Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadkowie wiary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadkowie wiary. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 stycznia 2013

Święty Jan Bosko – przyjaciel młodzieży

Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 r. w Becchi (ok. 40 km od Turynu). Był synem piemonckich wieśniaków. Gdy miał 2 lata, zmarł jego ojciec. Jego matka musiała zająć się utrzymaniem trzech synów. Młode lata spędził w ubóstwie. Wcześnie musiał podjąć pracę zarobkową. Kiedy miał 9 lat, Pan Bóg w tajemniczym widzeniu sennym objawił mu jego przyszłą misję. Zaczął ją na swój sposób rozumieć i pełnić. Widząc, jak wielkim powodzeniem cieszą się przygodni kuglarze i cyrkowcy, za pozwoleniem swojej matki w wolnych godzinach szedł do miejsc, gdzie ci popisywali się swoimi sztuczkami, i zaczynał ich naśladować. W ten sposób zbierał mieszkańców swojego osiedla i zabawiał ich w niedziele i świąteczne popołudnia, przeplatając swoje popisy modlitwą, pobożnym śpiewem i "kazaniem", które wygłaszał. Było to zwykle kazanie, które tego dnia na porannej Mszy świętej zasłyszał w kościele parafialnym.
Pierwszą Komunię świętą przyjął w wieku 11 lat (1826). Gdy miał lat 14, rozpoczął naukę u pewnego kapłana-emeryta. Musiał ją jednak po roku przerwać po jego nagłej śmierci. W latach 1831-1835 ukończył szkołę podstawową i średnią. Nie mając funduszów na naukę, Jan musiał pracować dodatkowo w różnych zawodach, by zdobyć konieczne podręczniki i opłacić nauczycieli. Musiał także pomyśleć o własnym utrzymaniu, mieszkając na stancji. Dorabiał nadto dawaniem korepetycji.
Po ukończeniu szkół średnich Jan został przyjęty do wyższego seminarium duchownego w Turynie. Tutaj pod kierunkiem św. Józefa Cafasso, wykładowcy i spowiednika, czynił znaczne postępy w doskonałości chrześcijańskiej (1835-1841). 5 czerwca 1841 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Za poradą św. Józefa Jan wstąpił do Konwiktu Kościelnego dla pogłębienia swojej wiedzy religijnej i życia wewnętrznego.
8 grudnia 1841 roku napotkał przypadkowo 15-letniego młodzieńca-sierotę, zupełnie opuszczonego materialnie i moralnie. Od tego dnia zaczął gromadzić samotną młodzież, uczyć ją prawd wiary, szukać dla niej pracy u uczciwych ludzi. W niedzielę zaś dawał okazję do wysłuchania Mszy świętej i do przyjmowania sakramentów świętych, a później zajmował młodzież rozrywką. Ponieważ wielu z nich było bezdomnych, starał się dla nich o dach nad głową. Tak powstały szkoły elementarne, zawodowe i internaty, które rychło rozpowszechniły się w Piemoncie. "Zaniósł wiarę, światło i pokój tam, gdzie samotność rodziła nędzę" (z hymnu Liturgii Godzin).
Ten apostoł młodzieży uważany jest za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła. Zdawał sobie wszakże sprawę, że sam jeden tak wielkiemu dziełu nie podoła. Aby zapewnić stałą pieczę nad młodzieżą, założył dwie rodziny zakonne: Pobożne Towarzystwo Św. Franciszka Salezego dla młodzieży męskiej - salezjanów (1859) oraz zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych dla dziewcząt (1872). Będąc tak aktywnym, Jan potrafił odnajdywać czas na modlitwę i głębokie życie wewnętrzne. Obdarzony niezwykłymi charyzmatycznymi przymiotami, pozostawał człowiekiem pokornym i skromnym. Uważał siebie za liche narzędzie Boga.
Rozwinął szeroko działalność misyjną, posyłając najlepszych swoich synów duchownych i córki do Ameryki Południowej. Dzisiaj członkowie Rodziny Salezjańskiej pracują na polu misyjnym na wszystkich kontynentach świata, zajmując jedno z pierwszych miejsc. W dziedzinie wychowania chrześcijańskiego św. Jan Bosko wyróżnił się nie tylko jako jeden z największych w dziejach Kościoła pedagogów, ale zostawił po sobie kierunek-szkołę pod nazwą "systemu uprzedzającego" (zachowawczego), który wprowadził prawdziwy przewrót w dotychczasowym wychowaniu. Ta metoda wychowawcza nie jest oparta na stosowaniu przymusu, lecz odwołuje się do potencjału dobra i rozumu, jakie wychowanek nosi w swoim wnętrzu. Wychowawca, w pełni szanując wolną wolę młodego człowieka, staje się mu bliski i towarzyszy mu na drodze autentycznego wzrastania. System zapobiegawczy polega na uprzedzaniu czynów podopiecznego tak, aby nie doprowadzić do zrobienia przez niego czegoś niewłaściwego.
Nie mniejsze zasługi położył św. Jan Bosko na polu ascezy katolickiej, którą uwspółcześnił, uczynił dostępną dla najszerszych warstw wiernych Kościoła: uświęcenie się przez sumienne wypełnianie obowiązków stanu, doskonalenie się przez uświęconą pracę. Najświętsza Maryja Panna i św. Józef nie poszli w swoim życiu codziennym drogą nadzwyczajnych pokut czy też wielu godzin modlitwy. Wszystko jednak czynili dla wypełnienia woli Bożej, dla Jezusa. W ten sposób wszystkie ich czynności były aktem czci i miłości Bożej. Ta właśnie tak prosta i wszystkim dostępna asceza salezjańska wyniosła na ołtarze Jana Bosko, Michała Rua, jego następcę, Dominika Savio - jego wychowanka, Alojzego Orione - założyciela Małego Dzieła Boskiej Opatrzności (orionistów) oraz Marię Dominikę Mazzarello - współzałożycielkę Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, a także Alojzego Versiglia, biskupa, i Kaliksta Caravario, misjonarzy i męczenników w Chinach (+ 25 lutego 1930 r.).
Cały wolny czas Jan poświęcał na pisanie i propagowanie dobrej prasy i książek. Początkowo wydawał w drukarniach turyńskich. Od roku 1861 posiadał już własną drukarnię. Rozpoczął od wydawania żywotów świątobliwych młodzieńców, by swoim chłopcom dać konkretne żywe przykłady i wzory do naśladowania. Od roku 1877 dla wszystkich przyjaciół swoich dzieł zaczął wydawać jako miesięcznik, do dziś istniejący, Biuletyn Salezjański. Wszystkie jego pisma wydane drukiem to 37 tomów. Ponadto pozostawił po sobie olbrzymią korespondencję.
W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych. Wiemy o wskrzeszeniu co najmniej jednego umarłego. Jan Bosko posiadał nader rzadki nawet wśród świętych dar bilokacji, rozmnażania orzechów czy kasztanów jadalnych. Zanotowano także przypadek rozmnożenia przez Jana Bosko konsekrowanych komunikantów. Najwięcej wszakże rozgłosu przyniosły mu dar czytania w sumieniach ludzkich, którym posługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości jednostek, swojego zgromadzenia, dziejów Italii i Kościoła.
Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 r. Pius XI beatyfikował ks. Bosko 2 czerwca 1929 r., a kanonizował 1 kwietnia 1934 r., w Wielkanoc. Jest patronem młodzieży, młodych robotników i rzemieślników.
W chwili śmierci Założyciela zgromadzenie salezjanów miało 58 domów i liczyło 1049 członków. Obecnie ponad 16 000 salezjanów prowadzi 1830 placówek w 128 krajach świata.


sobota, 23 czerwca 2012

Nawrócenie córki oficera SB...

Urodziłam się w 1955 r. w rodzinie komunistycznej. W środowisku, w którym żyłam, nikt nigdy nie mówił o Bogu, nie było modlitwy. W niedzielę tata zabierał mnie do kina na poranek filmowy dla dzieci. Kiedy miałam pięć lat urodził się mój brat i pamiętam, że bardzo chciałam wyrzucić go przez okno. Wychowałam się kolejno: w żłobku, przedszkolu, na podwórku. Mama pracowała w domu, miała pracę chałupniczą i moja obecność zawsze jej przeszkadzała. Jak było Boże Narodzenie ubieraliśmy choinkę i tata robił prezenty dla wszystkich, było dużo radości. Tata był człowiekiem bardzo milczącym, nigdy nie było rozmów, tylko uwagi np. - "jak pies je, to nie szczeka". Nie było przytulania, serdeczności, ale kiedyś usłyszałam, że miłości nie wyraża się w słowach tylko w czynach.
     Tata był dla mnie bardzo ważny. Czułam, że chociaż nie okazuje serdeczności, jest zamknięty, to jednak mogę na nim polegać. Kiedy nie potrafiłam odrobić matematyki, odkładał gazetę i cierpliwie rozwiązywał ze mną zadania, i taki był zawsze. Jeśli poprosiłam, sensownie mi pomagał.
     W szkole w rubryce: zawód ojca, zawsze miałam wpisane - tajemnica państwowa. Nurtowało mnie, że nie wiem, kim jest mój ojciec. Był pracownikiem MSW, ale co dalej - nie wiedziałam. Jako osoba już dorosła dotarłam do informacji, że mój tata jest oficerem śledczym służby bezpieczeństwa. Bałam się wprost pytać, ponieważ mając szacunek, odczuwałam wobec taty lęk spowodowany chyba brakiem bliskości. W szkole podstawowej i liceum prowadziłam samorząd szkolny, a także organizację ZMS co cieszyło tatę - mówił: "moja krew". On także był aktywnym członkiem partii i działał w egzekutywie, ale w domu nigdy nie mówił o tym, co robił poza domem - niczym się nie dzielił. W domu były różne teksty klasyków komunizmu: Marksa, Engelsa i Lenina, które z pewnym podziwem czytałam, nie będąc do tego przez nikogo zachęcana. Pojęcie wolności, jako uświadomionej konieczności, zostało w mojej świadomości do dziś.
     Słowa te w Bożym wymiarze odsłaniają głęboką mądrość. Z tym co robiłam, czym żyłam było mi dobrze, ale narastało we mnie coś, co przeżywałam jako głębszą samotność, tęsknotę, której nie zagłuszałam, ale i niczym nie potrafiłam wypełnić - to często narastało we mnie jako ból, którym nie potrafiłam z nikim się podzielić. Czasem wychodziłam z najlepszej prywatki - ta radość pogłębiała jeszcze uczucie pustki. Dramat życia rozpoczął się wtedy, gdy pewnego dnia moja mama wyznała mi, że kiedy byłam małą dziewczynką, ochrzciła mnie w tajemnicy przed ojcem. Przeżyłam głęboki szok, poczułam się oszukana. Odrzuciłam rodziców, zaczęłam żyć na własną rękę.
     Szukałam siebie, miłości, bliskości - znikałam na długie tygodnie w górach, gdzie szukałam samotności. Bliskość przeżywanych przyjaźni znajdowała dopełnienie w bliskości fizycznej. Zaszłam w ciążę. Nie wiedziałam co robić. Powiedziałam mamie. Usłyszałam: musisz to usunąć, gdyż ojciec cię z domu wyrzuci". Nie miałam żadnych uczuć macierzyńskich, ani odrobiny dojrzałości do przeżywania tego, co się we mnie zaczęło dokonywać. Mama poszła ze mną do lekarza i pamiętam, jak lekarz w białym fartuchu z pełną powagą oświadczył mi, że konstytucja PRL pozwala na usunięcie ciąży. Lekarz to wielki autorytet, jeśli się nie ma w sercu największego autorytetu - Boga. Oczywiście poczułam się zaraz jak chora, której medycyna i konstytucja spieszą na ratunek i zostałam poddana tzw. zabiegowi. Rok później przeżywałam tragedię śmierci kogoś, kto był dla mnie bardzo ważny. W załamaniu, kiedy żyje się bez Jezusa, szuka się miłości, serdeczności w bliskości seksualnej. Drugi raz zaszłam w ciążę. Chciałam mieć to dziecko, chciałam je urodzić, pragnęłam je mieć. Mama twardo powiedziała, że w domu w takim stanie nie będę mogła zostać. Chodziłam po znajomych, pukałam do różnych drzwi prosząc o pomoc, żeby ktoś mi użyczył kąta, żebym mogła donosić. Nie znalazłam nikogo, kto by mi zechciał pomóc. Zostałam zmuszona do poddania się "zabiegowi", co przeżyłam psychicznie jako straszny gwałt. Mama z lekarzem stwierdzili, że to ostatni dzwonek. Po tym, co się dokonało, byłam już inną osobą. Straciłam radość, przeżywałam stany depresyjne, rozpacz, samotność, bezsens. Pojawiły się silne zahamowania w kontakcie z ludźmi, poczucie utraty własnej wartości i godności, brak szacunku dla siebie. Z całą pewnością, gdyby ktoś wtedy podał mi narkotyki - wzięłabym. Nie widziałam sensu życia.
     Będąc na samym dnie doświadczyłam Miłosierdzia Bożego. Tego dotknięcia, które jest podaniem dłoni i poprowadzeniem ku prawdziwemu życiu, które jest światłem pośród ciemności. Uczepiłam się tej odrobiny Życia jak chora kobieta szat Chrystusa. Podążając za Nim, bardzo, bardzo powoli odzyskiwałam godność dziecka Bożego. Nie oglądam się do tyłu, trzymam rękę na pługu i podążam naprzód.
     W końcu zostałam założycielką i koordynatorką jednego z ruchów modlitewnych w Polsce. Katechetką, żoną i matką czwórki dzieci.
     Może te słowa, które napisałam, będą dla kogoś zasiewem.


Marta

piątek, 4 maja 2012

Droga powrotu...

Mając 27 lat, poznałam chłopaka. Zakochałam się w nim bez pamięci. Obydwoje byliśmy wierzący, chodziliśmy do kościoła co niedzielę. Jednak, jak daleko byliśmy od Boga i jak bardzo Go krzywdziliśmy, to ON wie najlepiej. Tak, można chodzić do kościoła, ale od Boga się coraz bardziej oddalać. Wiarę przede wszystkim przekazywała mi moja Mama. Jak byłam dzieckiem, czytała mi Biblię dla dzieci, chodziła ze mną do kościoła, nakazywała chodzić na lekcje religii. Nigdy nie miałam okresu buntu, czy całkowitego odwrócenia się się od Pana Boga. Kiedy poznałam chłopaka, to stwierdziłam, że mam już 27 lat, mam fajnego chłopaka, kochającego mnie, więc zapragnęłam bardzo, ponad wszystko małżeństwa. Sama wychowywałam się bez Ojca i moim marzeniem, było stworzyć pełną rodzinę, gdzie będzie Matka, Ojciec i Dzieci. Nie patrzyłam jednak na małżeństwo jako powołanie, jako coś, co nam dał Pan Bóg. W tym moim pragnieniu bycia żoną było sporo egoizmu. Myślałam tylko o tym, że to jest MÓJ plan, że na pewno to dla MNIE będzie najlepsze, co mi się w życiu może przydarzyć. Często z moim chłopakiem rozmawialiśmy o małżeństwie. Myślałam sobie, wyjdę za mąż, do 30 lat urodzę dziecko. Raczej nie było w tych moich planach Boga, nie było rozmowy o Nim. Jednocześnie modliłam się do Boga o dobrego męża (kilka lat) i stwierdziłam, że znalazłam kandydata. Jak bardzo się myliłam. Pan Bóg w pewnym momencie pogroził mi palcem i tak, jakby powiedział: „zatrzymaj się, ja mam dla Ciebie lepszy plan, ale Twoje życie ulegnie zmianie”. Pamiętam jak, pewnej nocy, kiedy nie mogłam spać, Pan Bóg przyszedł do mnie w moich myślach. Zaczęłam szczerze, od serca modlić się do niego: „Panie Boże, jeśli to nie jest ten chłopak, z którym mam spędzić resztę życia, zabierz go ode mnie”. Sama dziwiłam się, skąd taka modlitwa i bałam się tego, że Pan Bóg mnie wysłucha. Bo, jak się okaże, że to nie ten, który jest mi przeznaczony, to co wtedy. Stało się to, czego się obawiałam – mój chłopak, z którym łączyło mnie tak wielkie uczucie pewnego dnia przyjechał i powiedział, że on już nie może dalej ze mną być, nie wie dlaczego, ale nie może.
Ogarnęła mnie rozpacz, bunt i zwątpienie we wszystko. Nie chciało mi się żyć, nie miałam siły. Nie myślałam, że może to Bóg odpowiada na moją modlitwę, tylko wciąż pytałam, dlaczego taki zawód, dlaczego mnie to spotyka. Spotkałam Ojca Pocieszyciela, Ojca Szymona, to Bóg głównie za jego pośrednictwem zaczął otwierać mi oczy, serce na Boga. Zrozumiałam, że to nie ja i nie mój plan życiowy się liczy, ale Boga plan wobec mnie jest najważniejszy. Zaczęłam się uczyć pokory, której wcześniej tak bardzo mi brakowało. Za namową Ojca Szymona pojechałam na 3-dniowe rekolekcje z O. Johnem Bashoborą.Droga powrotu...
Na tych rekolekcjach zrozumiałam, że Bóg mnie kocha i chce dla mnie dobrze. Uświadomiłam sobie, że to, co przeżywamy, wydaje nam się dużym cierpieniem, ale to jest dla nas wybawienie. Tylko nie umiemy zaufać i uwierzyć. Zaczęłam się uczyć ufności, wiary na nowo. Wiary nie wynikającej z tradycji, ale wiary z głębi serca. To nie było tak, że rekolekcje, jedna spowiedź i już wszystko ok. To był proces, Pan Bóg zsyłał mi jeszcze wielu innych ludzi na moją drogę życia – aniołów, którzy prowadzili, podpowiadali i otaczali opieką. Jedna z koleżanek poleciła mi kazania ks. Pawlukiewicza, kolega – podesłał gazetę z przesłaniem, ewangelią Św. Jana, którą zaczęłam czytać i która stała się początkiem do czytania w ogóle Pisma Św., bo wcześniej tego nie robiłam. Przez to, że otwierało się moje serce na Boga, zaczęłam też mieć bardziej wrażliwe sumienie. Moje spowiedzi były coraz bardziej prawdziwe, oczyszczające z grzechów przeszłości, które przeszkadzały mi w otwarciu się na miłość Boga. Ta moja droga powrotu do prawdziwej wiary zaowocowała tym, że obecnie jestem od pół roku szczęśliwą mężatką. Jednak zanim Pan Bóg dał mi Kochanego Męża, zrozumiałam, że trzeba umieć przyjąć z pokorą to, co życie nam przynosi i ufać, że to, co się dzieje, to najlepsze dla nas rozwiązanie. 

Podczas tej mojej drogi przemiany modliłam się, aby Pan Bóg się zlitował, żebym już tak nie cierpiała i żeby dał mi odpowiedź, co jest moim powołaniem. Nauczyła mnie ta sytuacja również tego, że trzeba być cierpliwym, że Pan Bóg odpowie na nasze modlitwy, ale czasem trzeba trochę dłużej poczekać na tę odpowiedź. Jeśli jesteś teraz na jakimś zakręcie, spróbuj zaufać, modlić się i cierpliwie czekać. Moją ulubioną modlitwą była Koronka do Miłosierdzia Bożego. „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.” (Ewangelia św. Mateusza 6:33).

Justyna
 

piątek, 17 lutego 2012

Świadectwo wiary - Tomasz Adamek

Tomasz Adamek przyszedł na świat 1 grudnia 1976 r. w Gilowicach , w zawodowym boksie stoczył 38 walk. Wygrał 37 (w tym 25 przed czasem), przegrywając tylko raz. Mistrz świata zawodowców federacji IBF i IBO w kategorii junior ciężkiej, były mistrz świata zawodowców federacji bokserskiej World Boxing Council (WBC) w kategorii półciężkiej, medalista mistrzostw Europy amatorów, międzynarodowy mistrz Polski. Zdobywca 2. miejsca w 2005 i 4. w 2006 roku w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski. W lutym 2009 magazyn „The Ring” uznał Adamka najlepszym pięściarzem w wadze junior ciężkiej. Ostatnimi laty dał wiele dowodów mężnej postawy w ringu, ale i poza nim. Jest bowiem skromnym człowiekiem ogromnej wiary, której przy wielu okazjach mówi o tym, jak dużo zawdzięcza Panu Bogu. Jego charakterystyczne wypowiedzi to np.: Inni potrzebują psychologa, a mnie wystarczy Bóg. Jemu powierzam swoje kłopoty i nigdy się nie zawiodłem. Bez Niego byłbym nikim. Z Tomaszem Adamkiem rozmawia ks. Radosław Warenda SCJ. 
Każdy ma marzenia, już jako dziecko planuje, często na wyrost swoją przyszłość. Jak Pan został pięściarzem? 
Każdy ma w życiu swoje przeznaczenie, jakąś misję do spełnienia i robi to, co robi. Jeden jest pięściarzem, drugi np. księdzem. Każdy ma dary od Boga i wykorzystuje je. Dziękuję Mu za to, że mogę wykorzystać w swoim życiu dary od Niego. 
Jak ja zostałem pięściarzem? Sam nie wiem. Lubiłem marzyć, interesowały mnie sporty walki, a do boksu trafiłem przez szkołę. Szkoła w Żywcu to miejsce, które zapoczątkowało moją drogę. Nigdy nie myślałem, że będę wielkim zawodowcem, nie lubiłem rzucać się w oczy.
Jakim sukcesem chciałby się Pan pochwalić już w tym wieku ?
Na pewno tytuł mistrza świata w Federacji WBC (2005- 2007), IBO (2007-2008) i w Federacji IBF (2008).
Co Pan czuje przed wyjściem na ring?
To są ogromne emocje. Chcę się dobrze zaprezentować przed moimi kibicami, no
i pokazać kawał dobrego boksu.
Mówią, w jednym z wywiadów, że jest Pan człowiekiem „twardej pięści, ale miękkiego serca”. Co to znaczy?
Nie wiem, proszę pytać tych, którzy to mówią.
Autorytety, czy warto dzisiaj ich szukać? Czy ma Pan autorytety?
Myślę, że nie. Jestem Tomaszem Adamkiem i sobą pozostanę. Nie naśladuję nikogo.
„Wierzący pięściarz”. To dość egzotyczne połączenie, szczególnie,
że wielu ludziom boks kojarzy się z agresją, bójką, ulicznym chamstwem. Jak to można połączyć?
Dziś, także w Polsce, jest moda na to, aby Boga wstydzić się, przestać publicznie przyznawać się do własnej wiary. Ja wstydzić się swojej wiary nie zacznę. Zresztą stare polskie przysłowie mówi: „Bez Boga ni do proga”.
Czy udzielając wywiadów, próbuje Pan ewangelizować tych, do których Pan mówi ?
Ludzie pytają w wywiadach, czy to prawda, że ja się modlę. A ja mówię, że chcę iść do nieba, więc muszę się modlić. Z resztą modlitwa nie tylko do zbawienia jest potrzebna, ale tak po prostu do życia, w którym przecież bez Boga można się pogubić.
Przed każdą walką modli się Pan z całą ekipą. O co się Pan wtedy modli? O to, żeby zadać taki cios, żeby rywal nie wstał z ringu ?
Modlę się nie tylko ze swoją ekipą, ale także z Amerykanami. Mówimy wtedy „Zdrowaś Maryjo”, modlimy się do Matki Bożej, by nas okryła płaszczem swej opieki. Nie modlimy się o ring.
Czy miał Pan w swoim życiu takie wydarzenie, żeby powiedzieć: „Tak, w tym doświadczeniu Pan Bóg maczał palce!”?
Już dzień moich narodzin taki był. Przecież to jest plan Boży wobec każdego człowieka. Plan Boga jest taki, że dzisiaj mam walczyć i to robię. I wiem, że idę z Bogiem przez całe życie.
Dziękuję bardzo za rozmowę i  życzę powodzenia na ringach bokserskich.

czwartek, 19 stycznia 2012

Św. Józef Sebastian Pelczar

Dzisiejszy patron, św. Józef Sebastian Pelczar (1842-1924), ksiądz, wykładowca, a później biskup, pochodził z prostej wiejskiej rodziny. Nie bał się podążać za głosem pragnień, które z Bożego natchnienia rodziły się w jego sercu. Z przekonaniem pisał: „Nie wymawiaj się, że nie możesz poznać prawd i dróg Bożych, Pan bowiem dał ci serce uzdolnione do miłości. Możesz więc miłować doskonale, choćbyś był prostaczkiem”. Bóg w każdym z nas złożył nieskończone możliwości kochania. Czy jednak rzeczywiście chcemy, aby one się w nas rozwinęły? Czy jesteśmy gotowi usłuchać głosu Boga, który wzywa nas do wyruszenia w drogę ku pełni?
Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu, wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Po ukończeniu szkoły w Korczynie, kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do Seminarium Duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. Został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Owocem tego stała się jego praca zatytułowana Życie duchowe czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim.
Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny.
W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny.
W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać Synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy.
Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez Jana Pawła II. Ojciec Święty podczas homilii mówił wtedy m.in.:
Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie - tacy jak każdy z nas - którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.
18 maja 2003 r. Jan Paweł II kanonizował bł. Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:
Dewizą życia [biskupa Pelczara] było zawołanie: "Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez Niepokalane Ręce Najświętszej Maryi Panny". To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi, Chrystusowi przez Maryję.
Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. "Zdumienie - mówił - musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (...) ustanawiając Najświętszy Sakrament". To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która "w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła"; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była "tabernakulum" - pierwszym "tabernakulum" w historii. Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał.

środa, 23 listopada 2011

Świadectwo mojego nawrócenia...

Aby, opowiedzieć moją historię muszę cofnąć się o około 2 lata wstecz, do czasu kiedy byłem w drugiej klasie szkoły średniej, albowiem wtedy zaczęło się wszystko. Wtedy to ostatni raz wyspowiadałem się za sprawą rekolekcji wielkopostnych. Była we mnie wiara w Boga, ale niestety jak pokazały późniejsze fakty, szybko wygasła i doszło do wewnętrznego zniewolenia duszy i jej wypalenia jak do niedawna myślałem. Zaczęło się niewinnie, jak każdego nastolatka interesowała mnie strefa erotyczna, z resztą to już trwało niejako wcześniej, ale w tym okresie nabrało tempa. Zaraz po spowiedzi przystąpiłem do przyjęcia Najświętszego sakramentu, przeżyłem święta Wielkanocne, ale niezbyt pobożnie, zamiast rezurekcji były gry komputerowe, zamiast postu objadanie słodyczami, a w nocy kiedy wszyscy spali szukanie materiałów erotycznych. Tak trwało to przez dwa lata, przy czym coraz bardziej się pogłębiało. Było coraz gorzej, wyszukiwałem coraz bardziej wyszukane filmy porno, przy których jak wtedy myślałem w „ niewinny „ sposób dawałem upust poprzez akty cielesne. Nie zdawałem sobie sprawy, że żyję w ciężkim grzechu, a kiedy zdałem sobie z tego sprawę, próbowałem zagłuszać sumienie, wmawiając sobie, że przecież nic się nie stało, że to normalne… Gdybym wiedział gdzie mnie to zaprowadzi... Do tego jeśli już szedłem do kościoła to przystępowałem do Najświętszego Sakramentu w stanie grzechu ciężkiego, a w czasie mszy szatan podsuwał mi różne perwersyjne myśli, które sprawiały, że kompletnie nie mogłem się skupić na modlitwie. Mijał czas... Problem pogłębił się do tego stopnia, że balem się iść do kościoła na mszę, i często zamiast być w kościele na mszy, lądowałem na tzw. „spacerkach po okolicy „. Wciąż dręczyło mnie sumienie, nic nie układało się po mojej myśli i tak było do niedawna. Punktem zwrotnym była choroba i śmierć bliskiej osoby, mojej Babci. Kiedy jej zabrakło pomyślałem, „Boże ,czemu to wszystko tak musi się kończyć? „. Wtedy zupełnie odwróciłem się od Boga. Dopiero kilka dni temu nastąpiła „Ostateczna Konfrontacja”. Pewnego wieczora poczułem wyjątkowo silny lęk, taki jakiego nigdy w życiu wcześniej nie czułem. W jednej chwili przeszły przeze mnie ciarki, czułem się tak jak skazaniec na szafocie, miałem wrażenie, że w każdej chwili może mnie dopaść zły duch. Wtedy to zacząłem się gorąco jak nigdy wcześniej modlić do Boga o przebaczenie i obronę, przed szatanem, którego w tej chwili bardzo się bałem. Tej samej nocy obudziłem się około godziny 3 rano czując wielki niepokój i ze strachem rozglądałem się po pokoju. Znów przystąpiłem do modlitwy, błagałem Boga by zabrał ode mnie to doświadczenie czymkolwiek jest, choć jak sądzę było to kuszenie „złego”. Analogiczna sytuacja powtórzyła się następnej nocy z soboty na niedzielę, znów niepokój, modlitwa i strach w środku nocy, który sprawił, że budziłem się zlany potem i przerażony jak małe dziecko. I niestety nadeszła niedziela, znowu przystąpiłem do Najświętszego Sakramentu bez spowiedzi. W nocy znów strach i lęk. Postanowiłem, że w poniedziałek, pójdę na msze i wyspowiadam się, byłem pewien, że to jedyna droga ratunku. Kiedy przystąpiłem do niej, było to wielkie przeżycie. Kiedy już wolny od grzechu uczestniczyłem w Eucharystii, odczułem wielką ulgę. Po wypełnieniu pokuty, następnego dnia przystąpiłem jako czysty do Najświętszego sakramentu. W ciągu 5 dni moje, życie uległo zupełnej przemianie. Moja modlitwa stała się głęboka jak nigdy, a kiedy modlę się czuję, że Pan Bóg mnie wysłuchuje, czuję Jego obecność. Poświęcam na modlitwę więcej czasu niż dotychczas, a zarazem odkryłem w sobie pasję do teologii. Przyjąłem , także postanowienie, że nigdy więcej nie wrócę do nałogu i będę codziennie uczestniczyć w Świętej Eucharystii. Pamiętajmy jednak, że szatan nie śpi i nawet osoby które po nawróceniu uświęciły swą wiarę, próbuje dręczyć w snach, Pamiętajmy wtedy o modlitwie do Matki Boskiej i do Świętego Michała Archanioła, gdyż Ich szatan się lęka najbardziej.

Niech to świadectwo będzie dowodem wiary i nawrócenia, i przestrogą przed sidłami szatana, które znajdują się tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Czuwajcie i nie dajcie się zwieść mocy piekielnej, gdyż jedynym Panem jest Jezus Chrystus współistotny z Bogiem Ojcem i Duchem Św. w Trójcy Przenajświętszej.
Jan, 17. czerwiec 2009 r.

poniedziałek, 3 października 2011

Oddała życie za Eucharystię

     Poniżej przedstawiona historia została napisana przez jej świadka, a zarazem uczestnika, którym byt katolicki kapłan-misjonarz w Chinach, jest wstrząsająca, jako zapis szczególnego okrucieństwa. Lecz zachwyca także i buduje nadzwyczajną mocą wiary, której zarazem jest dowodem.
     "...Ukląkłem na miejscu udzielania komunii i modliłem się, w oczekiwaniu na kolejne zdarzenia. Za każdym razem, gdy słyszałem jakiś hałas w kościele lub głośny rozkaz na ulicy, liczyłem się z bliską śmiercią. Lecz nic szczególnego nie zdarzyło się tamtego dnia. Nazajutrz przeżyłem niespodziewaną wizytę. "Policja" - pomyślałem sobie i przeszły mnie już ciarki. Nie, był to tylko jeden oficer, władający doskonale chińskim. Udzielił mi następującego pouczenia: "Proszę kontynuować swoje zajęcie". Ofiarowałem mu jedno cygaro. Ukłonił się i wyszedł. Kolejne dni również nie przyniosły niczego specjalnego. Żołnierze odnosili się do mnie z rezerwą i z ciekawością patrzyli, kiedy chodziłem po ulicy.
     Miesiące mijały, a ja zacząłem przyzwyczajać się do komunistycznego reżimu. Lecz nie potrwało to długo... Pewnego letniego popołudnia, do szkoły przyszedł inspektor w towarzystwie czterech żołnierzy. Weszli do sali bez pukania. Czasy zmieniły się dla Chin - orzekł głośno inspektor - i wszystkie te pobożne przedmioty trafią zaraz do pieca. Jazda, do roboty dzieciaki... Po chwili, wraz z żołnierzami, zaczął zdzierać ze ścian obrazy, krzyż i figurki, kładąc je na ławkach. Następnie, rozkazał dzieciom włożyć to wszystko do kartonów i wynieść do ubikacji. Przerażone dzieci nie ruszały się z miejsc. Szybciej - krzyczał inspektor - bo inaczej zrobię użytek z mojego rewolweru. Lecz dzieci okazywały ciągle ten sam opór. W ostatniej ławce siedziała mała dziewczynka, z przygryzionymi wargami i z rękoma złożonymi, jak figura. Ty tam, z tyłu! - wrzasnął inspektor, podążając w jej kierunku. Grożąc i obkładając ją najgorszymi przekleństwami, usiłował zmusić ją do wykonania rozkazu. Mała spuściła oczy, lecz nie poruszyła się. Pozostałe dzieci były zmrożone strachem. Panowała śmiertelna cisza. Nagle, jeden z żołnierzy wyciągnął rewolwer i strzelił w okno. Dzieci krzyknęły z przerażenia i zaczęły płakać. Pod szkołę podchodziło coraz więcej ludzi, zdziwionych hałasem. Inspektor terroryzował dziewczynkę krzykiem, lecz ona nadal nie ruszała się z miejsca. Tylko wielka łza spływała po jej policzku. Spoglądając na grupę zebranych ludzi, rozkazał: "Sprowadźcie mi jej ojca, a potem zbierzcie wszystkich w kościele".
     Sprowadzono ojca dziewczynki z rękoma związanymi z tyłu. W międzyczasie, kościół wypełnił się. Ojcu kazano stanąć na prawo przy balaskach, w ten sposób, aby dokładnie widział córkę, którą przyprowadzono na miejsce udzielania komunii. Inspektor zamruczał coś do samego siebie, a potem głośno przemówił: "Nauczono was, że Bóg wasz jest wszechmogący i że przebywa tu w tabernakulum. Oto pokaże wam teraz, jak was oszukiwano. On nie może zupełnie nic! Zaraz zostanie zmiażdżony pod naszymi butami i nawet nie piśnie!" Żołnierze rozwalili drzwiczki tabernakulum jedną salwą strzałów. Zapanowało kamienne milczenie. Inspektor wziął puszkę, otworzył ją i wysypał wszystkie hostie na posadzkę w prezbiterium. "Podeptać ich Boga! - krzyknął do żołnierzy, którzy natychmiast wykonali rozkaz. - I co powiecie teraz?" Wszyscy wstrzymali dech. "Wierzycie nadal w to, co opowiadają wam księża?" - zwrócił się do ojca dziewczynki: "Odpowiadaj!" "Tak, nadal wierzę" - odpowiedział spokojnie. Rozpalony wściekłością, inspektor wrzasnął: "Dawajcie mi go tutaj!" W tym samym momencie, zbliżył się do niego pewien podoficer i powiedział mu coś na ucho. "Wszyscy wyjść z kościoła. Zostać ma tylko samo dziecko!" - rozporządził inspektor, wyraźnie ugięty otrzymanym rozkazem. Mnie samego, natomiast, zamknięto w komórce na węgiel, przylegającej do kościoła. Wewnątrz niej znalazłem dziurę, z której mogłem obserwować prezbiterium kościoła. Patrzyłem na rozsypane hostie i na dygocącą z przerażenia dziewczynkę. Nie upłynęło wiele czasu, jak do kościoła weszła jakaś kobieta, bogato ubrana, wystrojona w bransolety i pierścionki. Z uśmiechem podeszła do małej, rozwarła ramiona i powiedziała: Cóż ci ludzie tobie zrobili? Choć, nie zrobię ci nic złego... Dziewczynka zaczęła szlochać i rzuciła się w ramiona nieznanej. Po chwili, obydwie opuściły kościół.
     W ciemności mojego "więzienia" straciłem poczucie czasu. Modliłem się, spałem, odczuwałem głód i bolała mnie głowa. Panowała wokół mnie śmiertelna cisza. Przypuszczam, że był to ranek, kiedy nagle usłyszałem jakby ciche otwieranie drzwi. I kogóż ujrzałem przez dziurkę od klucza? Moją małą dziewczynkę, która z wahaniem podążała w stronę prezbiterium. Skupiona, zatrzymała się, popatrzyła wokoło, zrobiła jeszcze kilka kroków, uklękła i z szacunkiem podniosła językiem jedną hostię, spożywając ją. Gdy się podniosła, złożyła ręce i z zamkniętymi oczyma modliła się... Potem wstała i znikła. Prawie identyczna scena powtarzała się co ranek, będąc dla mnie jedynym pocieszeniem w mej ciemnej kryjówce. Z niecierpliwością oczekiwałem ranka, kiedy dziewczynka znowu przyjdzie spożyć kolejną z hostii. Piękno jej dziecięcej sylwetki, rozpromienione oczy i jej pełne nieśmiałości kroki wprowadzały mnie w prawdziwy zachwyt. Ileż razy jeszcze ją ujrzę? Lecz pewnego ranka, kiedy po komunii modliła się swoim zwyczajem, brutalnie otworzyły się drzwi. Rozległ się najpierw dziki okrzyk, a potem strzał. Dziewczynka, wspierając się na rękach, powoli osuwała się na posadzkę. Zbierając ostatnie siły, przyjęła językiem jeszcze jedną ze sprofanowanych hostii. Żołnierz stanął nad nią i przyglądał się pilnie. Po raz ostatni usiłowała się podnieść i złożyć ręce do modlitwy, lecz bezwładnie upadła. Po kościele rozległo się głuche uderzenie jej głowy o posadzkę. Żołnierz wlepił wzrok w jej martwe ciało, potem popatrzył na rozsypane hostie i z ciężkim krokiem opuścił świątynię.
     Gdy kontemplowałem jeszcze ciało młodziutkiej męczennicy, znienacka otwarły się drzwi komórki. Ten sam żołnierz, który przed chwilą zastrzelił dziewczynkę, oznajmił mi, że jestem wolny. Zdziwiony, podziękowałem i natychmiast pośpieszyłem do prezbiterium. Ledwo zdążyłem uklęknąć przed martwym ciałem, a oto żołnierz stał już nade mną. "Gdyby w każdej miejscowości była taka dziewczynka - powiedział to nie byłoby nawet jednego żołnierza, walczącego po stronie komunizmu". Gdy tylko pogrzebałem ciałko męczennicy, podszedł do mnie pewien mężczyzna, wziął mnie do samochodu i odstawił do samej granicy..."

środa, 29 czerwca 2011

Zaczęło się od książki...

    Droga, którą stopniowo dochodziłam do wiary, była bardzo wyboista i kręta. W okresie szczególnego cierpienia w moim życiu Kościół stał się dla mnie ważny, ale nie rozumiałam wówczas znaczenia Mszy św. ani mocy sakramentu Eucharystii.
     Pewnego dnia znalazłam się w księgarni ezoterycznej, (ezoteryczny oznacza wszystko, co jest "wewnętrzne" i związane z okultyzmem, "ukryte") gdzie zauważyłam książkę pt. Rozmowy z Bogiem. Publikacja ta zachwyciła mnie wtedy tak bardzo, że zaczęłam ją polecać wszystkim swoim znajomym i krewnym, wprowadzając ich przez to w świat kłamstwa. Zbagatelizowałam ostrzeżenie koleżanki, która odrzuciła tę książkę, twierdząc, że nie zawiera ona prawdy, ponieważ zaprzecza istnieniu piekła. Koleżanka mówiła, że największym triumfem szatana jest wmówienie nam, że nie ma wiecznego potępienia, dlatego że wówczas może on działać w sposób niczym nieograniczony.
     Siostra Faustyna w swoim Dzienniczku napisała, że najwięcej w piekle jest dusz, które nie wierzyły w jego istnienie. Ja niestety ślepo wierzyłam, że piekło nie istnieje; zaakceptowałam też istnienie reinkarnacji oraz stwierdzenie, że nie ma grzechu. Pasowało mi to bardzo, że każdy człowiek doskonali się w kolejnych wcieleniach i w efekcie wszyscy spotykają się z Bogiem.
     Z perspektywy czasu widzę, że było to pójście na łatwiznę. Teraz wiem, że prawdziwa droga do Boga to wspinanie się w górę, a nie łatwe schodzenie z góry; to przyjęcie wszelkich trudów i wyrzeczeń, a nawet cierpień, to całkowite oddanie się Bogu z ufnością dziecka. W tamtym czasie Kościół przestał być dla mnie ważny, ponieważ na podstawie wielu przeczytanych książek ezoterycznych doszłam do wniosku, że nie ma w nim prawdy. Usłyszałam też w kręgu osób ze świata ezoteryki (którym wtedy ślepo wierzyłam), że spowiedź jest wymysłem człowieka i że spowiadać się można Bogu w myślach. Nie korzystałam więc z tego tak wielkiego daru Bożego, jakim jest sakrament pokuty i pojednania.
     Coraz bardziej wikłałam się w szatańskich sidłach, myśląc przy tym, że bardzo kocham Boga i że odkryłam prawdę o Nim... Modlitwa była wprawdzie dla mnie nadal bardzo ważna, ale odmawiałam ją tylko w domu. Coraz bardziej pochłaniał mnie świat ezoteryki: chodziłam do wróżek, do osoby, która twierdziła, że kontaktuje się z aniołami (rysowała ich "portrety" i pisała "przekazy" od nich), do osoby rysującej "portrety reinkarnacyjne", do kogoś, kto twierdził, że oczyszcza ze złych energii... Posługiwałam się też wahadełkiem, medytowałam, zagłębiałam się w tzw. afirmacje, korzystałam z usług bioenergoterapeutów...
     Z początku wydawało mi się również, że potrafię rozmawiać z aniołem. Skrupulatnie notowałam sobie te "przekazy", zapisując w ten sposób gruby zeszyt. Najpierw były to teksty - jak mi się wtedy wydawało - niewinne, pełne dobrych myśli, potem jednak zaczęły napływać do mnie także informacje o tym, jakobym otrzymywała różne dary, dzięki którym mogłam rzekomo pomagać innym.
     To wszystko doprowadziło mnie tylko do pychy, co jak wiadomo świadectwo jest drugim triumfem szatana, który chce w ten sposób zniszczyć duszę człowieka. Byłam wówczas bardzo zaślepiona i - o czym wiem dopiero teraz, patrząc z pespektywy czasu - bardzo umiejętnie manipulowana. Myśląc, że faktycznie otrzymałam owe dary, pomagałam innym "uzdrawiającą energią - światłem". Zawsze w takich chwilach myślałam o Bogu, dlatego też sądziłam wówczas, że to, co robię, jest dobre. Teraz już wiem, że była to tylko ułuda mojego myślenia. Prawdziwe myślenie o Bogu jest związane z uwielbieniem i pokorą, ze świadomością swej nicości i słabości wobec Bożej potęgi. To zaś, co robiłam w tamtym czasie, wyglądało tak, jakbym sama się uważała za Boga. Był to szczyt pychy, która gdyby nie Boża łaska, niechybnie zaprowadziłaby mnie prosto do piekła.
     W końcu przyszedł moment, kiedy ów delikatny głos, który dotychczas słyszałam w swoim wnętrzu, nabrał mocy i wyrazistości. Zaczęłam słyszeć go tak, jak gdyby ten, kto go wydaje, stał tuż obok mnie. Stało się to dla mnie bardzo uciążliwe, zwłaszcza że treści, które były wcześniej - jak mi się wówczas wydawało - przepełnione dobrocią i miłością, nagle zmieniły się w przekleństwa, obraźliwe słowa i nieustanną krytykę. Trwało to bez przerwy przez całe dnie - aż do momentu, kiedy udawało mi się wreszcie zasnąć, co było bardzo trudne. Ten pełen nienawiści głos krytykował mnie tak bezlitośnie, tak okrutnie, że myślałam, iż jestem kimś najgorszym na świecie. Bałam się wtedy bardzo, że jak umrę, to czeka mnie piekło, więc ogromnie obawiałam się umrzeć. Zastanawiałam się, jak mam dalej żyć, skoro i tak pójdę do piekła. Był to lęk tak przerażający, że nawet nie umiałam płakać... Głos ten komentował mój każdy krok, przeszkadzał mi również w pracy - odczuwałam wciąż nieprzyjemne zapachy, nie potrafiłam obliczyć prostych rachunków, nie umiałam logicznie myśleć... Poza tym atakował mnie seksualnie, co było jedną z najgorszych rzeczy z jego strony. A na domiar złego zagroził mi, że jeśli powiem komukolwiek o tym, co się ze mną dzieje, to zrobi temu komuś krzywdę. Bardzo się bałam tego, że spełni tę swoją groźbę, więc na początku milczałam, cierpiąc przy tym okropnie.
     Niemal zupełnie straciłam poczucie własnej woli, prawie przestałam być sobą. Proste czynności, takie jak np. robienie śniadania, sprawiały mi wielkie trudności. Zapominałam całe fragmenty modlitw, nie umiałam się również modlić własnymi słowami. I do tego wszystkiego nie potrafiłam nawet powiedzieć Panu Bogu, co się ze mną dzieje... Jedyną moją modlitwą w tamtym czasie było wpatrywanie się w obraz Jezusa Miłosiernego. Ale jednocześnie zły duch podsuwał mi wtedy erotyczne obrazy, bardzo uwłaczające Panu Jezusowi... Myślałam wtedy, że to ja patrzę w ten sposób na Jezusa, więc nawet bałam się wówczas wpatrywać w ten tak bardzo ukochany dla mnie obraz... Teraz już wiem, że to po prostu szatan próbował ingerować w moją wyobraźnię, że te obrażające Pana Jezusa obrazy nie należały do mnie.
     Zły przeszkadzał mi w modlitwie na różne sposoby. Kiedy na przykład brałam różaniec do ręki, mówił mi, że jak w ogóle śmiem ja, która zdradziła Boga, modlić  się do Niego. Ręce mi tak wówczas drżały, że ledwo mogłam utrzymać różaniec. Przeżywałam tak okrutne męki, że nie znajduję słów, by to opisać. Pomimo to trwałam na modlitwie.
     Chociaż prawie uwierzyłam w to, że jestem tak okropna, jak mówił mi zły duch, to jednak wciąż w tych swoich duchowych ciemnościach widziałam światełko, które mi zapalił Pan Bóg. Ja to światełko po prostu czułam; wiedziałam, że Bóg, pomimo tego mojego błądzenia, nigdy mnie nie opuścił.
     Rozmawiałam wtedy ze wspaniałymi kapłanami, których Bóg postawił na mojej drodze. Księża ci wyjaśnili mi, że szatan chciał, żebym zwątpiła w Boże Miłosierdzie, i że nie muszę się bać, bo podczas szczerej spowiedzi Bóg wybacza wszystkie grzechy. Miłosierdzie Boże jest nieskończone. Święta Faustyna w swym Dzienniczku napisała: "Naprawdę, Jezu, lęk mnie ogarnia, widząc nędzę swoją, ale zarazem uspokajam się, widząc niezgłębione miłosierdzie Twoje, które o całą wieczność większe jest od nędzy mojej (...)" (Dz. 66). Poza tym niedawno przeczytałam w jednej z książek słowa Pana Jezusa: "Gdzie są wasze grzechy, jeśli je wymazałem?". Rozmawiałam też z księdzem egzorcystą, który modlił się za mnie.
     Moja droga do Boga jest teraz drogą w Jezusie. Jemu to właśnie oddałam całe swoje serce, którego jest obecnie jedynym Panem. Oddałam Jezusowi i Maryi siebie, swoje dziecko, całą swoją rodzinę oraz wszystkich znajomych. Zaufałam Bogu bezgranicznie. Nie mam już tzw. ziemskich marzeń - moim marzeniem jest zawsze być z Jezusem. Przyjmę wszystko, czego Pan Jezus dla mnie pragnie - i radości, i cierpienia.
     Obecnie zgłębiam Boże prawdy przez lekturę Pisma św., czytam też piękne książki o prawdziwej miłości do Boga; od pewnego czasu należę również do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Poznałam znaczenie Mszy św. i tego cudownego daru Jezusa - ofiarowania samego siebie w sakramencie Eucharystii. Bardzo ważna stała się też dla mnie regularna adoracja Najświętszego Sakramentu.
     Wcześniej moje relacje z Bogiem polegały głównie na przedstawianiu Mu moich próśb o spełnienie moich marzeń, teraz jednak opierają się na wielkiej chęci spełniania woli Pana Boga, Jego pragnień.
     Nauczyłam się rozmawiać z Jezusem wszędzie, gdzie tylko mogę. Opowiadam Mu o wszystkim, radzę się go jak najlepszego Przyjaciela, o którym wiem, że nigdy mnie nie zawiedzie. Uwielbiam te rozmowy. Dostaję odpowiedzi w przeczytanej książce, w słowach kapłana czy koleżanki. Jezusowi bardzo zależy na takich rozmowach, o czym się przekonałam, kiedy przeczytałam w książce boliwijskiej mistyczki Cataliny Rivas następujący fragment: "Ileż jest całych rodzin, które idą rozmawiać ze Mną, usiąść przede Mną" i mówić do Mnie, opowiadać Mi, jak im się wiodło w ostatnim czasie, opowiadać mi o swoich problemach, trudnościach, które mają, prosić Mnie o to, czego potrzebują(...) Uczynić Mnie uczestnikiem swoich praw. Ile razy? Ja wiem wszystko, czytam w największej głębi waszych serc i umysłów, jednak lubię, kiedy Mi opowiadacie o swoich sprawach, kiedy czynicie Mnie ich uczestnikiem jak domownika, jak najbardziej zaufanego przyjaciela. Ileż łask traci człowiek, gdy nie daje Mi miejsca w swoim życiu".
     Doświadczyłam wręcz namacalnie tego, że Bóg nigdy nas nie opuszcza, bo tak wielka jest Jego miłość do nas. Usłyszałam kiedyś piękne słowa: "Jezus nas kocha. On nie potrafi inaczej". Czuję, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłam, wyrywając się ze szponów szatana, była szczera spowiedź, przeprosiny płynące z głębi serca oraz bezgraniczne zaufanie Bogu - dziecięca ufność w Jego miłość i miłosierdzie.
     Teraz już wiem, że cokolwiek uczyniliśmy, to jeśli żałujemy tego szczerze i poprosimy Boga o pomoc, to On nam zawsze to wybaczy i poprowadzi nas swoimi ścieżkami w niezwykły sposób -w swej niepojętej naszym ludzkim rozumem miłości. Zrozumiałam w końcu, że nasze ziemskie życie jest tylko chwilą, za którą będziemy odpowiadać w wieczności. Teraz już nie są ważne dla mnie tzw. uciechy światowe - najważniejsze jest obecnie dla mnie to, żeby się podobać Bogu i sprawić Mu radość w spełnianiu Jego woli. Pozwólmy być Jezusowi Panem naszych serc, ich jedynym Gospodarzem, a nasze życie nabierze dzięki temu wówczas cieplejszych barw, będzie w nim więcej miłości i staniemy się przez to o wiele szczęśliwsi. Szczęść Boże!
Marzenna

czwartek, 28 kwietnia 2011

Nie bójcie się iść drogą świętości

    Już w niedzielę nasz Papież Jan Paweł II zostanie ogłoszony błogosławionym, dlatego chciałam Wam dzisiaj zaproponować wędrówkę przez Jego pontyfikat i Jego nauczanie.  Pomoże nam w tym autor tego artykułu. Zachęcam Cię, przeczytaj go do końca, bo warto, bo może on wiele wnieść w Twoje życie...
     Powszechne przekonanie, że Papież Jan Paweł II jest świętym wierni wyrażali już podczas Jego pogrzebu napisami na transparentach i okrzykami: "Santo subito!" ("natychmiast święty!").
     Jan Paweł II emanował świętością, czyli pięknem swojego człowieczeństwa, bogactwem osobowości, dobrocią, mądrością i miłością. Jednym słowem promieniował Chrystusem, gdyż tylko On jest jedynym źródłem i sprawcą świętości człowieka. To sam Jezus Chrystus uobecniał swoją miłość w życiu, pasterskiej posłudze, cierpieniu i śmierci błogosławionego Jana Pawła II.
Nie bójcie się przyjąć Chrystusa
     Patrząc na przykład życia Jana Pawła II, uświadamiamy sobie, że każdy człowiek jest powołany do wspólnoty życia z Bogiem. I dlatego nikt nie osiągnie pełni człowieczeństwa, jeżeli nie zjednoczy się z Chrystusem i nie pozwoli ogarnąć się Jego miłosierną miłością, która gładzi wszystkie grzechy, rozrywa wszelkie kajdany zła, leczy najboleśniejsze rany, a największych grzeszników czyni świętymi.
     Fascynacja świętością Jana Pawła II powinna uświadomić nam, że Chrystus powołuje do świętości również ciebie i mnie, powołuje każdego bez wyjątku grzesznego człowieka i daje wszystko, co jest nam potrzebne, abyśmy stali się świętymi, czyli w pełni szczęśliwymi. Oczekuje tylko od nas zgody i współpracy. Świętość i przebóstwienie człowieka jest dziełem Boga, ale nie może się dokonać bez współdziałania człowieka.
     Po śmierci Jan Paweł II apeluje do nas wszystkich z jeszcze większą siłą, aniżeli to czynił w czasie ziemskiego życia. Woła do nas poprzez całe swoje duchowe dziedzictwo, które nam zostawił: nie bójcie się otworzyć Chrystusowi drzwi waszych serc! Nie bójcie się oddawać Maryi na Jej wyłączną własność, i powtarzać Jej: Totus Tuus - Cały Twój, aby uczyć się od Niej całkowitego oddania Chrystusowi i heroicznej wiary, by wierzyć tak, jak Ona wierzyła nadziei wbrew ludzkiej nadziei; nie bójcie się iść drogą świętości; nie bójcie się codziennie mówić do Chrystusa: pragnę stawać się świętym, czyli takim, jakim Ty, Panie, chcesz, abym się stał; nie bójcie się codziennie iść za Chrystusem drogą przykazań i Ewangelii, drogą wiary, która działa przez miłość; nie bójcie się całkowicie ufać Chrystusowi, który do końca nas umiłował, biorąc na siebie nasze grzechy, aby je zgładzić w swojej śmierci i zmartwychwstaniu; nie bójcie się wyznawać Chrystusowi swoje grzechy w sakramencie pokuty i ufać w Jego nieskończone miłosierdzie.
     Jan Paweł II uświadamia nam, że świętość to zjednoczenie z Chrystusem, wszczepienie w Chrystusa, tak, jak wszczepienie latorośli do winnego krzewu: "Ja jestem krzewem winnym - mówi Jezus - wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5). Wszczepienie w Chrystusa sprawia, że człowiek uczestniczy w życiu i miłości samego Boga, a więc osiąga pełnię człowieczeństwa, całkowicie realizuje siebie, gdyż Chrystus dopełnia w nim dzieła stworzenia i czyni go świętym.
Co mam czynić, aby stać się świętym?
     Pragnienie świętości jest pragnieniem pełni człowieczeństwa. Świętość to miłość, wolność, prawda, czyli pełnia szczęścia. Bez naszej zgody i współpracy z Chrystusem nigdy tej pełni nie osiągniemy.
     Co więc mam czynić, aby stać się świętym? Popatrz na przykład życia, jaki zostawił nam Jan Paweł II.
     Jeżeli pragniesz rozpocząć tę niesamowitą przygodę, jaką jest pójście drogą do świętości, to najpierw idź do spowiedzi, wyznaj wszystkie swoje grzechy, a po przyjęciu Komunii św. powiedz Jezusowi, że pragniesz iść razem z Nim przez życie, aby cię uczył kochać, wyzwalał z egoizmu, przemieniał i czynił świętym. Tak, jak to od dzieciństwa nieustannie czynił Jan Paweł II, tak samo i Ty całkowicie zawierzaj siebie Jezusowi przez Maryję. Zawierzaj całą swoją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, wszystko, czym jesteś i co posiadasz. W codziennej modlitwie często powtarzaj: Totus Tuus (Cały Twój).
     Chrystus jest "drogą i prawdą, i życiem" (J 14, 6). Trzeba się z Nim spotkać i umiłować Go. To dzieje się przede wszystkim w Eucharystii. Szukajmy każdej okazji, by uczestniczyć we Mszy św., przyjmując Jezusa do swego serca, karmiąc się Jego Ciałem, umacniając Jego obecnością. To On będzie nas napełniał Swoją świętością, Swoim życiem, wskazywał drogę i odsłaniał prawdę Swojej woli, która czasem jest trudna do przyjęcia, ale prowadzi do pełni życia.
     Do tych wszystkich, którzy zniechęcają się, Jan Paweł II woła: "Wstańcie, chodźmy!" i uspokaja: "Nawet jeśli te słowa oznaczają czas próby, wielki wysiłek i bolesny krzyż, nie musimy się niczego obawiać. Słowa te niosą bowiem w sobie także radość i pokój, które są owocem wiary.
     Boża miłość nie nakłada na nas ciężarów, których nie moglibyśmy unieść, ani nie stawia nam wymagań, którym nie moglibyśmy sprostać, jeśli wzywa, przychodzi z konieczną pomocą" (Wstańcie, chodźmy!, s. 163-4).
Wstańcie, chodźmy!
     Aby codziennie iść drogą wiary, konieczna jest samodyscyplina. Trzeba sobie ustalić plan dnia i z żelazną konsekwencją realizować go. W codziennym rozkładzie zajęć musi się znaleźć stały czas przeznaczony na modlitwę, na osobiste bycie sam na sam z Chrystusem, czas na pracę i służbę innym oraz na godziwy odpoczynek. Do wszystkich swoich zajęć, prac, zadań i modlitwy należy wkładać całe serce. Trzeba od siebie wymagać, przezwyciężać egoizm, który objawia się w niechęci do wysiłku, w lenistwie i pobłażaniu sobie. W jaki sposób? Decyzją woli zmuszać się do działania, modlitwy, pracy i innych zadań, szczególnie wtedy, kiedy się człowiekowi najbardziej nie chce.
     Jeżeli, pomimo słabości i upadków człowiek będzie szedł drogą przykazań i Ewangelii, odczytując i pełniąc wolę Bożą we wszystkich wymiarach i dziedzinach swojego życia, wtedy Chrystus będzie mógł kształtować jego człowieczeństwo, dopełniać dzieła stworzenia, czynić je świętym.
     Należy zawsze pamiętać, że cała duchowa siła i moc człowieka wypływa z modlitwy. To na modlitwie i w sakramentach, a przede wszystkim w Eucharystii, pozwalamy Jezusowi, aby przemieniał nasze serca, uwalniał je od grzechów i uzdalniał do miłości. Dlatego tak wielką krzywdę wyrządzają sobie ludzie, kiedy zaniedbują modlitwę lub przestają się modlić, gdyż wtedy ich życie duchowe karłowacieje i zamiera, stają się bezbronni wobec ataków sił zła, które ich zniewalają i nimi manipulują.
     Aby codziennie iść drogą wiary, trzeba wyznaczyć sobie bardzo konkretny czas na modlitwę: różaniec, koronkę do Bożego Miłosierdzia, medytację Pisma św., adorację Najświętszego Sakramentu lub inne formy modlitwy. Nigdy nie można dyspensować się z obowiązku modlitwy, uzasadniając to złym nastrojem lub samopoczuciem. Właśnie wtedy, kiedy nie chce mi się modlić, powinienem się modlić dwa razy dłużej, ofiarując Jezusowi swoją niechęć i zły nastrój. Niechęć do modlitwy i odkładanie jej na później, to najbardziej podstępne i niebezpieczne pokusy złego ducha. Trzeba mieć świadomość ich istnienia i zdecydowanie je odrzucać.
     Troszcząc się o życie duchowe, nie można zaniedbywać regularnej, miesięcznej spowiedzi. Wskazane jest znalezienie sobie stałego spowiednika. Niezwykle ważne jest tutaj złożenie przyrzeczenia Chrystusowi: Panie Jezu, przyrzekam Ci, że będę starał się żyć zawsze w stanie łaski uświęcającej, a gdyby zdarzył mi się ciężki upadek, to natychmiast przyjdę do Ciebie, abyś mnie uwolnił od grzechu w sakramencie pokuty.
     Całe życie Jana Pawła II jest czytelnym świadectwem, że wszystko w jego życiu zaczynało się "u stóp Chrystusa utajonego w Najświętszym Sakramencie". Tajemnicą wielkości Jana Pawła II jest właśnie modlitwa. Codziennie kilka godzin przeznaczał na nią. To dzięki Mszy św., modlitwie i kontemplacji czerpał od Chrystusa miłość, mądrość, wiedzę i siłę, bo tylko Chrystus jest jedynym Źródłem, w którym "wszystkie skarby mądrości i wiedzy są ukryte" (Kol 2, 3). Wspominając czasy krakowskie Ojciec Święty pisze: "W domowej kaplicy nie tylko się modliłem, ale także siedziałem i pisałem. Tu napisałem moje książki, wśród nich opracowanie Osoba i czyn. Jestem przekonany, że kaplica to miejsce, z którego pochodzi szczególne natchnienie. To ogromny przywilej móc mieszkać i pracować w przestrzeni tej Obecności. - niczym potężny magnes. Mój serdeczny, już nieżyjący przyjaciel Andre Frossard, w książce Bóg istnieje, spotkałem Go głęboko ujął moc i piękno tej Obecności. Jednak nie zawsze konieczne jest fizyczne przyjście do kaplicy, żeby duchowo wejść w przestrzeń Najświętszego Sakramentu" Wstańcie, chodźmy!, s. 116).
     Jan Paweł II podkreśla, że tylko ten, kto się modli, potrafi kochać swojego bliźniego: "Zainteresowanie się drugim człowiekiem zaczyna się od modlitwy biskupa, od jego rozmowy z Chrystusem, który mu powierza swoich. Modlitwa przygotowuje nas do spotkań z drugimi. Są to spotkania, w których dzięki duchowemu otwarciu możemy się wzajemnie poznawać i rozumieć także wtedy, kiedy czasu jest niewiele. Ja za wszystkich po prostu modlę się dzień w dzień. Gdy spotykam człowieka, to już się za niego modlę i to zawsze pomaga w kontakcie z nim. Trudno mi powiedzieć, jak ludzie to odbierają - trzeba by ich zapytać. Mam jednak taką zasadę, że każdego przyjmuję jako osobę, którą przysyła Chrystus - jako tego, którego mi dał i zarazem zadał" (Wstańcie, chodźmy!, s. 58).
     Wiara szuka zawsze głębszego zrozumienia, dlatego niezwykle ważne jest pogłębianie swojej wiedzy religijnej poprzez lekturę dobrych książek i czasopism katolickich. Jan Paweł II udziela nam w tym względzie bezcennej porady: "Zawsze miałem dylemat: Co czytać? Starałem się wybierać to, co najistotniejsze. Tyle rzeczy się publikuje. Nie wszystkie są wartościowe i pożyteczne. Trzeba umieć wybierać i radzić się, co czytać. Od dziecka lubiłem książki. Do tradycji czytania książek wdrażał mnie mój ojciec. Siadał obok mnie i czytał mi całego Sienkiewicza i innych pisarzy polskich. Kiedy umarła matka, zostaliśmy we dwóch z ojcem. I on nie przestawał zachęcać mnie do poznawania najbardziej wartościowej literatury" (Wstańcie, chodźmy!, s. 76).
Na czas próby
     Jeżeli idziemy wytrwale drogą wiary do świętości, to z całą pewnością będziemy poddani różnorakim próbom. Jan Paweł II pragnie przygotować nas na ten trudny czas doświadczeń, tłumacząc: "Próby zapewne nas spotkają. Nie jest to niczym niezwykłym. To należy do życia wiary. Czasem próby są łagodne, czasem bardzo trudne, a nawet dramatyczne. W próbie możemy się czuć osamotnieni, ale łaska Boża, łaska zwycięskiej wiary, nigdy nas nie opuszcza. Dlatego każdą próbę, choćby najstraszniejszą, możemy przejść zwycięsko" (Wstańcie, chodźmy, s. 148).
     I tutaj wzywa nas Ojciec Święty do nieugiętej walki z własnymi słabościami i siłami zła. Symbolem tego dramatycznego zmagania się i walki jest nieustraszona obrona polskich żołnierzy we wrześniu 1939 r. na Westerplatte, które od tego czasu stało się znakiem "wierności w dramatycznej próbie". Trzeba być wiernym Chrystusowi aż do końca, wiernym w zachowywaniu wszystkich przykazań i Ewangelii. Jan Paweł II apeluje do nas wszystkich: "Nigdy samo "więcej mieć" nie może zwyciężyć. Bo wtedy człowiek może przegrać rzecz najcenniejszą: swoje człowieczeństwo, swoje sumienie, swoją godność". Dlatego Ojciec Święty wzywa: "Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali". I tłumaczy: "Każdy z was znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie - jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba "utrzymać" i "obronić", tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić - dla siebie i dla innych" (Westerplatte, 12 czerwca 1987).
     Pan Jezus bardzo pragnie, abyś został świętym. Jeśli odpowiesz na Jego pragnienie i podejmiesz codzienny wysiłek życia wiarą, trud całkowitego posłuszeństwa i współpracy w realizowaniu Bożych planów, to wtedy staniesz się uczestnikiem najbardziej fascynującej rzeczywistości, jaką jest stawanie się prawdziwie wolnym i kochającym człowiekiem, czyli świętym.
     Niech nauczanie i przykład życia błogosławionego Jana Paweł II uświadomi nam, że powołanie do świętości każdego bez wyjątku człowieka, nie jest tylko zwykłą możliwością, ale obowiązkiem, wypływającym z istoty naszego człowieczeństwa, stworzonego na obraz i Boże podobieństwo.
     "Bądźcie jak posłuszne dzieci. Nie stosujcie się do waszych dawniejszych żądz, gdy byliście nieświadomi, ale w całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi na wzór Świętego, który was powołał, gdyż jest napisane: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty" (1 P 1, 14-16).

ks. M. Piotrowski TChr

wtorek, 22 lutego 2011

Jak Bóg znalazł mnie

Miałem 28 lat i moja wiara ograniczała się do co niedzielnych wizyt w kościele i klepania pacierzy tak, by już to mieć za sobą. Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co zmusiło mnie do innego spojrzenia na wiarę, coś co spowodowało, że musiałem poukładać swoje życie na nowo.
     To był grudniowy bardzo zimny poranek, od kilku dni pracowałem w nowej firmie. Od początku grudnia jeździłem po Polsce wdrażając się do nowej pracy i miałem tego naprawdę dość. 22 grudnia miałem zostać z 8 miesięcznym synkiem w domu i odpocząć do samego Bożego Narodzenia. Stało się jednak inaczej. Żona moja miała na imię Ewa i chciała w ostatnim dniu przed świętami popisać się swoim domowym wypiekiem w pracy. Była też dodatkowa okazja 24-tego obchodziła imieniny. Więc do Jasia przyszła rano niania, a my pojechaliśmy do pracy. Dziś pamiętam tylko ten okropny ziąb który przeszywał ubranie, jak gdyby cofał nas do domu. Niestety nie potrafiłem odczytać wszystkich znaków i wyjechaliśmy. Kilka kilometrów za miejscowością, w której mieszkaliśmy uderzyłem w drzewo. Moja żona zginęła na miejscu. Wciąż pamiętam jej ostatnie tchnienie, kiedy na chwilę odzyskałem przytomność. Pamiętam przerażenie i próbę krzyku by ją ratowano, ale im bardziej otwierałem usta tym miałem mniej siły i w końcu straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem w karetce nikt nie chciał ze mną rozmawiać na temat mojej żony, każdy mówił, że będzie dobrze. Dopiero po kilku godzinach, kiedy byłem już na środkach uspakajających powiedziano mi co się stało.
     Nagle moje życie legło w gruzach, chciałem nie żyć, błagałem Boga, by odebrał mi życie, bo sam byłem zbyt wielkim tchórzem by to zrobić. Moje serce krwawiło ciało sprawiało ból i czułem, że straciłem duszę. Wszyscy dookoła mówili o przeznaczeniu, o tym, że tak musiało się stać. A ja wiedziałem jedno: to nie przeznaczenie, to ja to zrobiłem, to ja jestem winny, to mnie powinien spotkać ten los, nie Tą którą tak bardzo kochałem.
     Znalazły się tylko dwie osoby, które potrafiły mi powiedzieć w twarz, że to ja jestem winien, jestem im za to wdzięczny i będę do końca życia. Jednym był mój serdeczny przyjaciel, a drugą ksiądz. To oni uświadomili mi prawdę, o której zawsze wiedziałem, ale której nie potrafiłem zaakceptować i przyjąć. Oni posiadali coś, czego ja nie rozumiałem do tej pory, posiadali wiarę. Tak, miałem wyrzuty do Boga, tak, chciałem się od niego odwrócić, tylko że przyjaciele uświadomili mi, że przecież ja go jeszcze nawet nie poznałem. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę z nim rozmawiam. Zwróciłem się do niego jak do żywej osoby, nie jak do figurki, którą uważałem do tej pory za Boga. Codziennie mówiłem Mu jak się czuję, codziennie prosiłem Go, by mi pomógł. Dopiero po pewnym czasie zacząłem zauważać, że On naprawdę jest przy mnie, słucha mnie, choć nie rozwiązuje moich problemów moimi sposobami, nie daje mi tego, czego oczekuje, ale daje mi więcej, bo daje mi to, czego naprawdę mi trzeba. Ufam Mu bezgranicznie, uważam, że jestem ślepcem na drodze pełnej kamieni, ale trzymam za rękę swojego Ojca, a dopóki tak jest, On nie pozwoli na to, bym się potykał. Nawet, jeśli ześle cierpienie, wiem że to cierpienie nie jest daremne, wiem, że po jakimś czasie będę wdzięczny Mu za to, że to tą drogą mnie poprowadził.
     Od ponad 2000 lat mamy tą prawdę przed oczyma i nadal nie potrafimy z niej korzystać. Twierdzę, że jestem ślepcem na swojej drodze, lecz współczuję ludziom, którzy nie potrafią odkryć tej prawdy, dlatego, że są bardziej ślepi ode mnie.
     Mam nadzieje, że choć jedna osoba zastanowi się nad tym, co tutaj opisałem. Jeśli tak będzie to wiem, że moje cierpienie nie poszło na marne i wypełniłem swoją misję, którą On przygotował dla mnie.

Anomim

wtorek, 11 stycznia 2011

Dla wierzących, ale niepraktykujących

     Swoje świadectwo dedykuję wszystkim, którzy określają siebie jako "wierzący, ale niepraktykujący". Przez wiele lat sam mówiłem o sobie właśnie w ten sposób. Szedłem w złym kierunku, bo w istocie byłem zamknięty na działanie Boga. Teraz, mając już 30 lat, czuję się jak raczkujące niemowlę w nowej rzeczywistości świata, którą otworzył przede mną Pan Bóg za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Królowej Polski z Jasnej Góry.
     Mam na imię Bartosz. Całe swoje życie uważałem się za katolika, ale tak dokładnie chyba nie rozumiałem, jaki skarb odziedziczyłem po swoich dziadkach i rodzicach. Mając 19 lat, wróciłem do Polski z zagranicy, gdzie skończyłem szkołę. Przebywałem tam w zasadzie sam, przez 3 lata. Ten okres był niestety wypełniony nie tylko nauką, ale także brnięciem w rzeczy niegodne człowieka wierzącego. Właściwie to traktowałem ten czas jako zabawę. Po powrocie do kraju kontynuowałem ten rozrywkowy styl funkcjonowania. Miałem wielu znajomych i przyjaciół, którzy imponowali mi swoim statusem społecznym albo tym, że byli "kimś" w towarzystwie dzięki kasie, którą dysponowali. Niestety, nie potrafiłem być sobą. Płynąłem z prądem. Żyłem według zasad innych, które sam przyjąłem za własne priorytety.
     Mając 20 lat, nie potrafiłem kompletnie rozmawiać ze swoimi rodzicami, a w szczególności z ojcem. Zawsze uważałem, że wiem lepiej od niego, na czym polega życie. Rodzinne spędzanie niedzieli przeze mnie odbywało się w ten sposób, że zaliczałem Mszę św., na którą jechałem z rodzicami, aby zaraz potem powrócić do stylu życia swoich znajomych. Jednocześnie udawałem dobrego syna wychowanego w duchu religijnym. Były to jednak tylko pozory. W rzeczywistości oszukiwałem samego siebie i tych, którzy mnie kochali. Szedłem ścieżką rozwiązłego życia w zakłamaniu i perfidnych manipulacjach osobami mi najbliższymi. Oddalałem się coraz bardziej od rodziny, nie wiedząc nawet, kiedy to się dzieje. Moje serce było przepełnione pustką, a dusza zaśmiecona nieczystością i obłudą...
     Pewnego dnia dowiedziałem się o ciężkiej chorobie mojego 37-letniego wujka. Był to zaawansowany rak mózgu, niemożliwy do zoperowania. Przeraził nas wszystkich fakt, że ten człowiek może z dnia na dzień odejść, pozostawiając dwójkę dorastających dzieci. Była to tragedia rodzinna, która spadła na nas wszystkich niczym grom z jasnego nieba. Po kilku miesiącach prób ratowania życia wujka przez lekarzy zdecydowaliśmy się wybrać na Jasną Górę, aby tam prosić o jego zdrowie. Nie wiedzieliśmy wtedy, że będzie to dla nas początek nowego życia.
     Dosyć nieudolnie, ale szczerze zawierzyliśmy się Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, według modlitwy, którą ktoś nam podsunął. Od tego dnia rozpoczął się "program naprawczy" całej naszej rodziny. Proces ten nie był łatwy, gdyż niektórzy mocno się buntowali. Jednak łaska Boża płynąca prosto z Niepokalanego Serca Matki Bożej działała. Pierwsze oczyszczenie trwało kilkanaście tygodni, ale już od pierwszej wizyty na Jasnej Górze chyba każdy z nas czuł ogromną siłę miłości, która działa w tym miejscu.
     Dla mnie nastąpił wyjątkowy okres. Jako młody człowiek mający przyjaciół z różnych - i w większości nieciekawych - środowisk widziałem świat, przed tą wizytą, jako czysto materialny, a chęć przeżywania cielesnych uciech życia była we mnie mocno zakorzeniona. Teraz zacząłem się modlić, chodzić regularnie do spowiedzi i w ogóle poważnie traktować Pana Boga oraz Jego przykazania.
     W tym czasie stan zdrowia mojego wujka stopniowo się pogarszał, ale nasza wiara w to, że jednak wyzdrowieje, była ogromna. W moim życiu rozpoczęły się wielkie zmiany. Czasami nie byłem z nich zadowolony, ponieważ praktycznie z dnia na dzień większość moich znajomych i przyjaciół odwróciła się ode mnie bez wyraźnego powodu. Było to dla mnie trochę dziwne, gdy ktoś z dnia na dzień potrafił mi powiedzieć przez telefon, że nie chce mnie znać i że nie spotkamy się prawdopodobnie już więcej... Nie przejmowałem się tym zbytnio. Już wtedy wiedziałem, że po zawierzeniu siebie Niepokalanemu Sercu Matki Bożej moja nowa Mama postanowiła uporządkować moje życie od podstaw, troszcząc się nawet o najmniejsze szczegóły.
     W kilka tygodni po zawierzeniu rozstałem się ze swoją dotychczasową dziewczyną. Natomiast kontakty z ojcem zaczęły się rozwijać w tempie, nad którym chyba obaj nie mogliśmy zapanować, ale byliśmy obydwaj z takiego obrotu sprawy bardzo zadowoleni. Mój tata poczuł, że ma syna, a ja z kolei, że to ojciec jest moim prawdziwym przyjacielem i partnerem. Postanowiliśmy razem otworzyć mały, rodzinny biznes, ale oparty na Bożym fundamencie i dlatego - jestem przekonany - przetrwa on nawet największy kryzys.
     Praktycznie w każdy weekend odwiedzaliśmy Jasną Górę całą rodziną (z chorym wujkiem) lub jeździliśmy tam we trójkę (mama, tata i ja). Czułem wtedy - i czuję do dzisiaj - że jesteśmy prowadzeni ścieżką prowadzącą do zbawienia. Po prawie pół roku od naszej pierwszej wizyty na Jasnej Górze okazało się, że wyniki badania rezonansu magnetycznego głowy mojego wujka są idealne. Guz główny oraz wszystkie ogniska zapalne zniknęły bez śladu. Dzisiaj jednak wiem, że Panu Bogu nie chodziło głównie o uzdrowienie mojego wujka, lecz przede wszystkim o uzdrowienie całej naszej rodziny. Największy cud, jaki się dokonał, to ten, że tak wiele zmieniło się w naszym życiu. Często się zastanawiam - i jest mi też bardzo wstyd z tego powodu - że Pan Bóg musiał za wstawiennictwem Matki Bożej pokazać mi namacalnie, jaką siłą dysponuje i że jest miłością. Nie uwierzycie, dopóki nie zobaczycie! Ja zobaczyłem i doświadczyłem. Zastanawiam się też, czym sobie zasłużyłem na taką łaskę. Dziękuję za to, że teraz wiem, kim jestem, i wiem, że nie ma przede mną problemu ani sytuacji bez wyjścia, gdyż jestem w Niepokalanym Sercu Matki Bożej!
     Ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, Kasią, którą poznałem zaraz po tych wszystkich opisanych wyżej wydarzeniach. Pierwszy raz spotkaliśmy się w kościele. W dzień po ślubie pojechaliśmy z gośćmi (wynajętym autokarem) na Jasną Górę. Tam,, na naszej Mszy św., wspólnie z moją żoną Kasią zawierzyliśmy siebie, rodzinę, naszą przyszłość Niepokalanemu Sercu Maryi. Mamy bliźniaki - dwóch synów Piotra i Pawła. Jest to kolejna wspaniała łaska dla naszej rodziny. Moja żona i ja nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieli dwoje dzieci naraz, choć zawsze mówiliśmy, że chcielibyśmy mieć ich dużo.
     Modlę się o to, aby udało się nam wychować nasze dzieci na takich ludzi, którzy nie będą musieli zobaczyć na własne oczy, aby uwierzyć, i nigdy nie powiedzą, że są wierzący, ale niepraktykujący. Ufam, że tak będzie, bo zawierzyliśmy ich Niepokalanemu Sercu Maryi, Królowej Polski, i zawierzymy Jej także nasze kolejne dzieci.