dziewczynę na ślubny kobierzec. Inne zakończyły się z chwilą powrotu do domu. Niektórzy już we wrześniu, opowiadając znajomym o swojej wakacyjnej miłości, nie za bardzo mogą sobie przypomnieć, jak ona miała na imię. Tym bardziej, że w lipcu była jedna, a w sierpniu druga…
Żonglowanie słowem „kocham” jest powszechne i łatwe. Jak więc ustrzec się przed kimś, kto chce się mną zabawić, a może nawet tryumfalnie dorzucić do swojej licznej kolekcji poderwanych ?
Prawdziwą miłością jest Bóg i innej nie ma. Prawdziwym powiewem miłości, jej mocą, potęgą jest Duch Święty. To nie przelotne uczucie, zmysłowa fascynacja – to siła, która stworzyła wszechświat ! Jest prawdą, która demaskuje wszelki fałsz i zakłamanie. Warto modlić się do Niego szczególnie wtedy, gdy wiążemy się z kimś, wchodzimy w jakieś bliższe relacje. Ileż to rzekomo zakochanych mówi po tym, jak miną gorące uniesienia: gdzie ja miałam oczy ?! Gdzie miałem rozum ?!
Co mówili o prawdziwej miłości ludzie napełnieni Duchem Świętym ? Że jest ona pokorna. Gdy niekiedy rozmawiam z zakochanymi, to stawiam im pytanie:
- Czy już się ze sobą pokłóciliście ?
W odpowiedzi często słyszę stanowcze stwierdzenie:
- Nie ! My się tak kochamy, że się nigdy nie kłócimy !
- A to szkoda – odpowiadam. – To lepiej jeszcze ślubu nie bierzcie. Bo jeszcze nie wiesz, czy twój chłopak, twoja dziewczyna potrafić wypowiadać jedno słowo. Takie zwykłe, ale najtrudniejsze na świecie słowo: przepraszam. Związać się na całe życie z kimś, kto nie umie mówić „przepraszam”, któremu to słowo nigdy przez gardło nie przechodzi, to jak grać w toto-lotka. Może się trafić wzajemne porozumienie i harmonia. Ale jednak niewielkie tu szanse na życiową wygraną.
Co jeszcze o miłości mówili swoim życiem ci, których napełniał Duch Pocieszyciel ? Pokazywali, że człowiek nie ma kilku serc. Jedno od kochania sympatii, drugie od kochania Pana Boga, trzecie od kochania przyjaciół, czwarte od kochania rodziców. Dlatego nie trzeba się zbytnio zachwycać tym, że „mój chłopak wskoczył przez okno do pociągu, żeby mi zająć siedzące miejsce !” Cieszyć trzeba się raczej wtedy, gdy ów dżentelmen ustąpi w przedziale miejsca jakiejś staruszce. Nie można być szczerze rozmiłowanym w dziewczynie, a zupełnie nie dostrzegać cierpienia innych ludzi. Serce ma się jedno. Zamiast z rozkoszą wsłuchiwać się w potok komplementów pod swoim adresem, warto posłuchać, co moja sympatia mówi o swoich rodzicach. Jeśli ktoś zaraz po miłosnych wyznaniach wobec dziewczyny – mój aniołku, moja myszko – stwierdza z pogardą, że „moja matka jest dokumentnie głupia i kompletnie zakręcona”, to uwaga – coś tu nie gra ! Bo albo człowiek ma w sercu czystą miłość, albo ma pogardę. Jedno z drugim tam mieszkać nie może. Serce ma się jedno.
Jak chłopak dziś traktuje swoją matkę czy staruszkę w tramwaju, tak najprawdopodobniej kiedyś potraktuje swoją dziewczynę, gdy ta zostanie już jego żoną. Nie ma po co chodzić do wróżki, by pytać o przyszłość. Trzeba tylko pilnie przyglądać się życiu.
I może jeszcze jedno kryterium tej Bożej miłości. Przed ślubem warto sprawdzić, czy ten mój, czy ta moja ukochana boi się Boga. Nie ma co ukrywać, że bardzo często w okresie chodzenia ze sobą zdarza się coś niedobrego w dziedzinie czystości. Zbyt odważne dotknięcia, za dużo namiętności, itp. I wtedy przypomnij sobie – jak ta druga strona zareagowała ? Uśmiechem mówiącym, że było super ? A może twoja dziewczyna posmutniała i powiedziała: Boże, co myśmy najlepszego zrobili. Chodźmy do spowiedzi. Jak najszybciej.
Byłoby najlepiej, gdyby takie sytuacje w ogóle nie miały miejsca. Ale cóż – nie ma co ukrywać – zdarzają się. Jeśli ktoś wtedy nie zauważa grzechu, nie ma żadnych wyrzutów sumienia, to znowu powinno się zapalić czerwone światło. Ten ktoś nie liczy się z Bogiem. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że po ślubie, po latach, kiedy będzie chciał odejść, zdradzić, to żaden argument go nie zatrzyma.
Wspomniałem o twoim ukochanym, ale jeśli to ty nie umiesz mówić: „przepraszam”, jeśli jesteś skłócona z całą rodziną, jeśli nie masz wyrzutów sumienia z powodu ciężkiego grzechu, to znak, że musisz zaczekać ze słowem ”kocham”. Czy dziś w twoich ustach nie byłoby ono kłamstwem ?
To tylko kilka prawd o autentycznej miłości. Jaśniały one w życiu ludzi napełnionych Duchem Świętym. Uchronił ich przed ciągłym błądzeniem w labiryncie złudnych emocji i bolesnych rozczarowań. Dlatego warto przeżywać z Nim wszystkie dni. Wakacyjne też.
♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥   ♥
Może teraz zapytasz: jak spotkać Ducha Pocieszyciela ? Jak ma Go odnaleźć zwyczajny, marny człowiek uwikłany w grzech, w swoje słabości ? Odpowiem tak: a co robi owieczka, która zgubiła się pasterzowi i wplątała w bolesne ciernie ? Niewiele może zrobić – tylko dzwonić dzwoneczkiem na szyi i rozpaczliwie beczeć. Nam właśnie pozostaje to samo: przyzywać Pocieszyciela. Musimy to czynić z głęboką nadzieją. Bo nieważne ile masz lat, co przeżyłeś, za kogo cię ludzie uważają, na jakiej drodze życia jesteś. Zawołaj, On na pewno usłyszy, na pewno cię odnajdzie. Duch tchnie, kędy chce.

poniedziałek, 3 października 2011

Oddała życie za Eucharystię

     Poniżej przedstawiona historia została napisana przez jej świadka, a zarazem uczestnika, którym byt katolicki kapłan-misjonarz w Chinach, jest wstrząsająca, jako zapis szczególnego okrucieństwa. Lecz zachwyca także i buduje nadzwyczajną mocą wiary, której zarazem jest dowodem.
     "...Ukląkłem na miejscu udzielania komunii i modliłem się, w oczekiwaniu na kolejne zdarzenia. Za każdym razem, gdy słyszałem jakiś hałas w kościele lub głośny rozkaz na ulicy, liczyłem się z bliską śmiercią. Lecz nic szczególnego nie zdarzyło się tamtego dnia. Nazajutrz przeżyłem niespodziewaną wizytę. "Policja" - pomyślałem sobie i przeszły mnie już ciarki. Nie, był to tylko jeden oficer, władający doskonale chińskim. Udzielił mi następującego pouczenia: "Proszę kontynuować swoje zajęcie". Ofiarowałem mu jedno cygaro. Ukłonił się i wyszedł. Kolejne dni również nie przyniosły niczego specjalnego. Żołnierze odnosili się do mnie z rezerwą i z ciekawością patrzyli, kiedy chodziłem po ulicy.
     Miesiące mijały, a ja zacząłem przyzwyczajać się do komunistycznego reżimu. Lecz nie potrwało to długo... Pewnego letniego popołudnia, do szkoły przyszedł inspektor w towarzystwie czterech żołnierzy. Weszli do sali bez pukania. Czasy zmieniły się dla Chin - orzekł głośno inspektor - i wszystkie te pobożne przedmioty trafią zaraz do pieca. Jazda, do roboty dzieciaki... Po chwili, wraz z żołnierzami, zaczął zdzierać ze ścian obrazy, krzyż i figurki, kładąc je na ławkach. Następnie, rozkazał dzieciom włożyć to wszystko do kartonów i wynieść do ubikacji. Przerażone dzieci nie ruszały się z miejsc. Szybciej - krzyczał inspektor - bo inaczej zrobię użytek z mojego rewolweru. Lecz dzieci okazywały ciągle ten sam opór. W ostatniej ławce siedziała mała dziewczynka, z przygryzionymi wargami i z rękoma złożonymi, jak figura. Ty tam, z tyłu! - wrzasnął inspektor, podążając w jej kierunku. Grożąc i obkładając ją najgorszymi przekleństwami, usiłował zmusić ją do wykonania rozkazu. Mała spuściła oczy, lecz nie poruszyła się. Pozostałe dzieci były zmrożone strachem. Panowała śmiertelna cisza. Nagle, jeden z żołnierzy wyciągnął rewolwer i strzelił w okno. Dzieci krzyknęły z przerażenia i zaczęły płakać. Pod szkołę podchodziło coraz więcej ludzi, zdziwionych hałasem. Inspektor terroryzował dziewczynkę krzykiem, lecz ona nadal nie ruszała się z miejsca. Tylko wielka łza spływała po jej policzku. Spoglądając na grupę zebranych ludzi, rozkazał: "Sprowadźcie mi jej ojca, a potem zbierzcie wszystkich w kościele".
     Sprowadzono ojca dziewczynki z rękoma związanymi z tyłu. W międzyczasie, kościół wypełnił się. Ojcu kazano stanąć na prawo przy balaskach, w ten sposób, aby dokładnie widział córkę, którą przyprowadzono na miejsce udzielania komunii. Inspektor zamruczał coś do samego siebie, a potem głośno przemówił: "Nauczono was, że Bóg wasz jest wszechmogący i że przebywa tu w tabernakulum. Oto pokaże wam teraz, jak was oszukiwano. On nie może zupełnie nic! Zaraz zostanie zmiażdżony pod naszymi butami i nawet nie piśnie!" Żołnierze rozwalili drzwiczki tabernakulum jedną salwą strzałów. Zapanowało kamienne milczenie. Inspektor wziął puszkę, otworzył ją i wysypał wszystkie hostie na posadzkę w prezbiterium. "Podeptać ich Boga! - krzyknął do żołnierzy, którzy natychmiast wykonali rozkaz. - I co powiecie teraz?" Wszyscy wstrzymali dech. "Wierzycie nadal w to, co opowiadają wam księża?" - zwrócił się do ojca dziewczynki: "Odpowiadaj!" "Tak, nadal wierzę" - odpowiedział spokojnie. Rozpalony wściekłością, inspektor wrzasnął: "Dawajcie mi go tutaj!" W tym samym momencie, zbliżył się do niego pewien podoficer i powiedział mu coś na ucho. "Wszyscy wyjść z kościoła. Zostać ma tylko samo dziecko!" - rozporządził inspektor, wyraźnie ugięty otrzymanym rozkazem. Mnie samego, natomiast, zamknięto w komórce na węgiel, przylegającej do kościoła. Wewnątrz niej znalazłem dziurę, z której mogłem obserwować prezbiterium kościoła. Patrzyłem na rozsypane hostie i na dygocącą z przerażenia dziewczynkę. Nie upłynęło wiele czasu, jak do kościoła weszła jakaś kobieta, bogato ubrana, wystrojona w bransolety i pierścionki. Z uśmiechem podeszła do małej, rozwarła ramiona i powiedziała: Cóż ci ludzie tobie zrobili? Choć, nie zrobię ci nic złego... Dziewczynka zaczęła szlochać i rzuciła się w ramiona nieznanej. Po chwili, obydwie opuściły kościół.
     W ciemności mojego "więzienia" straciłem poczucie czasu. Modliłem się, spałem, odczuwałem głód i bolała mnie głowa. Panowała wokół mnie śmiertelna cisza. Przypuszczam, że był to ranek, kiedy nagle usłyszałem jakby ciche otwieranie drzwi. I kogóż ujrzałem przez dziurkę od klucza? Moją małą dziewczynkę, która z wahaniem podążała w stronę prezbiterium. Skupiona, zatrzymała się, popatrzyła wokoło, zrobiła jeszcze kilka kroków, uklękła i z szacunkiem podniosła językiem jedną hostię, spożywając ją. Gdy się podniosła, złożyła ręce i z zamkniętymi oczyma modliła się... Potem wstała i znikła. Prawie identyczna scena powtarzała się co ranek, będąc dla mnie jedynym pocieszeniem w mej ciemnej kryjówce. Z niecierpliwością oczekiwałem ranka, kiedy dziewczynka znowu przyjdzie spożyć kolejną z hostii. Piękno jej dziecięcej sylwetki, rozpromienione oczy i jej pełne nieśmiałości kroki wprowadzały mnie w prawdziwy zachwyt. Ileż razy jeszcze ją ujrzę? Lecz pewnego ranka, kiedy po komunii modliła się swoim zwyczajem, brutalnie otworzyły się drzwi. Rozległ się najpierw dziki okrzyk, a potem strzał. Dziewczynka, wspierając się na rękach, powoli osuwała się na posadzkę. Zbierając ostatnie siły, przyjęła językiem jeszcze jedną ze sprofanowanych hostii. Żołnierz stanął nad nią i przyglądał się pilnie. Po raz ostatni usiłowała się podnieść i złożyć ręce do modlitwy, lecz bezwładnie upadła. Po kościele rozległo się głuche uderzenie jej głowy o posadzkę. Żołnierz wlepił wzrok w jej martwe ciało, potem popatrzył na rozsypane hostie i z ciężkim krokiem opuścił świątynię.
     Gdy kontemplowałem jeszcze ciało młodziutkiej męczennicy, znienacka otwarły się drzwi komórki. Ten sam żołnierz, który przed chwilą zastrzelił dziewczynkę, oznajmił mi, że jestem wolny. Zdziwiony, podziękowałem i natychmiast pośpieszyłem do prezbiterium. Ledwo zdążyłem uklęknąć przed martwym ciałem, a oto żołnierz stał już nade mną. "Gdyby w każdej miejscowości była taka dziewczynka - powiedział to nie byłoby nawet jednego żołnierza, walczącego po stronie komunizmu". Gdy tylko pogrzebałem ciałko męczennicy, podszedł do mnie pewien mężczyzna, wziął mnie do samochodu i odstawił do samej granicy..."

piątek, 30 września 2011

Po co bierzmowanie ? (20)

Rozszyfrować Pana Boga
W sakramencie bierzmowania otrzymujemy dar mądrości. Czy pomoże nam on lepiej sobie radzić przy szkolnej tablicy albo na sprawdzianie ? Jest to nieco skomplikowany problem, ale i tego wykluczyć nie można, jeśli oczywiście sami spełniamy kilka istotnych warunków. Natomiast tym wszystkim, którzy są otwarci na Ducha Świętego, daje On niesamowitą mądrość życiową. Sporo można by tu pisać, ale wspomnę tylko o jednym z jej aspektów.
Przypomina mi się scena z filmu „Piękny umysł”. Jego bohater, genialny matematyk, został poproszony przez władze wojskowe o przeanalizowanie dziwnego ciągu liczb, przechwyconego przez nasłuch służb kontrwywiadu. Wprowadzono go do pomieszczenia o szklanych ścianach. Były one od podłogi do sufitu zapisane różnymi liczbami. Bohater filmu zaczął w skupieniu przyglądać się tysiącom cyfr z lewej strony, z prawej, na górze, na dole i nagle… dostrzegł w nich jakiś wyraźny porządek ! Wśród pozornego bezładu, bałaganu, przypadkowości zauważył ciąg, który bez wątpienia coś znaczył. W ten sposób rozszyfrowano przedsięwzięcie wrogiego mocarstwa.
Wydarzenia naszego życia następują po sobie niekiedy zupełnie przypadkowo. Miesiąc temu chorowałem na anginę, potem wujek miał wypadek samochodowy, potem super poszła mi matura, niestety zaraz po niej miałem rwanie zęba, itd… Życie jak życie. A chyba wszystko w nim takie bezładne i przypadkowe. Kiedy jednak dostaniemy Boży dar mądrości, to nagle możemy odkryć, że to wszystko układa się w naszym życiu w jakąś niezwykłą konstelację. W świetle wiary można w niej odkryć coś zadziwiającego, a nawet doznać olśnienia: Boże, aleś to wszystko ustawił ! Jak mądrze, jak przewidująco ! Nawet nie dostrzegłem, kiedy w moim życiu realizował się Twój plan zbawienia ! Ty jesteś genialny !
Bóg bardzo pragnie, abyśmy doszli do Jego domu. Przygotował go dla nas tak cudownie, że ludzki język nie może tego opisać, a rozum pojąć. Problem polega na tym, że my niekiedy skręcamy z drogi wiodącej do nieba, bo zły duch rozsypuje nam kolorowe błyskotki na bocznych ślepych uliczkach. I co Pan Bóg może wtedy zrobić ? Za kołnierz nas nie złapie, by nas w naszym wędrowaniu prawidłowo ustawić. Nie zrobi tego, bo tak szanuje naszą wolność. Jezus mógł tylko płakać nad ludźmi w Jerozolimie…
Dlatego Bóg, nie używając wobec nas przymusu, układa dla nas jakby scenariusz czy plan i zaprasza do jego spełnienia. Kiedy narozrabiamy i w czymś Mu się sprzeciwimy, On natychmiast przygotowuje wersję awaryjną, by znowu nas ratować. Ileż sytuacji, spotkań, rozmów, chwil szczęśliwych i smutnych szykuje dla nas Bóg, byśmy w końcu, w wolności swego serca, powiedzieli Mu: kocham Cię i chcę być Twój. Każdy z nas ma przygotowany taki plan Bożej Opatrzności. Przypomina on niekiedy sensacyjny film, w którym główny bohater ginie na początku, a kiedy widzowie pytają zaskoczeni: o co tu chodzi ? okazuje się, że on, oczywiście, żyje ! I tak jeszcze kilka razy się wszystko do góry nogami wywraca i tak kręci, że gdy przychodzi zaskakujący finał, to wszyscy mówią: ale numer ! zupełnie się tego nie spodziewałem !
Błogosławieni ci, którzy próbują rozszyfrować ten Boży scenariusz. Błogosławieni, którzy podejmują w nim tę pasjonującą akcję miłości. W całym swoim życiu nie przeżyją nic bardziej niesamowitego.

poniedziałek, 19 września 2011

Zadanie uczniów (Łk 8,16-18 )

Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło. Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma.
KOMENTARZ
Zadaniem uczniów Jezusa jest wytrwałe głoszenie słów Bożych, aby każdy człowiek mógł usłyszeć o królestwie Bożym i doświadczyć jego mocy. Poznanie zamysłu Bożego nie może stać się obiektem prywatnej wiedzy, którą przekazuje się tylko wybranym, ale musi być dostępne dla wszystkich. Jezus od początku zakładał konieczność powszechnego głoszenia Ewangelii o zbawieniu, która najpierw w sposób niewidoczny kiełkuje w sercach ludzkich, a gdy dojrzeje przeradza się w świadectwo widoczne dla wszystkich.

poniedziałek, 5 września 2011

Modlitwy dla każdego

MODLITWA O WIARĘ, NADZIEJĘ I MIŁOŚĆ.
Boże, Ty chcesz być dla mnie nie tylko Stwórcą, ale i Ojcem. Dziękuję Ci za łaskę wiary, nadziei i miłości, dzięki którym mogę już teraz przebywać z Tobą. Spraw, aby moja wiara nieustannie rosła. Pomóż mi, abym przez uczestnictwo w życiu Kościoła, coraz głębiej wchodził we wspólnotę życia z Chrystusem, aby On stał się moją drogą, prawdą i całym moim życiem. Ty, Panie, bądź moją pomocą w tej drodze do Ciebie. Spraw, bym modlił się z wielką ufnością. Niech ona krzepi moją odwagę. Ustrzeż mnie od zniechęcenia, które jest bezwładem duszy i od zwątpienia w ostateczne spotkanie z Tobą w wieczności. Pragnę, by w moim sercu rosła miłość ku Tobie. Chcę Ci być posłuszny poprzez wszystkie moje czyny, wypełnianie obowiązków i braterskie nastawienie do ludzi. Spraw, aby całe moje życie świadczyło, że jesteś, Boże, moim Ojcem. Amen.

piątek, 19 sierpnia 2011

Po co bierzmowanie ? (19)

Przegrać ze świętymi, czyli jak obudzić się ze snu
Wspomniałem już o niebezpieczeństwie oszukiwania samego siebie. Ktoś ma o sobie wysokie mniemanie i dałby sobie rękę uciąć, że jest właśnie tak, jak myśli. Tymczasem w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Ludzie, którzy żyją w takiej duchowej iluzji, mogą przeżyć na Sądzie Ostatecznym ogromny szok, kiedy w świetle Bożym zobaczą, jacy są naprawdę. Szczególnie niebezpieczną formą takiej iluzji jest właśnie iluzja zbiorowa, gdy fałsz przenika do serc całej wspólnoty czy grupy. Przed laty rozmawiałem z przyjacielem. Opowiadał mi, jak w dzieciństwie spędzał całe wakacje z kilkoma kolegami na warszawskim podwórku. Nudzili się niezmiernie i jakiś starszy kolega postanowił nauczyć ich grać w brydża. Przyniósł karty, pokazał, jak się rozdaje, jak gra, jak zapisuje punkty. Od tamtego czasu – jak opowiadał przyjaciel – całymi godzinami graliśmy w brydża. Minęły lata i mój przyjaciel, już jako student, pojechał z kolegami w góry. Spędzając wieczór w górskim schronisku, usłyszał, że jacyś ludzie poszukują czwartego do brydża. Zgłosił się od razu. Usiedli przy stoliku, rozdali karty, zaczęła się licytacja i nagle ktoś go zapytał: W co ty grasz ? Jak to: w co ? W brydża ? – odpowiedział zdumiony. Przecież to nie jest brydż ! Wykrzyknęli niemal jednocześnie starzy karciarze. To nie jest brydż ! Powtórzyli z naciskiem trzej panowie i zaczęli się rozglądać za nowym czwartym do gry. „Okazało się, że ten starszy chłopak na podwórku nauczył nas wtedy jakiejś innej gry. A ja przez laty byłem pewny, że umiem grać w brydża” – ze śmiechem opowiadał mi to nieszczęsny brydżysta. To bardzo pouczająca historia. Warto zwrócić uwagę: w którym momencie mój przyjaciel zrozumiał, że żaden z niego brydżysta ? Wtedy, kiedy usiadł przy rasowych brydżystach. Łatwo bowiem ulec złudzeniu: ależ ja jestem wspaniały ! I mam na to dowód: wszyscy obok mnie są gorsi ! Dlatego w naszym chrześcijańskim życiu powinniśmy ciągle starać się przebywać w obecności Jezusa – Najświętszego ze świętych. Przy Nim stawać, Jego naśladować. Przez lekturę życiorysów świętych ludzi powinniśmy jak najczęściej obcować ze świętym Franciszkiem, świętą Tereską, świętym Stanisławem Kostką. Ze swą płycizną duchową nieraz poczujemy się przy nich nieswojo. Tak, ale wzrastać można tylko wtedy, gdy poprzeczkę stawia się coraz wyżej. A tym, którzy dojdą do wniosku, że na poziom świętych można wzlecieć jedynie na skrzydłach, przypominam, że nie bez przyczyny symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Duch tchnie, kędy chce, Swoim porywem wydobywa On ludzi z przeróżnych zakłamań i złudzeń. Wznosi ich ku prawdzie.

środa, 29 czerwca 2011

Zaczęło się od książki...

    Droga, którą stopniowo dochodziłam do wiary, była bardzo wyboista i kręta. W okresie szczególnego cierpienia w moim życiu Kościół stał się dla mnie ważny, ale nie rozumiałam wówczas znaczenia Mszy św. ani mocy sakramentu Eucharystii.
     Pewnego dnia znalazłam się w księgarni ezoterycznej, (ezoteryczny oznacza wszystko, co jest "wewnętrzne" i związane z okultyzmem, "ukryte") gdzie zauważyłam książkę pt. Rozmowy z Bogiem. Publikacja ta zachwyciła mnie wtedy tak bardzo, że zaczęłam ją polecać wszystkim swoim znajomym i krewnym, wprowadzając ich przez to w świat kłamstwa. Zbagatelizowałam ostrzeżenie koleżanki, która odrzuciła tę książkę, twierdząc, że nie zawiera ona prawdy, ponieważ zaprzecza istnieniu piekła. Koleżanka mówiła, że największym triumfem szatana jest wmówienie nam, że nie ma wiecznego potępienia, dlatego że wówczas może on działać w sposób niczym nieograniczony.
     Siostra Faustyna w swoim Dzienniczku napisała, że najwięcej w piekle jest dusz, które nie wierzyły w jego istnienie. Ja niestety ślepo wierzyłam, że piekło nie istnieje; zaakceptowałam też istnienie reinkarnacji oraz stwierdzenie, że nie ma grzechu. Pasowało mi to bardzo, że każdy człowiek doskonali się w kolejnych wcieleniach i w efekcie wszyscy spotykają się z Bogiem.
     Z perspektywy czasu widzę, że było to pójście na łatwiznę. Teraz wiem, że prawdziwa droga do Boga to wspinanie się w górę, a nie łatwe schodzenie z góry; to przyjęcie wszelkich trudów i wyrzeczeń, a nawet cierpień, to całkowite oddanie się Bogu z ufnością dziecka. W tamtym czasie Kościół przestał być dla mnie ważny, ponieważ na podstawie wielu przeczytanych książek ezoterycznych doszłam do wniosku, że nie ma w nim prawdy. Usłyszałam też w kręgu osób ze świata ezoteryki (którym wtedy ślepo wierzyłam), że spowiedź jest wymysłem człowieka i że spowiadać się można Bogu w myślach. Nie korzystałam więc z tego tak wielkiego daru Bożego, jakim jest sakrament pokuty i pojednania.
     Coraz bardziej wikłałam się w szatańskich sidłach, myśląc przy tym, że bardzo kocham Boga i że odkryłam prawdę o Nim... Modlitwa była wprawdzie dla mnie nadal bardzo ważna, ale odmawiałam ją tylko w domu. Coraz bardziej pochłaniał mnie świat ezoteryki: chodziłam do wróżek, do osoby, która twierdziła, że kontaktuje się z aniołami (rysowała ich "portrety" i pisała "przekazy" od nich), do osoby rysującej "portrety reinkarnacyjne", do kogoś, kto twierdził, że oczyszcza ze złych energii... Posługiwałam się też wahadełkiem, medytowałam, zagłębiałam się w tzw. afirmacje, korzystałam z usług bioenergoterapeutów...
     Z początku wydawało mi się również, że potrafię rozmawiać z aniołem. Skrupulatnie notowałam sobie te "przekazy", zapisując w ten sposób gruby zeszyt. Najpierw były to teksty - jak mi się wtedy wydawało - niewinne, pełne dobrych myśli, potem jednak zaczęły napływać do mnie także informacje o tym, jakobym otrzymywała różne dary, dzięki którym mogłam rzekomo pomagać innym.
     To wszystko doprowadziło mnie tylko do pychy, co jak wiadomo świadectwo jest drugim triumfem szatana, który chce w ten sposób zniszczyć duszę człowieka. Byłam wówczas bardzo zaślepiona i - o czym wiem dopiero teraz, patrząc z pespektywy czasu - bardzo umiejętnie manipulowana. Myśląc, że faktycznie otrzymałam owe dary, pomagałam innym "uzdrawiającą energią - światłem". Zawsze w takich chwilach myślałam o Bogu, dlatego też sądziłam wówczas, że to, co robię, jest dobre. Teraz już wiem, że była to tylko ułuda mojego myślenia. Prawdziwe myślenie o Bogu jest związane z uwielbieniem i pokorą, ze świadomością swej nicości i słabości wobec Bożej potęgi. To zaś, co robiłam w tamtym czasie, wyglądało tak, jakbym sama się uważała za Boga. Był to szczyt pychy, która gdyby nie Boża łaska, niechybnie zaprowadziłaby mnie prosto do piekła.
     W końcu przyszedł moment, kiedy ów delikatny głos, który dotychczas słyszałam w swoim wnętrzu, nabrał mocy i wyrazistości. Zaczęłam słyszeć go tak, jak gdyby ten, kto go wydaje, stał tuż obok mnie. Stało się to dla mnie bardzo uciążliwe, zwłaszcza że treści, które były wcześniej - jak mi się wówczas wydawało - przepełnione dobrocią i miłością, nagle zmieniły się w przekleństwa, obraźliwe słowa i nieustanną krytykę. Trwało to bez przerwy przez całe dnie - aż do momentu, kiedy udawało mi się wreszcie zasnąć, co było bardzo trudne. Ten pełen nienawiści głos krytykował mnie tak bezlitośnie, tak okrutnie, że myślałam, iż jestem kimś najgorszym na świecie. Bałam się wtedy bardzo, że jak umrę, to czeka mnie piekło, więc ogromnie obawiałam się umrzeć. Zastanawiałam się, jak mam dalej żyć, skoro i tak pójdę do piekła. Był to lęk tak przerażający, że nawet nie umiałam płakać... Głos ten komentował mój każdy krok, przeszkadzał mi również w pracy - odczuwałam wciąż nieprzyjemne zapachy, nie potrafiłam obliczyć prostych rachunków, nie umiałam logicznie myśleć... Poza tym atakował mnie seksualnie, co było jedną z najgorszych rzeczy z jego strony. A na domiar złego zagroził mi, że jeśli powiem komukolwiek o tym, co się ze mną dzieje, to zrobi temu komuś krzywdę. Bardzo się bałam tego, że spełni tę swoją groźbę, więc na początku milczałam, cierpiąc przy tym okropnie.
     Niemal zupełnie straciłam poczucie własnej woli, prawie przestałam być sobą. Proste czynności, takie jak np. robienie śniadania, sprawiały mi wielkie trudności. Zapominałam całe fragmenty modlitw, nie umiałam się również modlić własnymi słowami. I do tego wszystkiego nie potrafiłam nawet powiedzieć Panu Bogu, co się ze mną dzieje... Jedyną moją modlitwą w tamtym czasie było wpatrywanie się w obraz Jezusa Miłosiernego. Ale jednocześnie zły duch podsuwał mi wtedy erotyczne obrazy, bardzo uwłaczające Panu Jezusowi... Myślałam wtedy, że to ja patrzę w ten sposób na Jezusa, więc nawet bałam się wówczas wpatrywać w ten tak bardzo ukochany dla mnie obraz... Teraz już wiem, że to po prostu szatan próbował ingerować w moją wyobraźnię, że te obrażające Pana Jezusa obrazy nie należały do mnie.
     Zły przeszkadzał mi w modlitwie na różne sposoby. Kiedy na przykład brałam różaniec do ręki, mówił mi, że jak w ogóle śmiem ja, która zdradziła Boga, modlić  się do Niego. Ręce mi tak wówczas drżały, że ledwo mogłam utrzymać różaniec. Przeżywałam tak okrutne męki, że nie znajduję słów, by to opisać. Pomimo to trwałam na modlitwie.
     Chociaż prawie uwierzyłam w to, że jestem tak okropna, jak mówił mi zły duch, to jednak wciąż w tych swoich duchowych ciemnościach widziałam światełko, które mi zapalił Pan Bóg. Ja to światełko po prostu czułam; wiedziałam, że Bóg, pomimo tego mojego błądzenia, nigdy mnie nie opuścił.
     Rozmawiałam wtedy ze wspaniałymi kapłanami, których Bóg postawił na mojej drodze. Księża ci wyjaśnili mi, że szatan chciał, żebym zwątpiła w Boże Miłosierdzie, i że nie muszę się bać, bo podczas szczerej spowiedzi Bóg wybacza wszystkie grzechy. Miłosierdzie Boże jest nieskończone. Święta Faustyna w swym Dzienniczku napisała: "Naprawdę, Jezu, lęk mnie ogarnia, widząc nędzę swoją, ale zarazem uspokajam się, widząc niezgłębione miłosierdzie Twoje, które o całą wieczność większe jest od nędzy mojej (...)" (Dz. 66). Poza tym niedawno przeczytałam w jednej z książek słowa Pana Jezusa: "Gdzie są wasze grzechy, jeśli je wymazałem?". Rozmawiałam też z księdzem egzorcystą, który modlił się za mnie.
     Moja droga do Boga jest teraz drogą w Jezusie. Jemu to właśnie oddałam całe swoje serce, którego jest obecnie jedynym Panem. Oddałam Jezusowi i Maryi siebie, swoje dziecko, całą swoją rodzinę oraz wszystkich znajomych. Zaufałam Bogu bezgranicznie. Nie mam już tzw. ziemskich marzeń - moim marzeniem jest zawsze być z Jezusem. Przyjmę wszystko, czego Pan Jezus dla mnie pragnie - i radości, i cierpienia.
     Obecnie zgłębiam Boże prawdy przez lekturę Pisma św., czytam też piękne książki o prawdziwej miłości do Boga; od pewnego czasu należę również do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Poznałam znaczenie Mszy św. i tego cudownego daru Jezusa - ofiarowania samego siebie w sakramencie Eucharystii. Bardzo ważna stała się też dla mnie regularna adoracja Najświętszego Sakramentu.
     Wcześniej moje relacje z Bogiem polegały głównie na przedstawianiu Mu moich próśb o spełnienie moich marzeń, teraz jednak opierają się na wielkiej chęci spełniania woli Pana Boga, Jego pragnień.
     Nauczyłam się rozmawiać z Jezusem wszędzie, gdzie tylko mogę. Opowiadam Mu o wszystkim, radzę się go jak najlepszego Przyjaciela, o którym wiem, że nigdy mnie nie zawiedzie. Uwielbiam te rozmowy. Dostaję odpowiedzi w przeczytanej książce, w słowach kapłana czy koleżanki. Jezusowi bardzo zależy na takich rozmowach, o czym się przekonałam, kiedy przeczytałam w książce boliwijskiej mistyczki Cataliny Rivas następujący fragment: "Ileż jest całych rodzin, które idą rozmawiać ze Mną, usiąść przede Mną" i mówić do Mnie, opowiadać Mi, jak im się wiodło w ostatnim czasie, opowiadać mi o swoich problemach, trudnościach, które mają, prosić Mnie o to, czego potrzebują(...) Uczynić Mnie uczestnikiem swoich praw. Ile razy? Ja wiem wszystko, czytam w największej głębi waszych serc i umysłów, jednak lubię, kiedy Mi opowiadacie o swoich sprawach, kiedy czynicie Mnie ich uczestnikiem jak domownika, jak najbardziej zaufanego przyjaciela. Ileż łask traci człowiek, gdy nie daje Mi miejsca w swoim życiu".
     Doświadczyłam wręcz namacalnie tego, że Bóg nigdy nas nie opuszcza, bo tak wielka jest Jego miłość do nas. Usłyszałam kiedyś piękne słowa: "Jezus nas kocha. On nie potrafi inaczej". Czuję, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłam, wyrywając się ze szponów szatana, była szczera spowiedź, przeprosiny płynące z głębi serca oraz bezgraniczne zaufanie Bogu - dziecięca ufność w Jego miłość i miłosierdzie.
     Teraz już wiem, że cokolwiek uczyniliśmy, to jeśli żałujemy tego szczerze i poprosimy Boga o pomoc, to On nam zawsze to wybaczy i poprowadzi nas swoimi ścieżkami w niezwykły sposób -w swej niepojętej naszym ludzkim rozumem miłości. Zrozumiałam w końcu, że nasze ziemskie życie jest tylko chwilą, za którą będziemy odpowiadać w wieczności. Teraz już nie są ważne dla mnie tzw. uciechy światowe - najważniejsze jest obecnie dla mnie to, żeby się podobać Bogu i sprawić Mu radość w spełnianiu Jego woli. Pozwólmy być Jezusowi Panem naszych serc, ich jedynym Gospodarzem, a nasze życie nabierze dzięki temu wówczas cieplejszych barw, będzie w nim więcej miłości i staniemy się przez to o wiele szczęśliwsi. Szczęść Boże!
Marzenna

środa, 15 czerwca 2011

Po co bierzmowanie ? (18)

Czy Matka Boża musiała duchowo pracować ?
Wielokrotnie w naszym życiu chrześcijańskim odwołujemy się do przykładu Maryi, jako Tej, która była tak czysta, posłuszna i oddana Bogu. Kiedy słyszymy tyle wzniosłych słów o Matce Jezusa, kiedy słyszymy, że jest Ona bez żadnego grzechu, to możemy sobie pomyśleć, że osiągnięcie tego piękna duchowego nic Ją nie kosztowało, że było Jej dane od razu za darmo. Tak jednak nie było. Maryja była rzeczywiście obdarowana przez Boga w sposób niezwykły, ale z Duchem Świętym, który spoczął na Niej, musiała ciężko przez całe życie współpracować. Bóg dawał Jej wiele trudnych lekcji i Ona sama stawała nie raz przed ciężkimi życiowymi egzaminami.
Kiedy Jezus miał dwanaście lat, to zgubił się Maryi i Józefowi. W wielkim bólu szukali Go trzy dni. I nagle… jest ! Odnalazł się ! Jest w świątyni, wśród uczonych w Piśmie. Każda matka oczekuje w takiej chwili, że dziecko powie: mamusiu kochana, ja tak tęskniłem za tobą ! Ale Jezus nic takiego nie mówi. Maryja wypowiada wtedy pamiętne słowa: Synu, czemuś nam to uczynił ? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział:”Czemuście mnie szukali ? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca ?” Chrystus jakby chciał powiedzieć: Maryjo, nie Ty jesteś najważniejsza. Bóg w niebie jest dla mnie najważniejszy. Ja należę przede wszystkim do Niego.
Po kilkunastu latach Maryja z krewnymi udała się w podróż do Jezusa. Jacyś ludzie donieśli Zbawicielowi: Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się z Toba widzieć. W takiej sytuacji każde serce matki czeka, by syn podszedł, wyraził swoją radość, by powiedział: mamo, jak się cieszę, tak dawno cie nie widziałem ! Ale Jezus wtedy nie wyszedł do Maryi. Wskazując swoich uczniów, powiedział: Moją Matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je. Co przez to powiedział Maryi ? Po raz drugi rzekł to samo: Maryjo, nie Ty jesteś dla mnie najważniejsza. Matka Boża na pewno te wszystkie sytuacje przeżywała w swoim sercu. Będąc Matką, stawała się uczennicą swojego Syna. Zapewne nie przychodziło Jej to lekko. Tego pokornego posłuszeństwa woli Bożej naprawdę musiała się cierpliwie uczyć.
I jeszcze inna scena z Ewangelii. Golgota, Jezus umiera, Maryja stoi pod krzyżem. To niesamowite – Jezus pozwolił, aby Matka patrzyła, jak On umiera. Mógł temu zapobiec, mógł powiedzieć swoim uczniom: zabierzcie Maryję z Jerozolimy, kiedy będę umierał – niech Ona na to nie patrzy. Ale Maryja z woli Bożej tam była i widziała, jak Jej Syn konał.
Każda matka w takiej sytuacji zapewne krzyczałaby: ludzie, ratujcie go, on jest niewinny ! Ale Ona stoi. Płacze, bo łzy na pewno płyną Jej po twarzy, ale nie mówi nic. Każda matka chciałaby teraz usłyszeć od syna słowa: mamo, dziękuję ci. Byłaś najlepszą matką. Kocham cię. Ale Jezus, wskazując na Jana mówi do Niej: Niewiasto, oto syn Twój. A potem znów pokazuje, kto jest dla Niego najważniejszy, wołając głośno z krzyża: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.
Jak trudne były dla Maryi te chwile, kiedy musiała bez reszty oddać Bogu swoje Dziecko. Dla każdej matki to najtrudniejsze: oddać swoje dziecko, wyrzec się jego bliskości. Uświadomić sobie, że Bóg jest ważniejszy niż jej ludzkie pragnienia. Maryja potrafiła to uczynić, bo nieustannie była pod natchnieniem Ducha Świętego, który zstąpił na Nią w chwili zwiastowania.
Każdy z nas ma pragnienie, by w czyimś życiu być najważniejszym. Ale ani my dla nikogo, ani nikt dla nas nie może stać się bogiem. Nawet najukochańszy przez nas człowiek należy bardziej do Boga niż do nas. Powinni o tym pamiętać rodzice , których dorosłe już dziecko zakłada swoją rodzinę, albo pragnie wstąpić do seminarium lub do zakonu. Bo każdy syn i córka należy przede wszystkim do Boga, a nie do swoich rodziców. Powinni o tym pamiętać młodzi ludzie, którzy przez grzech nieczystości chcą wyrwać swoją sympatię z rąk Bożych. Bo twój chłopak nie jest twoim chłopakiem, a twoja dziewczyna nie jest twoją dziewczyną. Oni należą do Boga. Tej ofiarności uczy Duch Chrystusa, Duch czystej miłości, która pozwala nam wyzwolić się z zaborczego egoizmu.

środa, 8 czerwca 2011

Zesłanie Ducha Świętego (Dz 2,1-12)

"Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu.  Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.
Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. «Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?» - mówili pełni zdumienia i podziwu. «Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? - Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże». Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć: «Co ma znaczyć?» - mówili jeden do drugiego. «Upili się młodym winem» - drwili inni."
KOMENTARZ
W dniu Pięćdziesiątnicy rodzi się Kościół i rozpoczyna się jego misja wśród wszystkich ludzi. Spełnia się tutaj nie tylko obietnica Jezusa dana uczniom przed Wniebowstąpieniem, ale osiągają tu swój szczyt wszystkie Boże obietnice dane w ciągu dziejów. Wspólnota zgromadzona w Wieczerniku, jednomyślnie oczekuje daru Ducha. Doświadczenie Pięćdziesiątnicy stanowi widzialny owoc Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa, gdyż gromadzi w jedno rozproszone dzieci Boże, a jednocześnie jest wzorem dla przyszłej misji Kościoła, który ma być otwarty na wszystkich ludzi, niezależnie od ich kulturowego pochodzenia. Fakt mówienia różnymi językami przez napełnionych Duchem Świętym pokazuje, że dzięki mocy Ducha głoszone słowo zdolne jest przełamać każdą barierę i że przyjęcie Ewangelii nie wymaga wyrzeczenia się własnej tożsamości kulturowej. Tym, który realizuje i uwidacznia to powszechne oddziaływanie Ewangelii, jest Duch Święty.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Nie bójcie się iść drogą świętości

    Już w niedzielę nasz Papież Jan Paweł II zostanie ogłoszony błogosławionym, dlatego chciałam Wam dzisiaj zaproponować wędrówkę przez Jego pontyfikat i Jego nauczanie.  Pomoże nam w tym autor tego artykułu. Zachęcam Cię, przeczytaj go do końca, bo warto, bo może on wiele wnieść w Twoje życie...
     Powszechne przekonanie, że Papież Jan Paweł II jest świętym wierni wyrażali już podczas Jego pogrzebu napisami na transparentach i okrzykami: "Santo subito!" ("natychmiast święty!").
     Jan Paweł II emanował świętością, czyli pięknem swojego człowieczeństwa, bogactwem osobowości, dobrocią, mądrością i miłością. Jednym słowem promieniował Chrystusem, gdyż tylko On jest jedynym źródłem i sprawcą świętości człowieka. To sam Jezus Chrystus uobecniał swoją miłość w życiu, pasterskiej posłudze, cierpieniu i śmierci błogosławionego Jana Pawła II.
Nie bójcie się przyjąć Chrystusa
     Patrząc na przykład życia Jana Pawła II, uświadamiamy sobie, że każdy człowiek jest powołany do wspólnoty życia z Bogiem. I dlatego nikt nie osiągnie pełni człowieczeństwa, jeżeli nie zjednoczy się z Chrystusem i nie pozwoli ogarnąć się Jego miłosierną miłością, która gładzi wszystkie grzechy, rozrywa wszelkie kajdany zła, leczy najboleśniejsze rany, a największych grzeszników czyni świętymi.
     Fascynacja świętością Jana Pawła II powinna uświadomić nam, że Chrystus powołuje do świętości również ciebie i mnie, powołuje każdego bez wyjątku grzesznego człowieka i daje wszystko, co jest nam potrzebne, abyśmy stali się świętymi, czyli w pełni szczęśliwymi. Oczekuje tylko od nas zgody i współpracy. Świętość i przebóstwienie człowieka jest dziełem Boga, ale nie może się dokonać bez współdziałania człowieka.
     Po śmierci Jan Paweł II apeluje do nas wszystkich z jeszcze większą siłą, aniżeli to czynił w czasie ziemskiego życia. Woła do nas poprzez całe swoje duchowe dziedzictwo, które nam zostawił: nie bójcie się otworzyć Chrystusowi drzwi waszych serc! Nie bójcie się oddawać Maryi na Jej wyłączną własność, i powtarzać Jej: Totus Tuus - Cały Twój, aby uczyć się od Niej całkowitego oddania Chrystusowi i heroicznej wiary, by wierzyć tak, jak Ona wierzyła nadziei wbrew ludzkiej nadziei; nie bójcie się iść drogą świętości; nie bójcie się codziennie mówić do Chrystusa: pragnę stawać się świętym, czyli takim, jakim Ty, Panie, chcesz, abym się stał; nie bójcie się codziennie iść za Chrystusem drogą przykazań i Ewangelii, drogą wiary, która działa przez miłość; nie bójcie się całkowicie ufać Chrystusowi, który do końca nas umiłował, biorąc na siebie nasze grzechy, aby je zgładzić w swojej śmierci i zmartwychwstaniu; nie bójcie się wyznawać Chrystusowi swoje grzechy w sakramencie pokuty i ufać w Jego nieskończone miłosierdzie.
     Jan Paweł II uświadamia nam, że świętość to zjednoczenie z Chrystusem, wszczepienie w Chrystusa, tak, jak wszczepienie latorośli do winnego krzewu: "Ja jestem krzewem winnym - mówi Jezus - wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5). Wszczepienie w Chrystusa sprawia, że człowiek uczestniczy w życiu i miłości samego Boga, a więc osiąga pełnię człowieczeństwa, całkowicie realizuje siebie, gdyż Chrystus dopełnia w nim dzieła stworzenia i czyni go świętym.
Co mam czynić, aby stać się świętym?
     Pragnienie świętości jest pragnieniem pełni człowieczeństwa. Świętość to miłość, wolność, prawda, czyli pełnia szczęścia. Bez naszej zgody i współpracy z Chrystusem nigdy tej pełni nie osiągniemy.
     Co więc mam czynić, aby stać się świętym? Popatrz na przykład życia, jaki zostawił nam Jan Paweł II.
     Jeżeli pragniesz rozpocząć tę niesamowitą przygodę, jaką jest pójście drogą do świętości, to najpierw idź do spowiedzi, wyznaj wszystkie swoje grzechy, a po przyjęciu Komunii św. powiedz Jezusowi, że pragniesz iść razem z Nim przez życie, aby cię uczył kochać, wyzwalał z egoizmu, przemieniał i czynił świętym. Tak, jak to od dzieciństwa nieustannie czynił Jan Paweł II, tak samo i Ty całkowicie zawierzaj siebie Jezusowi przez Maryję. Zawierzaj całą swoją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, wszystko, czym jesteś i co posiadasz. W codziennej modlitwie często powtarzaj: Totus Tuus (Cały Twój).
     Chrystus jest "drogą i prawdą, i życiem" (J 14, 6). Trzeba się z Nim spotkać i umiłować Go. To dzieje się przede wszystkim w Eucharystii. Szukajmy każdej okazji, by uczestniczyć we Mszy św., przyjmując Jezusa do swego serca, karmiąc się Jego Ciałem, umacniając Jego obecnością. To On będzie nas napełniał Swoją świętością, Swoim życiem, wskazywał drogę i odsłaniał prawdę Swojej woli, która czasem jest trudna do przyjęcia, ale prowadzi do pełni życia.
     Do tych wszystkich, którzy zniechęcają się, Jan Paweł II woła: "Wstańcie, chodźmy!" i uspokaja: "Nawet jeśli te słowa oznaczają czas próby, wielki wysiłek i bolesny krzyż, nie musimy się niczego obawiać. Słowa te niosą bowiem w sobie także radość i pokój, które są owocem wiary.
     Boża miłość nie nakłada na nas ciężarów, których nie moglibyśmy unieść, ani nie stawia nam wymagań, którym nie moglibyśmy sprostać, jeśli wzywa, przychodzi z konieczną pomocą" (Wstańcie, chodźmy!, s. 163-4).
Wstańcie, chodźmy!
     Aby codziennie iść drogą wiary, konieczna jest samodyscyplina. Trzeba sobie ustalić plan dnia i z żelazną konsekwencją realizować go. W codziennym rozkładzie zajęć musi się znaleźć stały czas przeznaczony na modlitwę, na osobiste bycie sam na sam z Chrystusem, czas na pracę i służbę innym oraz na godziwy odpoczynek. Do wszystkich swoich zajęć, prac, zadań i modlitwy należy wkładać całe serce. Trzeba od siebie wymagać, przezwyciężać egoizm, który objawia się w niechęci do wysiłku, w lenistwie i pobłażaniu sobie. W jaki sposób? Decyzją woli zmuszać się do działania, modlitwy, pracy i innych zadań, szczególnie wtedy, kiedy się człowiekowi najbardziej nie chce.
     Jeżeli, pomimo słabości i upadków człowiek będzie szedł drogą przykazań i Ewangelii, odczytując i pełniąc wolę Bożą we wszystkich wymiarach i dziedzinach swojego życia, wtedy Chrystus będzie mógł kształtować jego człowieczeństwo, dopełniać dzieła stworzenia, czynić je świętym.
     Należy zawsze pamiętać, że cała duchowa siła i moc człowieka wypływa z modlitwy. To na modlitwie i w sakramentach, a przede wszystkim w Eucharystii, pozwalamy Jezusowi, aby przemieniał nasze serca, uwalniał je od grzechów i uzdalniał do miłości. Dlatego tak wielką krzywdę wyrządzają sobie ludzie, kiedy zaniedbują modlitwę lub przestają się modlić, gdyż wtedy ich życie duchowe karłowacieje i zamiera, stają się bezbronni wobec ataków sił zła, które ich zniewalają i nimi manipulują.
     Aby codziennie iść drogą wiary, trzeba wyznaczyć sobie bardzo konkretny czas na modlitwę: różaniec, koronkę do Bożego Miłosierdzia, medytację Pisma św., adorację Najświętszego Sakramentu lub inne formy modlitwy. Nigdy nie można dyspensować się z obowiązku modlitwy, uzasadniając to złym nastrojem lub samopoczuciem. Właśnie wtedy, kiedy nie chce mi się modlić, powinienem się modlić dwa razy dłużej, ofiarując Jezusowi swoją niechęć i zły nastrój. Niechęć do modlitwy i odkładanie jej na później, to najbardziej podstępne i niebezpieczne pokusy złego ducha. Trzeba mieć świadomość ich istnienia i zdecydowanie je odrzucać.
     Troszcząc się o życie duchowe, nie można zaniedbywać regularnej, miesięcznej spowiedzi. Wskazane jest znalezienie sobie stałego spowiednika. Niezwykle ważne jest tutaj złożenie przyrzeczenia Chrystusowi: Panie Jezu, przyrzekam Ci, że będę starał się żyć zawsze w stanie łaski uświęcającej, a gdyby zdarzył mi się ciężki upadek, to natychmiast przyjdę do Ciebie, abyś mnie uwolnił od grzechu w sakramencie pokuty.
     Całe życie Jana Pawła II jest czytelnym świadectwem, że wszystko w jego życiu zaczynało się "u stóp Chrystusa utajonego w Najświętszym Sakramencie". Tajemnicą wielkości Jana Pawła II jest właśnie modlitwa. Codziennie kilka godzin przeznaczał na nią. To dzięki Mszy św., modlitwie i kontemplacji czerpał od Chrystusa miłość, mądrość, wiedzę i siłę, bo tylko Chrystus jest jedynym Źródłem, w którym "wszystkie skarby mądrości i wiedzy są ukryte" (Kol 2, 3). Wspominając czasy krakowskie Ojciec Święty pisze: "W domowej kaplicy nie tylko się modliłem, ale także siedziałem i pisałem. Tu napisałem moje książki, wśród nich opracowanie Osoba i czyn. Jestem przekonany, że kaplica to miejsce, z którego pochodzi szczególne natchnienie. To ogromny przywilej móc mieszkać i pracować w przestrzeni tej Obecności. - niczym potężny magnes. Mój serdeczny, już nieżyjący przyjaciel Andre Frossard, w książce Bóg istnieje, spotkałem Go głęboko ujął moc i piękno tej Obecności. Jednak nie zawsze konieczne jest fizyczne przyjście do kaplicy, żeby duchowo wejść w przestrzeń Najświętszego Sakramentu" Wstańcie, chodźmy!, s. 116).
     Jan Paweł II podkreśla, że tylko ten, kto się modli, potrafi kochać swojego bliźniego: "Zainteresowanie się drugim człowiekiem zaczyna się od modlitwy biskupa, od jego rozmowy z Chrystusem, który mu powierza swoich. Modlitwa przygotowuje nas do spotkań z drugimi. Są to spotkania, w których dzięki duchowemu otwarciu możemy się wzajemnie poznawać i rozumieć także wtedy, kiedy czasu jest niewiele. Ja za wszystkich po prostu modlę się dzień w dzień. Gdy spotykam człowieka, to już się za niego modlę i to zawsze pomaga w kontakcie z nim. Trudno mi powiedzieć, jak ludzie to odbierają - trzeba by ich zapytać. Mam jednak taką zasadę, że każdego przyjmuję jako osobę, którą przysyła Chrystus - jako tego, którego mi dał i zarazem zadał" (Wstańcie, chodźmy!, s. 58).
     Wiara szuka zawsze głębszego zrozumienia, dlatego niezwykle ważne jest pogłębianie swojej wiedzy religijnej poprzez lekturę dobrych książek i czasopism katolickich. Jan Paweł II udziela nam w tym względzie bezcennej porady: "Zawsze miałem dylemat: Co czytać? Starałem się wybierać to, co najistotniejsze. Tyle rzeczy się publikuje. Nie wszystkie są wartościowe i pożyteczne. Trzeba umieć wybierać i radzić się, co czytać. Od dziecka lubiłem książki. Do tradycji czytania książek wdrażał mnie mój ojciec. Siadał obok mnie i czytał mi całego Sienkiewicza i innych pisarzy polskich. Kiedy umarła matka, zostaliśmy we dwóch z ojcem. I on nie przestawał zachęcać mnie do poznawania najbardziej wartościowej literatury" (Wstańcie, chodźmy!, s. 76).
Na czas próby
     Jeżeli idziemy wytrwale drogą wiary do świętości, to z całą pewnością będziemy poddani różnorakim próbom. Jan Paweł II pragnie przygotować nas na ten trudny czas doświadczeń, tłumacząc: "Próby zapewne nas spotkają. Nie jest to niczym niezwykłym. To należy do życia wiary. Czasem próby są łagodne, czasem bardzo trudne, a nawet dramatyczne. W próbie możemy się czuć osamotnieni, ale łaska Boża, łaska zwycięskiej wiary, nigdy nas nie opuszcza. Dlatego każdą próbę, choćby najstraszniejszą, możemy przejść zwycięsko" (Wstańcie, chodźmy, s. 148).
     I tutaj wzywa nas Ojciec Święty do nieugiętej walki z własnymi słabościami i siłami zła. Symbolem tego dramatycznego zmagania się i walki jest nieustraszona obrona polskich żołnierzy we wrześniu 1939 r. na Westerplatte, które od tego czasu stało się znakiem "wierności w dramatycznej próbie". Trzeba być wiernym Chrystusowi aż do końca, wiernym w zachowywaniu wszystkich przykazań i Ewangelii. Jan Paweł II apeluje do nas wszystkich: "Nigdy samo "więcej mieć" nie może zwyciężyć. Bo wtedy człowiek może przegrać rzecz najcenniejszą: swoje człowieczeństwo, swoje sumienie, swoją godność". Dlatego Ojciec Święty wzywa: "Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali". I tłumaczy: "Każdy z was znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie - jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba "utrzymać" i "obronić", tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić - dla siebie i dla innych" (Westerplatte, 12 czerwca 1987).
     Pan Jezus bardzo pragnie, abyś został świętym. Jeśli odpowiesz na Jego pragnienie i podejmiesz codzienny wysiłek życia wiarą, trud całkowitego posłuszeństwa i współpracy w realizowaniu Bożych planów, to wtedy staniesz się uczestnikiem najbardziej fascynującej rzeczywistości, jaką jest stawanie się prawdziwie wolnym i kochającym człowiekiem, czyli świętym.
     Niech nauczanie i przykład życia błogosławionego Jana Paweł II uświadomi nam, że powołanie do świętości każdego bez wyjątku człowieka, nie jest tylko zwykłą możliwością, ale obowiązkiem, wypływającym z istoty naszego człowieczeństwa, stworzonego na obraz i Boże podobieństwo.
     "Bądźcie jak posłuszne dzieci. Nie stosujcie się do waszych dawniejszych żądz, gdy byliście nieświadomi, ale w całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi na wzór Świętego, który was powołał, gdyż jest napisane: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty" (1 P 1, 14-16).

ks. M. Piotrowski TChr

sobota, 23 kwietnia 2011

Szukać Miłości jak Maria Magdalena (J 20,1-9)

"A pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: "Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono". Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, [które mówi], że On ma powstać z martwych."
KOMENTARZ
Wszyscy szukamy miłości. Czy szukamy jej jednak tak jak Maria Magdalena? Dla Marii Miłością był Jezus Chrystus. Nie potrafiła żyć bez Niego od czasu, kiedy Jezus uwolnił ją od siedmiu demonów  (Łk 8,2).
Maria Magdalena wpatrywała się w oblicze Pana Jezusa. Patrzyła z wiarą na całą agonię Jezusa na krzyżu - trzy godziny. Wierzyła, że dokonuje się coś jedynego. Była wolna, ale tylko przy Nim, z Nim, przez Niego. Nie mogła, nie chciała Go opuścić. Już doświadczyła, że prawdziwą wolnością jest Jego Miłość. Nie dziwi więc, że z samego rana po szabacie „kiedy jeszcze było ciemno” (J 20, 1nn) szybko idzie do grobu, aby znowu Go uczcić, być blisko. Ale nie znalazła Umiłowanego. Daje znać apostołom. Sama jednak nie odchodzi od miejsce, gdzie Go zostawiła. Nie od razu rozumie znak pustego grobu, płacze. Zrozumieć to wydarzenie może tylko ten,  kto kocha, zna Pisma i Moc Boga. Właśnie miłość nie pozwala Marii odejść z tego miejsca. Miłość wszystko przetrzyma, jeśli jest wzajemnością, nigdy nie ustaje, nie może się skończyć – musi się wypełnić (por. 1 Kor 13). Ale jak? Zawsze inaczej, piękniej, bo to przecież Miłość Boga, Umiłowany Boga, który głosił i objawił nam królestwo Boże. Nie może się ono zakończyć na grobie!  Dlatego łzy tęsknoty to łzy oczekiwania na spełnienie. Spotkanie nastąpiło… „ujrzała stojącego Jezusa” (J 20,14), a po dialogu z Nim, chętnie, z radością poszła do uczniów i powiedziała: „Widziałam Pana i to mi powiedział” (J 20,18). 
 

 

sobota, 19 marca 2011

Sąd Ostateczny (Mt 25,31-46)

„Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów.  Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie.  Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie." Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».”
KOMENTARZ
Zauważ, że Syn Człowieczy, który dokonuje sądu, przedstawiony jest jako Bóg i pasterz. Zaś opis Sądu Ostatecznego stanowi podsumowanie nauki Jezusa o miłości Boga i bliźniego. Chrystus sądzi bowiem w oparciu o miłość. Nagrodą zbawionych będzie królestwo Ojca. Tak więc pełnienie dzieł miłości lub zaniechanie ich jest decydowaniem o swoim wiecznym losie. Każdy człowiek będzie miał szansę zdania sprawy ze swej postawy miłości. Kryterium oceny będzie stosunek do najmniejszych braci, tj. najbardziej potrzebujących. Jezus utożsamia się z nimi, dlatego każdy ludzki czyn dosięga swymi skutkami nie tylko człowieka, ale i samego Chrystusa. Przykazanie miłości bliźniego jest nieodłączne od przykazania miłości Boga i nigdy nie można ich rozdzielać. Religijność, która skupia się wyłącznie na relacji: „ja – mój Pan Bóg”, i pozwala przechodzić obojętnie wobec drugiego człowieka, jest fałszywa, niezależnie od tego, ile ktoś odmawia modlitw i jak wiele opowiada o Bogu. Prawdziwa skrucha serca, do której Kościół zaprasza w sposób szczególny w tegorocznym okresie Wielkiego Postu, w naturalny sposób owocuje otwarciem na innych ludzi i każe dzielić ich bóle i radości. Uważaj na to co robisz i jak żyjesz, abyś nie stanął kiedyś przed Panem z pustymi dłońmi i pustym sercem…

środa, 9 marca 2011

Ponowne wezwanie do pokuty (Jl 2,12-18)

"Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego! On bowiem jest łaskawy, miłosierny, nieskory do gniewu i wielki w łaskawości, a lituje się na widok niedoli. Kto wie? Może znów pożałuje i pozostawi po sobie błogosławieństwo [plonów] na ofiarę z pokarmów i ofiarę płynną dla Pana Boga waszego. Na Syjonie dmijcie w róg, zarządźcie święty post, ogłoście uroczyste zgromadzenie. Zbierzcie lud, zwołajcie świętą społeczność, zgromadźcie starców, zbierzcie dzieci, i ssących piersi! Niech wyjdzie oblubieniec ze swojej komnaty a oblubienica ze swego pokoju! Między przedsionkiem a ołtarzem niechaj płaczą kapłani, słudzy Pańscy! Niech mówią: Przepuść, Panie, ludowi Twojemu i nie daj dziedzictwa swego na pohańbienie, aby poganie nie zapanowali nad nami. Czemuż mówić mają między narodami: Gdzież jest ich Bóg? I Pan zapalił się zazdrosną miłością ku swojej ziemi, i zmiłował się nad swoim ludem."
KOMENTARZ
Dziś zaczyna się okres Wielkiego Postu. Poszcząc, wyznaję, że powracam do Królestwa, którego jestem dziedzicem. Idziemy do świątyni, aby pochylić głowy i przyjąć popiół. Równocześnie chcemy otworzyć swoje serca, by w nie możliwie głęboko wpadła jedna z najbardziej podstawowych prawd objawionych przez samego Boga, ujęta w słowach: „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz”. Dokonuje się to na progu Wielkiego Postu. Przed nami czterdzieści dni przygotowania do ponownego przeżycia uroczystości Wielkiego Czwartku, Piątku i Wielkiej Niedzieli. Dlaczego Kościół posługuje się takim prostym, a bardzo wymownym znakiem? Człowiek to ciało i duch. Ciało jest częścią ziemi. Z ziemi pochodzi i do ziemi wraca. Duch pochodzi od Boga i do Boga wraca. Ale człowiek to połączenie ciała i ducha. Tu na ziemi jesteśmy rozrywani przez dwie potęgi. Świat ma do nas dostęp przez ciało i za wszelką cenę usiłuje ducha podporządkować swemu prawu. Duch natomiast, od momentu chrztu, usiłuje ciało podporządkować sobie. Jesteśmy ludźmi ducha i ciała. Mimo wysiłku, mimo trudu nie zawsze udaje się nam podporządkować ciało duchowi. Czas Wielkiego Postu to czas szczególnego zmagania, to czas, w którym sprawdzamy moc swojego ducha. Oto dziś chcemy uświadomić sobie, że świat ciała jest przemijający, że ta szczypta popiołu, która spadnie na naszą głowę, jest znakiem wartości życia doczesnego. To, co może trwać wiecznie — musi być dziełem ducha. W ciągu czterdziestu dni mamy udowodnić sobie i Bogu, że duch w nas jest mocniejszy, że duch potrafi odnieść zwycięstwo. Dzisiaj odmówiliśmy ciału pokarmu. Ograniczyliśmy posiłki tylko do trzech, i to niepełnych, aby pokazać, że duch jest mocniejszy aniżeli ciało. Taki jest chrześcijański sens postu. Człowiek wobec siebie i wspólnoty uzasadnia, że duch jego jest mocniejszy, że jego ciało jest mu uległe. Każdy robi inne postanowienie: jeden ogranicza palenie papierosów całkowicie lub do pięćdziesięciu procent, drugi rezygnuje do Wielkiej Niedzieli z picia alkoholu, trzeci na czas Wielkiego Postu wyłącza telewizor i czas przeznaczony na jego oglądanie wykorzystuje do czytania dobrej książki lub prasy, czwarty wstaje dziesięć minut wcześniej niż zwykle po to, aby porządnie odmówić poranną modlitwę. To są małe gesty, a jednak mające wielkie znaczenie, ponieważ praktycznie dzień po dniu przez czterdzieści dni dowodzą, że duch nasz jest mocniejszy aniżeli ciało.

wtorek, 22 lutego 2011

Jak Bóg znalazł mnie

Miałem 28 lat i moja wiara ograniczała się do co niedzielnych wizyt w kościele i klepania pacierzy tak, by już to mieć za sobą. Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co zmusiło mnie do innego spojrzenia na wiarę, coś co spowodowało, że musiałem poukładać swoje życie na nowo.
     To był grudniowy bardzo zimny poranek, od kilku dni pracowałem w nowej firmie. Od początku grudnia jeździłem po Polsce wdrażając się do nowej pracy i miałem tego naprawdę dość. 22 grudnia miałem zostać z 8 miesięcznym synkiem w domu i odpocząć do samego Bożego Narodzenia. Stało się jednak inaczej. Żona moja miała na imię Ewa i chciała w ostatnim dniu przed świętami popisać się swoim domowym wypiekiem w pracy. Była też dodatkowa okazja 24-tego obchodziła imieniny. Więc do Jasia przyszła rano niania, a my pojechaliśmy do pracy. Dziś pamiętam tylko ten okropny ziąb który przeszywał ubranie, jak gdyby cofał nas do domu. Niestety nie potrafiłem odczytać wszystkich znaków i wyjechaliśmy. Kilka kilometrów za miejscowością, w której mieszkaliśmy uderzyłem w drzewo. Moja żona zginęła na miejscu. Wciąż pamiętam jej ostatnie tchnienie, kiedy na chwilę odzyskałem przytomność. Pamiętam przerażenie i próbę krzyku by ją ratowano, ale im bardziej otwierałem usta tym miałem mniej siły i w końcu straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem w karetce nikt nie chciał ze mną rozmawiać na temat mojej żony, każdy mówił, że będzie dobrze. Dopiero po kilku godzinach, kiedy byłem już na środkach uspakajających powiedziano mi co się stało.
     Nagle moje życie legło w gruzach, chciałem nie żyć, błagałem Boga, by odebrał mi życie, bo sam byłem zbyt wielkim tchórzem by to zrobić. Moje serce krwawiło ciało sprawiało ból i czułem, że straciłem duszę. Wszyscy dookoła mówili o przeznaczeniu, o tym, że tak musiało się stać. A ja wiedziałem jedno: to nie przeznaczenie, to ja to zrobiłem, to ja jestem winny, to mnie powinien spotkać ten los, nie Tą którą tak bardzo kochałem.
     Znalazły się tylko dwie osoby, które potrafiły mi powiedzieć w twarz, że to ja jestem winien, jestem im za to wdzięczny i będę do końca życia. Jednym był mój serdeczny przyjaciel, a drugą ksiądz. To oni uświadomili mi prawdę, o której zawsze wiedziałem, ale której nie potrafiłem zaakceptować i przyjąć. Oni posiadali coś, czego ja nie rozumiałem do tej pory, posiadali wiarę. Tak, miałem wyrzuty do Boga, tak, chciałem się od niego odwrócić, tylko że przyjaciele uświadomili mi, że przecież ja go jeszcze nawet nie poznałem. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę z nim rozmawiam. Zwróciłem się do niego jak do żywej osoby, nie jak do figurki, którą uważałem do tej pory za Boga. Codziennie mówiłem Mu jak się czuję, codziennie prosiłem Go, by mi pomógł. Dopiero po pewnym czasie zacząłem zauważać, że On naprawdę jest przy mnie, słucha mnie, choć nie rozwiązuje moich problemów moimi sposobami, nie daje mi tego, czego oczekuje, ale daje mi więcej, bo daje mi to, czego naprawdę mi trzeba. Ufam Mu bezgranicznie, uważam, że jestem ślepcem na drodze pełnej kamieni, ale trzymam za rękę swojego Ojca, a dopóki tak jest, On nie pozwoli na to, bym się potykał. Nawet, jeśli ześle cierpienie, wiem że to cierpienie nie jest daremne, wiem, że po jakimś czasie będę wdzięczny Mu za to, że to tą drogą mnie poprowadził.
     Od ponad 2000 lat mamy tą prawdę przed oczyma i nadal nie potrafimy z niej korzystać. Twierdzę, że jestem ślepcem na swojej drodze, lecz współczuję ludziom, którzy nie potrafią odkryć tej prawdy, dlatego, że są bardziej ślepi ode mnie.
     Mam nadzieje, że choć jedna osoba zastanowi się nad tym, co tutaj opisałem. Jeśli tak będzie to wiem, że moje cierpienie nie poszło na marne i wypełniłem swoją misję, którą On przygotował dla mnie.

Anomim

wtorek, 15 lutego 2011

Po co bierzmowanie ? (17)

Czy wolno kłócić się z Panem Bogiem ?
Wydaje się, że na pytanie postawione w tytule można odpowiedzieć tylko przecząco. Po pierwsze, to w ogóle z nikim nie powinniśmy się kłócić, a po drugie – nawet gdyby zaistniała pomiędzy nami a Panem Bogiem jakaś różnica zdań, to kłótnia z Nim nie miałaby sensu, bo Bóg jest doskonały, wszechwiedzący i zawsze miałby rację. Niby to jasne, oczywiste i logiczne, ale… przyjrzyjmy się dwóm scenom biblijnym. Pierwsza to „narzekanie ludu” z Księgi Liczb 11,10-15. Przeczytaj, a powiesz, że to niesamowite, ale Mojżesz wprost kłócił się z Panem Bogiem i wypowiadał z jawną goryczą swoje pretensje pod adresem Stwórcy. Czy on jeden tak czynił ? Prorok Jeremiasz, gdy był wyczerpany spełnianiem swojej trudnej misji, odezwał się do Boga tak:
„Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść;
ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.
Stałem się codziennym pośmiewiskiem,
wszyscy mi urągają.
Albowiem ilekroć mam zabierać głos,
muszę obwieszczać:
«Gwałt i ruina!»
Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie
codzienną zniewagą i pośmiewiskiem.
I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał
ani mówił w Jego imię!”

To także niezwykła modlitwa wielkiego proroka Starego Testamentu. Ma on żal do Boga, że jego prorocka misja, to nieustanne zapowiadanie nieszczęść. Prorok mówi, że ma już tego dość i chce porzucić służbę Panu. A czy ty kiedyś rozmawiałeś tak z Panem ? A jeśli nie, może to właśnie jest powodem, że trudno ci się modlić, że modlitwa stała się jedynie trudnym i nużącym obowiązkiem. Kiedy spotykasz kolegą lub koleżankę, to zdarza się, że rozmawiacie niekiedy długo i żarliwie. Tematy sypią się jak z rękawa:
- Ale mnie matematyczka urządziła ! Postawiła mi niesprawiedliwą ocenę !
- To i tak miałeś farta, bo przedwczoraj chcieli ukraść mi komórkę. Na szczęście im się nie udało !
- A propos: sprawiłem sobie nową komórkę i nie mam na wakacje
- A staruszkowie cie nie zasponsorują ?
- Co ty, skłóciłem się z nimi totalnie…
Żalimy się, narzekamy, buntujemy, wylewamy swój ból, niekiedy nawet krzyczymy. I czujemy, że takie rozmowy z przyjaciółmi są nam potrzebne. A potem idziemy na modlitwę, ładnie stajemy i grzecznie mówimy Bogu, że Go kochamy, że Mu za wszystko dziękujemy, że wszystko jest pięknie. I niekiedy czujemy, że ta modlitwa jest jakaś sztuczna, nie nasza, bo w sercu aż huczy od emocji, bólu, rozdarcia, a tu trzeba tak ładnie pacierz odmawiać. A może warto pokłócić się z Panem Bogiem ? A może są w sercu pytania, które bolą, a których nie ośmieliliśmy się Stwórcy postawić ? „Panie Boże, dlaczego moi rodzice się rozwiedli „ Dlaczego od lat nie ma w domu mego ojca ? Czy tak musiało być ? Czy moja mama musi tak chorować, tak cierpieć ? Przecież to taki dobry człowiek… Dlaczego ciągle nie mogę wyjść z grzechu ? Samogwałt, kłamstwo, lenistwo… Tyle się już modliłem, spowiadałem. Dlaczego to ciągle wraca ? Czy Ty nie widzisz jak cierpię ?! Jak jestem już tym wykończony ?! Jak boli mnie sumienie ?! Dlaczego nie dałeś mi urody, dlaczego od dzieciństwa mam te lęki, kompleksy…?”.
Duch Święty czyni nas Bożymi dziećmi. Nie jesteśmy już niewolnikami. Jesteśmy ukochanymi dziećmi, a dziecko ma prawo pytać Ojca. Może dopiero wtedy, gdy postawisz te pytania, gdy je nawet wykrzyczysz, to poczujesz się wolny przed Bogiem, poczujesz się Jego dzieckiem i na pewno usłyszysz odpowiedź. Bo Bóg zna doskonale tajemnice twojego życia i przez Ducha Świętego chce ci je odkryć. Chce cię tylko zobaczyć przed swoim obliczem takiego, jakim jesteś, z całą prawdą twojego serca. Lepiej się z Bogiem kłócić głębią bólu swojego serca niż pozostawać w jakiejś sztucznej grzeczności czy uniżeniu.

sobota, 29 stycznia 2011

Burza na jeziorze (Mk 4,35-41)

„Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich Jezus: «Przeprawmy się na drugą stronę». Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?» On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!». Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?» Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: «Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?»”
KOMENTARZ
Burza na Jeziorze Galilejskim często pojawiała się zupełnie nieoczekiwanie i mogła grozić zatopieniem niewielkich łodzi, którymi rybacy łowili ryby. Ewangelia odnotowuje to wydarzenie, aby ukazać boską moc Jezusa. Zgodnie z przekonaniem ludzi wszystkich czasów, tylko Bóg jest Panem takich żywiołów, jak wiatr i morze. Okazuje się, że również Jezus ma taką władzę. Dlatego domaga się od swoich uczniów wiary i zaufania. Temu bowiem, kto jest z Jezusem i zawierzył Mu do końca, nie może grozić żadne niebezpieczeństwo. Czy Ty wierzysz i ufasz Jezusowi tak bez granic ?

wtorek, 11 stycznia 2011

Modlitwy dla każdego...

AKT ZAWIERZENIA NIEPOKALANEMU SERCU MARYI, KRÓLOWEJ POLSKI:
Niepokalana Matko Jezusa i Matko moja - 
Maryjo, Królowo Polski!
Biorąc za wzór sługę Bożego Jana Pawła II, mówię dziś: 

cały(-a) jestem Twój(-oja).
Twojemu Niepokalanemu Sercu zawierzam całego(-łą) siebie,
wszystko, czym jestem: swój umysł, serce, wolę,
ciało, swe zmysły, emocje, pamięć, zranienia,
słabości, swoją przeszłość od chwili poczęcia,
swoją teraźniejszość i przyszłość
wraz ze śmiercią cielesną, każdy swój krok, czyn, słowo i myśl. 

Twojemu Niepokalanemu Sercu zawierzam
także swoją rodzinę i wszystko, co posiadam. 

Tobie oddaję wszystkie swoje prace, modlitwy i cierpienia.
Ty, Najlepsza Matko, chroń mnie i moich bliskich od Złego. 

Upraszaj nam łaski potrzebne do przemiany i uzdrowienia. 
Prowadź nas po drogach życia i posługuj się nami
do budowania Królestwa Twojego Syna Jezusa Chrystusa - 

Jedynego Zbawiciela świata, 
od którego pochodzi wszelkie dobro, prawda i życie. 
Amen.

Dla wierzących, ale niepraktykujących

     Swoje świadectwo dedykuję wszystkim, którzy określają siebie jako "wierzący, ale niepraktykujący". Przez wiele lat sam mówiłem o sobie właśnie w ten sposób. Szedłem w złym kierunku, bo w istocie byłem zamknięty na działanie Boga. Teraz, mając już 30 lat, czuję się jak raczkujące niemowlę w nowej rzeczywistości świata, którą otworzył przede mną Pan Bóg za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Królowej Polski z Jasnej Góry.
     Mam na imię Bartosz. Całe swoje życie uważałem się za katolika, ale tak dokładnie chyba nie rozumiałem, jaki skarb odziedziczyłem po swoich dziadkach i rodzicach. Mając 19 lat, wróciłem do Polski z zagranicy, gdzie skończyłem szkołę. Przebywałem tam w zasadzie sam, przez 3 lata. Ten okres był niestety wypełniony nie tylko nauką, ale także brnięciem w rzeczy niegodne człowieka wierzącego. Właściwie to traktowałem ten czas jako zabawę. Po powrocie do kraju kontynuowałem ten rozrywkowy styl funkcjonowania. Miałem wielu znajomych i przyjaciół, którzy imponowali mi swoim statusem społecznym albo tym, że byli "kimś" w towarzystwie dzięki kasie, którą dysponowali. Niestety, nie potrafiłem być sobą. Płynąłem z prądem. Żyłem według zasad innych, które sam przyjąłem za własne priorytety.
     Mając 20 lat, nie potrafiłem kompletnie rozmawiać ze swoimi rodzicami, a w szczególności z ojcem. Zawsze uważałem, że wiem lepiej od niego, na czym polega życie. Rodzinne spędzanie niedzieli przeze mnie odbywało się w ten sposób, że zaliczałem Mszę św., na którą jechałem z rodzicami, aby zaraz potem powrócić do stylu życia swoich znajomych. Jednocześnie udawałem dobrego syna wychowanego w duchu religijnym. Były to jednak tylko pozory. W rzeczywistości oszukiwałem samego siebie i tych, którzy mnie kochali. Szedłem ścieżką rozwiązłego życia w zakłamaniu i perfidnych manipulacjach osobami mi najbliższymi. Oddalałem się coraz bardziej od rodziny, nie wiedząc nawet, kiedy to się dzieje. Moje serce było przepełnione pustką, a dusza zaśmiecona nieczystością i obłudą...
     Pewnego dnia dowiedziałem się o ciężkiej chorobie mojego 37-letniego wujka. Był to zaawansowany rak mózgu, niemożliwy do zoperowania. Przeraził nas wszystkich fakt, że ten człowiek może z dnia na dzień odejść, pozostawiając dwójkę dorastających dzieci. Była to tragedia rodzinna, która spadła na nas wszystkich niczym grom z jasnego nieba. Po kilku miesiącach prób ratowania życia wujka przez lekarzy zdecydowaliśmy się wybrać na Jasną Górę, aby tam prosić o jego zdrowie. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będzie to dla nas początek nowego życia.
     Dosyć nieudolnie, ale szczerze zawierzyliśmy się Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, według modlitwy, którą ktoś nam podsunął. Od tego dnia rozpoczął się "program naprawczy" całej naszej rodziny. Proces ten nie był łatwy, gdyż niektórzy mocno się buntowali. Jednak łaska Boża płynąca prosto z Niepokalanego Serca Matki Bożej działała. Pierwsze oczyszczenie trwało kilkanaście tygodni, ale już od pierwszej wizyty na Jasnej Górze chyba każdy z nas czuł ogromną siłę miłości, która działa w tym miejscu.
     Dla mnie nastąpił wyjątkowy okres. Jako młody człowiek mający przyjaciół z różnych - i w większości nieciekawych - środowisk widziałem świat, przed tą wizytą, jako czysto materialny, a chęć przeżywania cielesnych uciech życia była we mnie mocno zakorzeniona. Teraz zacząłem się modlić, chodzić regularnie do spowiedzi i w ogóle poważnie traktować Pana Boga oraz Jego przykazania.
     W tym czasie stan zdrowia mojego wujka stopniowo się pogarszał, ale nasza wiara w to, że jednak wyzdrowieje, była ogromna. W moim życiu rozpoczęły się wielkie zmiany. Czasami nie byłem z nich zadowolony, ponieważ praktycznie z dnia na dzień większość moich znajomych i przyjaciół odwróciła się ode mnie bez wyraźnego powodu. Było to dla mnie trochę dziwne, gdy ktoś z dnia na dzień potrafił mi powiedzieć przez telefon, że nie chce mnie znać i że nie spotkamy się prawdopodobnie już więcej... Nie przejmowałem się tym zbytnio. Już wtedy wiedziałem, że po zawierzeniu siebie Niepokalanemu Sercu Matki Bożej moja nowa Mama postanowiła uporządkować moje życie od podstaw, troszcząc się nawet o najmniejsze szczegóły.
     W kilka tygodni po zawierzeniu rozstałem się ze swoją dotychczasową dziewczyną. Natomiast kontakty z ojcem zaczęły się rozwijać w tempie, nad którym chyba obaj nie mogliśmy zapanować, ale byliśmy obydwaj z takiego obrotu sprawy bardzo zadowoleni. Mój tata poczuł, że ma syna, a ja z kolei, że to ojciec jest moim prawdziwym przyjacielem i partnerem. Postanowiliśmy razem otworzyć mały, rodzinny biznes, ale oparty na Bożym fundamencie i dlatego - jestem przekonany - przetrwa on nawet największy kryzys.
     Praktycznie w każdy weekend odwiedzaliśmy Jasną Górę całą rodziną (z chorym wujkiem) lub jeździliśmy tam we trójkę (mama, tata i ja). Czułem wtedy - i czuję do dzisiaj - że jesteśmy prowadzeni ścieżką prowadzącą do zbawienia. Po prawie pół roku od naszej pierwszej wizyty na Jasnej Górze okazało się, że wyniki badania rezonansu magnetycznego głowy mojego wujka są idealne. Guz główny oraz wszystkie ogniska zapalne zniknęły bez śladu. Dzisiaj jednak wiem, że Panu Bogu nie chodziło głównie o uzdrowienie mojego wujka, lecz przede wszystkim o uzdrowienie całej naszej rodziny. Największy cud, jaki się dokonał, to ten, że tak wiele zmieniło się w naszym życiu. Często się zastanawiam - i jest mi też bardzo wstyd z tego powodu - że Pan Bóg musiał za wstawiennictwem Matki Bożej pokazać mi namacalnie, jaką siłą dysponuje i że jest miłością. Nie uwierzycie, dopóki nie zobaczycie! Ja zobaczyłem i doświadczyłem. Zastanawiam się też, czym sobie zasłużyłem na taką łaskę. Dziękuję za to, że teraz wiem, kim jestem, i wiem, że nie ma przede mną problemu ani sytuacji bez wyjścia, gdyż jestem w Niepokalanym Sercu Matki Bożej!
     Ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, Kasią, którą poznałem zaraz po tych wszystkich opisanych wyżej wydarzeniach. Pierwszy raz spotkaliśmy się w kościele. W dzień po ślubie pojechaliśmy z gośćmi (wynajętym autokarem) na Jasną Górę. Tam,, na naszej Mszy św., wspólnie z moją żoną Kasią zawierzyliśmy siebie, rodzinę, naszą przyszłość Niepokalanemu Sercu Maryi. Mamy bliźniaki - dwóch synów Piotra i Pawła. Jest to kolejna wspaniała łaska dla naszej rodziny. Moja żona i ja nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieli dwoje dzieci naraz, choć zawsze mówiliśmy, że chcielibyśmy mieć ich dużo.
     Modlę się o to, aby udało się nam wychować nasze dzieci na takich ludzi, którzy nie będą musieli zobaczyć na własne oczy, aby uwierzyć, i nigdy nie powiedzą, że są wierzący, ale niepraktykujący. Ufam, że tak będzie, bo zawierzyliśmy ich Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, i zawierzymy Jej także nasze kolejne dzieci.

sobota, 8 stycznia 2011

Dawne i nowe przykazanie miłości bliźniego. (1 J 2,3-11)

„Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: "Znam Go", a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała. Po tym właśnie poznajemy, że jesteśmy w Nim. Kto twierdzi, że w Nim trwa, powinien również sam postępować tak, jak On postępował. Umiłowani, nie piszę do was o nowym przykazaniu, ale o przykazaniu istniejącym od dawna, które mieliście od samego początku; tym dawnym przykazaniem jest nauka, którąście słyszeli. A jednak piszę wam o nowym  przykazaniu, które prawdziwe jest w Nim i w nas, ponieważ ciemności ustępują, a świeci już prawdziwa światłość. Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy.”
KOMENTARZ
Ten, kto przestrzega Bożych przykazań, żyje w prawdzie. Nie wystarczy wiedzieć, co jest dobre, należy jeszcze niego tego dążyć i je realizować. A daje nam ku temu okazję nowo rozpoczęty rok 2011. Pamiętajmy, że każdy grzech jest odchodzeniem od Boga i odrzucaniem Jego miłości. Trwanie w grzechu rujnuje wewnętrznie człowieka i stan ten odbija się potem na całym życiu. Ludzie wręcz instynktownie wyczuwają, że tylko wzajemna miłość prowadzi do dobra wszystkich. Dlatego przykazanie miłości bliźniego było znane na długo przed przyjściem Jezusa. Chrześcijanie są jednak wezwani do szczególnej miłości. Mają tak kochać, jak kocha Jezus. A miłość Jezusa obejmuje wszystkich – także nieprzyjaciół; nie ma ona nic wspólnego z chwilowymi porywami uczuć, ale charakteryzuje się stałością. Miłość, do jakiej wzywa Jezus, zawsze szuka najwyższego dobra drugiej osoby, które można odnaleźć jedynie w Bogu. Miłość chrześcijańska rodzi się więc z prawdy. Człowiek wierzący uczy się takiej miłości przez całe życie…