piątek, 24 grudnia 2010

Bóg się rodzi...

Moi Drodzy !
Bóg jest dobry !
Przyszedł na świat w Dzieciątku Jezus,
by mnie sobą nie speszyć, by mnie rozbroić miłością....
Życzę tej głębokiej radości i odważnego przyjęcia Jezusa Emmanuela
do siebie - na dziś, na jutro,...na cały Nowy 2011 Rok !

 

czwartek, 23 grudnia 2010

TRADYCJE I ZWYCZAJE BOŻONARODZENIOWE

Czas Bożego Narodzenia, to dni pełne pięknych, starych zwyczajów. Już przed świętami myślimy o kartkach z życzeniami, kupujemy prezenty; w domach trwają wielkie przygotowania do wieczerzy wigilijnej. W Wigilie spotykamy się z rodziną przy stole, dzielimy się opłatkiem, składamy życzenia, śpiewamy kolędy, by potem, o północy iść na pasterkę. Czasem jednak całkiem zwyczajnie zapominamy, co mają poszczególne zwyczaje oznaczać. Zapraszam więc młodzież a także dorosłych, do przypomnienia sobie sensu gestów, wykonywanych podczas świąt.
CHOINKA
Nie można dziś określić nawet w sposób przybliżony od kiedy iglaste drzewko zaczęto kojarzyć z obchodami świąt Bożego Narodzenia. Wiadomo natomiast, że w wielu kulturach i religiach drzewo, zwłaszcza iglaste jest symbolem życia, płodności, odradzania się i trwania. Podejmowano wiele prób biblijnego uzasadnienia wprowadzenia do domów bożonarodzeniowego drzewka, jednak nie znaleziono nigdy bezpośrednich źródeł pisanych, do których można byłoby się odwołać. Faktem jest, iż na jednym z miedziorytów z roku 1553, obok żłóbka widnieje drzewko jodłowe ozdobione gwiazdą i świeczkami. Następne lata potwierdzają występowanie choinki, nawet w mieszkaniach prywatnych w dniu obchodów Bożego Narodzenia. Zwyczaj te stał się powszechnym w mieszczańskich rodzinach niemieckich, tyrolskich, austriackich promieniując stamtąd, zwłaszcza w wieku XIX, na pozostałe kraje europejskie i pozaeuropejskie. Ważne były, rzecz jasna, ozdoby choinkowe. Im również nadawano głębszy sens. I tak na szczycie drzewka zawieszano gwiazdę symbolizującą gwiazdę betlejemska, w zawieszanych jabłkach widziano echo biblijnego jabłka Adama i Ewy, papierowe łańcuchy rozpoznawano jako okowy zniewolenia grzechowego czy nawet politycznego (w okresie rozbiorów), Oświetlenie choinkowe miałoby wskazywać na Chrystusa, który przyszedł na świat jako „światło dla pogan”. Zaś żywe zielone drzewko miałoby symbolizować Chrystusa — źródło wszelkiego życia. Warto o tym pamiętać strojąc swoje świąteczne drzewko. A ubiera się je dopiero w wieczór wigilijny. Aby jednak zapalić świeczki, trzeba poczekać na pojawienie się na niebie pierwszej gwiazdy.
WIECZERZA WIGILIJNA
Tradycja rodzinnej, uroczystej wieczerzy jest dzisiaj bardzo mocno zakorzeniona w polskich domach. Obyczaj ten zauważono i zapisano już w XVII w., choć przypuszcza się, że był praktykowany już dużo wcześniej. Jego istotnym elementem jest zachowanie postu. Wieczerzę poprzedza przygotowanie choinki, jak też domowej szopki. Pod białym obrusem kładzie się kilka kłosów siana (symbolika szopki betlejemskiej). Do stołu zasiada się po ukazaniu pierwszej gwiazdy na niebie. Uczestnicy kolacji dzielą się białym opłatkiem, składają życzenia, wybaczają wzajemne urazy. Przyjęło się pozostawienie wolnego nakrycia przy stole dla ewentualnego gościa lub też symbolicznie dla Chrystusa. Były i są różne przesądy dotyczące ilości i zawartości potraw wigilijnych. Najczęściej podaje się zupę rybną czy migdałową, barszcz, potem grzyby z kapustą, ryby gotowane lub pieczone (najczęściej karp w szarym sosie), kluski z makiem, kompot z suszonych owoców, itd. Na ogół przygotowuje się 7, 9 względnie 12 potraw. We wschodnich regionach obowiązkowo podaje się kutię (gotowaną pszenicę lub jęczmień z miodem, orzechami i migdałami). Po skończonej wieczerzy śpiewa się kolędy i obdarowuje prezentami.
OPŁATEK
Wigilijny zwyczaj łamania się opłatkiem należy do najtrwalszych i najżywszych tradycji Bożego Narodzenia. Dzielenie się opłatkiem, choć niekoniecznie w Wigilię, praktykowali już najwcześniejsi chrześcijanie — otrzymywali go ci, którzy nie byli na mszy. Od dawna, tuż przed wieczerzą, łamano się opłatkiem z członkami rodziny, służbą, kolędnikami i oczywiście duchami przodków. Nawet zwierzęta gospodarskie dostawały opłatek od swego gospodarza. Nie ma solidnego studium, które wskazałoby kiedy i w jakich okolicznościach ta tradycja zakorzeniła się w Polsce. Najstarsza wzmianka źródłowa pochodzi z końca XVIII wieku. Dzisiaj jest to już wyłącznie polski zwyczaj, którego najważniejszym przesłaniem jest pojednanie. Dzieląc się opłatkiem składamy sobie życzenia dobra wszelakiego, zapominamy o urazach, wybaczamy winy.
KOLĘDY
Wyraz kolęda pochodzi od łacińskiego słowa „calendae”, oznaczające pierwszy dzień miesiąca. W starożytnym Rzymie uroczyście obchodzono szczególnie calendae styczniowe, kiedy to konsulowie prawnie obejmowali swój urząd w całym imperium rzymskim. Przy reformie kalendarza (46 r. przed naszą erą), zadekretowanym przez Cezara Juliusza (stąd „kalendarz juliański”) potwierdzono 1 stycznia jako początek roku administracyjnego. W Rzymie obchodzono to bardzo uroczyście. Odwiedzano się, obdarowywano podarkami, śpiewano okolicznościowe pieśni. Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa zwyczaje te stopniowo powiązano z początkiem rachuby nowego czasu „nowej ery”, czyli narodzin Chrystusa. Kolęda w Polsce oznacza przede wszystkim pieśń religijną, związaną tematycznie z narodzinami Chrystusa. Najstarsza polska kolęda „Zdrów bądź królu anielski” pochodzi z 1424 roku, choć sam termin kolęda utrwalił się dopiero w XVII w. W okresie tym powstawało wiele pastorałek i kolęd. Inne śpiewali zakonnicy, inne arystokracja, mieli też swoje kolędy kupcy i pozostałe stany. Niektóre kolędy autorskie znane są do dziś: „Przybieżeli do Betlejem pasterze” i „Przy onej górze” J. Żabczyca, „Bóg się rodzi” F. Karpińskiego, „Mizerna, cicha” T. Lenartowicza. Jednak kolędy powstawały też dzięki twórcom anonimowym. Tłumaczono je z łaciny czy z języków krajów sąsiedzkich. Jakkolwiek większość kolęd powstała w łonie kościoła katolickiego, nie brak jednakże kolęd luterańskich, kalwińskich czy husyckich. Kolędy są zjawiskiem kulturowym, zwłaszcza w Polsce, gdzie ilość znanych i opisanych kolęd osiąga liczbę ponad pół tysiąca.
PREZENTY GWIAZDKOWE
Powszechna praktyka wzajemnego obdarowywania się prezentami (zwłaszcza dzieci) związana była pierwotnie z kultem i życiorysem św. Mikołaja, biskupa diecezji Bari (Włochy), wielkiego jałmużnika żyjącego w IV wieku. Jego niezwykła hojność, troska o biednych, stały się symbolem i uosobieniem miłości każdego bliźniego. Właśnie w okresie świąt bożonarodzeniowych znalazła swoje logiczne uzasadnienie i to już w średniowieczu. Dzisiejszą tradycję wręczania świątecznych prezentów zawdzięczamy Marcinowi Lutrowi, który w 1535 roku domagał się, aby protestanci zaniechali zwyczaju „św. Mikołaja”, a prezenty dawali swoim dzieciom jako dar samego „Dzieciątka Jezus”. Z czasem wszystkie kraje chrześcijańskie, także katolickie przyjęły tę praktykę. Jednakże ślad dawnej tradycji biskupa — św. Mikołaja nadal rozpoznajemy w postaci tzw. gwiazdora ubranego w szaty biskupie, z mitrą i pastorałem, względnie nazywanego wprost Santa Claus (kraje anglosaskie) czy Sinterklaas (Holandia). To on w wigilię Bożego Narodzenia przynosi nadal prezenty, to dzieci nadal ze swoją dziecięcą wiarą piszą do niego listy.

piątek, 17 grudnia 2010

Po co bierzmowanie ? (16)

Chrześcijanin – najpiękniejszy kwiat doniczkowy
Kilka lat temu widziałem, jak pewna siostra zakonna układała w kościele przed ołtarzem piękną kompozycje z kwiatów. To był rzeczywiście niezwykły bukiet. Podszedłem do tej Bożej kwiaciarki i powiedziałem:
- Piękną rzecz siostra stworzyła. Szkoda tylko, że to wszystko trzeba będzie po kilku dniach wyrzucić do śmieci.
- Nie wszystko – tajemniczo odpowiedziała siostra i rozchyliła nieco ułożone kwiaty. Okazało się, że jeden z nich, wkomponowany w sam środek, to kwiat doniczkowy. Akurat zakwitł i siostra postawiła go na stołeczku, a potem obstawiła kwiatami ciętymi, umocowanymi w specjalnych gąbkach.
- Te cięte kwiaty rzeczywiście trzeba będzie za jakiś czas wyrzucić, ale ten doniczkowy będzie żył jeszcze długo – powiedziała siostra.
Ten obrazek do dziś pozostał mi w pamięci. Kiedy, idąc ulicą, widzę różnych ludzi, to łatwo dostrzegam różnice między nimi. Ten jest stary, a ten młody. Ta piękna, tamta mniej urodziwa. Ci są bogaci, a tamci ubodzy. Ale to nie jest najważniejsza różnica. Najistotniejsze jest pytanie: kto jest kwiatem ciętym, a kto jest „zasadzony” w Pana Jezusa ? Bo można być człowiekiem pięknym, inteligentnym, bogatym  w swojej osobowości, ale pozostawać jak ścięta róża. A można być człowiekiem bardzo szarym, niczym się nie wyróżniającym, a jednak mieć w sobie życie Jezusa. Ile to razy słyszałem z ust jakiejś starszej kobiety:
- Wie ksiądz, miałam taki kwiat. Niby już uschły, takie byle co. I właściwie chciałam go wyrzucić, ale go tak podlewałam i … wie ksiądz, jak on mi pięknie zakwitł ! Z człowiekiem może być tak samo. Można mieć depresje, upadki, prowadzić niekiedy wyczerpującą walkę duchową. Można przechodzić różne załamania. Można pozostawać latami w cieniu tych, co się prawem Bożym nie przejmują i ciągle są radośni, uśmiechnięci. Można im zacząć bardzo zazdrościć i wątpić: czy jest sens zmagać się z grzechem ? Można mieć mocną pokusę: czy nie dać sobie spokoju ze spowiedziami, wyrzutami sumienia, czy nie pójść w życiu na całość ? I to jest pokusa: czy dać się ściąć ? I zostać kolorowym kwiatkiem, którego piękno jest krótkotrwałe.
Chrystus stał się dla nas poprzez swoje zmartwychwstanie duchem ożywiającym. Duch Boga wskrzesił Jezusa po trzech dniach, choć wydawało się, że ten Boży Kwiat zwiądł bezpowrotnie. Przez chrzest, przez bierzmowanie, przez eucharystię jesteśmy niejako ”zasadzeni” w Jezusa Zmartwychwstałego. Jesteśmy z Nim złączeni jak krzew z latoroślą. I choćby nam przyszło nieco uschnąć, przeżywać trudne dni, doświadczać smutku, że coś bezpowrotnie straciliśmy, to trwajmy w wierze, że życie Jezusa, które w sobie nosimy, jest niezniszczalne.
Dlaczego Jezus pozostawał w grobie przez trzy dni ? Dlaczego nie zmartwychwstał po kilku godzinach ? Stało się tak, by nikt nie miał wątpliwości, że On naprawdę umarł. Takie były wtedy przekonania. Po trzech dniach od chwili śmierci zgon można było uznać za bezdyskusyjny. I w naszym życiu przyjdą niekiedy takie trzy dni. Wszystko będzie suche, szare i obumarłe. Nasze myśli, modlitwa, relacje do innych ludzi. Ale życie nie obumarło. Duch nie obumarł. Czeka na swoją wiosnę, by zakwitnąć ku chwale Boga. Jej przyjścia nic nie może zatrzymać.

wtorek, 14 grudnia 2010

Bóg chce prowadzić swój lud (Iz 48,17-19)

"Tak mówi Pan, twój Odkupiciel,
Święty Izraela:
«Jam jest Pan, twój Bóg,
pouczający cię o tym, co pożyteczne,
kierujący tobą na drodze, którą kroczysz.
O gdybyś zważał na me przykazania,
stałby się twój pokój jak rzeka,
a sprawiedliwość twoja jak morskie fale.
Twoje potomstwo byłoby jak piasek,
i jak jego ziarnka twoje latorośle.
Nigdy by nie usunięto ani wymazano
twego imienia sprzed mego oblicza!"
KOMENTARZ

Celem Bożych pouczeń jest pomyślność człowieka. Jednak Izrael wciąż odwraca się od Boga i dąży do sukcesu, posługując się fałszem i oszustwem. Prorok wielokrotnie powtarza, że człowiek, który zapomina o Bogu i zwraca się do dzieł własnych rąk, nie będzie miał z tego pożytku. Droga przykazań, którą Bóg prowadzi człowieka, często jest wymagająca, ale tylko ona prowadzi do trwałego szczęścia.

wtorek, 23 listopada 2010

Obowiązki uczniów Jezusa (Łk 14,25-35)

„A szły z Nim wielkie tłumy. On odwrócił się i rzekł do nich:  «Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.  Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie?  Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego:  "Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć".
Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.
Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.
 Dobra jest sól; lecz jeśli nawet sól smak swój utraci, to czymże ją zaprawić? Nie nadaje się ani do ziemi, ani do nawozu; precz się ją wyrzuca. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»”
KOMENTARZ
Każdy, kto chce wejść w zażyłą więź z Bogiem, musi w swoim sercu zgodzić się na porzucenie wszystkiego, jeśli Bóg od niego tego zażąda. Jezus pragnie, aby ten, kto jest Jego uczniem, był naprawdę wolny. Wolność tę zdobywa się jednak z wielkim wysiłkiem. Jest ona często okupiona cierpieniem, bo człowiek z trudem wyzbywa się swojego egoizmu. Jeśli ktoś uważa, że można być uczniem Jezusa bez poniesienia konkretnego trudu i ofiar, ten jest w wielkim błędzie. Prawdziwi uczniowie są dla świata tym, czym sól dla pokarmów. Soli nie widać w pokarmach, ale czuje się jej smak i konserwującą moc. Utrata przez sól swoich właściwości jest symbolem zobojętnienia, któremu mogą ulec uczniowie, jeśli nie będą czuwać, aby ciągle, z coraz większym zapałem, ponad wszystko kochać Boga.

wtorek, 16 listopada 2010

Po co bierzmowanie ? (15)

Spojrzeć na siebie oczami Jezusa
Przed kilku laty pewien Pan opowiedział mi pouczającą historię ze swoich studenckich lat. Otóż kiedy zabrakło mu pieniędzy, z bólem serca postanowił, że sprzeda swoje zbiory znaczków pocztowych. Rzeczoznawca przez kilkanaście minut oglądał klaser po klaserze, strona po stronie. Kiedy skończył powiedział coś, co wprawiło studenta w osłupienie:
- Kupuję od pana tylko jeden znaczek. Ten polski, przedwojenny.
- Jak to tylko jeden ?! Przecież tu są wspaniałe serie ! O, ta z Watykanu, i ta z Hondurasu ! – student nie mógł opanować lekkiego podenerwowania.
- Widzę, widzę – odparł spokojnie filatelista – ale biorę tylko ten jeden znaczek. Za resztę dziękuję. „A ja myślałem, że mam takie filatelistyczne skarby” – z lekkim uśmiechem zakończył swe opowiadanie dawny student.
Rozważaliśmy już sprawę niebezpiecznej iluzji, w jakiej można spokojnie spędzać życie. Co to znaczy przygotować się na sąd Boży ? Czy należy powtarzać  nieustannie znane zawołanie: memento mori ? Niekoniecznie, choć jest ono bardzo mądre. Przygotowanie na nasze ostateczne spotkanie z przychodzącym Synem Bożym, to uczciwe dążenie do prawdy o sobie i o swoim życiu. Bo na Sądzie Ostatecznym Pan Bóg „kupi” od nas tylko miłość. Kiedy przedstawimy Mu, jako rzeczoznawcy spraw ostatecznych, nasze sukcesy i osiągnięcia, kiedy będziemy się chwalić świadectwem z czerwonym paskiem, dyplomem ukończenia mądrych kursów, pokażemy puchar zdobyty na turnieju, to być może Bóg wtedy powie: uznaję w twoim życiu to, że kiedyś zrezygnowałeś z dyskoteki i zawiozłeś sąsiadce obiad do szpitala. Uznaję to, że broniłeś nauczycielki, kiedy wszyscy oskarżali ją o nieuczciwość. Uznaję to, że nie złamałeś się, kiedy wyśmiali cię, gdy nie chciałeś spróbować narkotyków. To było dla Mnie. Reszta była na twoją chwałę. W swoim duchowym życiu powinniśmy bardzo się starać, by uwolnić się od złudzeń co do swoich pseudowartości, a stanąć w prawdzie. By realnie wiedzieć, co się Panu Bogu we mnie podoba, co ode mnie „kupi”, a co jest tylko kolorową imitacją, podróbką miłości i chrześcijaństwa.
Na świecie od wieków szatan posługuje się kłamstwem, a Bóg przychodzi do nas ze światłem prawdy. Trudnej, wymagającej, ale takiej, która chroni przed śmiercią. Kto uwierzy szatanowi, może się mocno rozczarować, kiedy na Sądzie Ostatecznym Bóg otworzy klaser jego życia.
Aby do tego nie doszło, do swoich modlitw dołącz i takie wezwanie:
Duchu Święty, pokaż mi prawdę we mnie samym. Nawet tę trudną prawdę. I pomóż wierzyć, że Jezus mnie nie chce potępić, ale pragnie prowadzić drogą krzyża do prawdziwej miłości.

niedziela, 31 października 2010

Uroczystość Wszystkich Świętych

Niedziela - Dzień Pański - to cotygodniowe święto upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa, a także dzieło stworzenia i zesłanie Ducha Świętego. Jest ona najstarszym i pierwszym dniem świątecznym. Jednak w liturgii Kościoła mamy także uroczystości i święta nakazane. Jednym ze świąt nakazanych jest uroczystość Wszystkich Świętych. Wszystkich Świętych - znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych Kościół uroczyście wspomina 1 listopada. Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest - jak czasem się myśli - "Świętem Zmarłych". W dniu Wszystkich Świętych Kościół raduje się z faktu, iż bardzo wielu naszych zmarłych dostąpiło już zbawienia i przebywa u Boga w niebie. Radujemy się z wielkiej rzeszy świętych, o których pamięć wśród ludzi nieraz zaginęła. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia - 2 listopada, w dniu zadusznym - wspomina się wszystkich wiernych zmarłych.
Uroczystość Wszystkich Świętych - jak każde święto w Kościele - ma charakter bardzo radosny. Niektóre imiona i życiorysy świętych są znane, gdyż zostali oni oficjalnie ogłoszeni takimi przez Kościół. Jednak liczba świętych jest tak wielka, że i cała wieczność - to będzie za mało, aby ich wszystkich poznać. I tak jak w ciągu roku mamy uroczystości ku czci poszczególnych świętych czy błogosławionych, tak w tym dniu czcimy na raz wszystkich, którzy już osiągnęli wieczne szczęście przebywania z Bogiem w niebie. Kościół wspomina nie tylko tych znanych nam imienia, ale także wszystkich wiernych zmarłych, którzy już osiągnęli zbawienie i przebywają w niebie. Widzi w nich swoich orędowników u Boga i przykłady do naśladowania.
Wstawiennictwa Wszystkich Świętych wzywa się w szczególnie ważnych wydarzeniach życia Kościoła. Śpiewa się wówczas Litanię do Wszystkich Świętych, która należy do najstarszych litanijnych modlitw Kościoła i jako jedyna występuje w księgach liturgicznych (w liturgii W. Piątku oraz obrzędach święceń kapłańskich i sakry biskupiej).
Dzień Wszystkich Świętych przypomina prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy chrześcijanin, niezależnie od konkretnej drogi życia, jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar życzliwości Boga. Ponieważ Stwórca powołuje do świętości wszystkich, także każdemu człowiekowi pomaga swą łaską. Teologia wskazuje, iż każdy otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmiemy od Boga dar świętości.
Uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego (Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych) przypadającego na 2 listopada. Uroczystość przypadająca na 1 listopada wyraża powszechne powołanie do świętości. Wskazuje na hojność Pana Boga i pogłębia nadzieję, że wszelkie rozstanie nie jest ostateczne, bo wszyscy są zaproszeni do domu Ojca. Razem jednak Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. Wśród tych trzech stanów Kościoła dokonuje się, poprzez modlitwę, pamięć czy ofiarę, ciągła wymiana dóbr duchowych. W tej łączności (komunii) wyraża się świętych obcowanie. Początki dnia wszystkich świętych sięgają IV w. W Antiochii czczono wtedy pamięć o wielu bezimiennych męczennikach, których wspominano w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. Kiedy w 610 r. papież Bonifacy IV otrzymał od cesarza starożytną świątynię pogańską Panteon, kazał złożyć tam liczne relikwie i poświecił tę budowlę na kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Męczenników. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych. Czczono wtedy jedynie Maryję i męczenników. W późniejszych wiekach dołączono kult "wszystkich doskonałych Sprawiedliwych". Dopiero z czasem obchody przeniesiono z maja na 1 listopada.
W dniu Wszystkich Świętych po południu, po Nieszporach lub niezależnie od nich, na cmentarzu odprawia się procesję żałobną ze stacjami. Od południa Dnia Wszystkich Świętych i przez cały Dzień Zaduszny w kościołach i kaplicach publicznych można uzyskać odpust zupełny, ale tylko jeden raz.
Warunki zyskania odpustu są następujące:
1.    pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy,
2.    odmówienie "Ojcze nasz" i "Wierzę w Boga",
3.    dowolna modlitwa w intencji Ojca św.,
4.    Spowiedź i Komunia św.

piątek, 29 października 2010

Modlitwy dla każdego...

Jako, że przeżywamy Tydzień Misyjny, chciałam Wam zaproponować kilka modlitw powołaniowych, bo misjonarze potrzebują naszej modlitwy, a i my sami jej potrzebujemy... 
Są też i tacy, którzy ciągle szukają tej właściwej drogi, więc może te teksty będą pomocą przy odnalezieniu tego życiowego szlaku, który Pan dla Ciebie wyznaczył...
MODLITWA O DOBRY WYBÓR DROGI ŻYCIOWEJ
O Jezu, Boski pasterzu, który powołałeś apostołów, aby ich uczynić rybakami dusz, pociągnij ku sobie gorące i szlachetne umysły młodych ludzi i uczyń ich swoimi sługami.
Spraw, by dzielili Twoje pragnienie powszechnego odkupienia, dla którego dobra ustawicznie składasz na ołtarzach swoja Ofiarę. Ty, o Panie, który żyjesz, aby się wstawiać za nami, 
otwórz przed nimi horyzonty, by dostrzegli cały świat, w którym wznosi się niema prośba tak wielu braci o światło prawdy i ciepło miłości.
Spraw, by - odpowiadając na Twoje wołanie - przedłużali, tu na ziemi, Twoją misję, 
budowali Twoje Ciało Mistyczne - Kościół i byli solą ziemi i światłością świata. Amen.

Panie, Ty wezwałeś Apostołów: „Idźcie i ogłaszajcie Dobrą Nowinę wszystkim narodom”. Wielu usłyszało Twoja Ewangelie, ale do bardzo wielu jeszcze nie dotarła.
Daj misjonarzom wielką wiarę i nowy zapal. Pozwól im zanieść światło tam, gdzie panują ciemności, nadzieję tam, gdzie jest rozpacz, miłość tam, gdzie jest nienawiść, wiedzę tam, gdzie jej brak, oraz uzdrowienie tam, gdzie choroba sieje spustoszenie.
Pomóż im poprowadzić ludzi do pełniejszego życia, w którym rozpoznają oni, że są Twoimi dziećmi.
I jeżeli Panie wołasz mnie albo kogoś z moich ukochanych, aby uczynić z nas Twoich wysłanników, daj nam wiarę do przyjęcia Twego wezwania ze wspaniałomyślnością. Z Maryją, naszą Matką i naszym wzorem, prosimy o tę łaskę w Twoje imię. Amen.

Boże, który mnie przenikasz i znasz doskonale.
Stworzyłeś mnie do szczęścia, pomóż mi je odnaleźć.
Ukaż mi drogę mojego życia.
Spraw, abym wybrał to, coś Ty dla mnie zamierzył
i do czego przygotowywałeś mnie jeszcze w łonie matki.
Chcę Ci służyć i chcę być Ci posłuszna we wszystkim
na wzór Twojego Syna, Jezusa Chrystusa i Jego Matki Maryi.
Ufam Ci bez granic, bo wiem,
że mnie kochasz i chcesz mojego dobra.
Prowadź mnie po Twoich ścieżkach! Amen

czwartek, 28 października 2010

Wybór Dwunastu (Łk 6,12-16)

"W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą."
Misja siedemdziesięciu dwóch (Łk 10,1-3)
"Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał.
Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki."

KOMENTARZ
Jako, że przeżywamy Tydzień Misyjny proponuję Ci dziś, abyś na chwilę zatrzymał się i zobaczył jak postępował nasz Pan - Jezus Chrystus. On zaczął od modlitwy w samotności nocy, zaś rano zawołał tych, z którymi chodził i którzy już poznali Jego naukę. Z tych to wybrał dwunastu i nazwał ich APOSTOŁAMI, czyli wysłannikami, posłańcami. Tu Pan pokazuje nam, jak należy postępować przy odczuwalnym braku Jego następców, biskupów i kapłanów. Pierwsza więc ma być modlitwa, prośba do Pana żniwa, aby posłał robotników, bo powołanie kapłańskie czy zakonne jest łaską. Łaską, którą daje Bóg na prośbę wierzących. I zawsze wybiera apostołów spośród uczniów, to jest z tych, którzy Jego naukę już poznali i według niej żyją. Nasza troska o zwiększenie liczby apostołów nie kończy się po święceniach kapłańskich, bo tych, których Bóg wybrał za pośrednictwem Kościoła, trzeba dalej wspomagać – najlepiej modlitwą. Wiemy przecież, ilu z nich z powodu ludzkiej słabości zawodzi… Mało mamy robotników na żniwie Pana co do ilości i co do jakości… Ale połóżmy rękę na sercu i powiedzmy sobie szczerze czy rozmawiamy o niedostatku i brakach swoich kapłanów z Panem Bogiem czy tylko z ludźmi …? Jest bardzo prawdopodobne, że mielibyśmy wielu, i to świętych kapłanów, zakonników i zakonnic, gdybyśmy przynajmniej tyle się za nich modlili, ile na nich narzekamy.

wtorek, 19 października 2010

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko

Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i tam 17 czerwca 1956 r. bierzmowany przez biskupa Władysława Suszyńskiego. Podczas bierzmowania wybrał sobie imię patrona archidiecezji wileńskiej - Kazimierza.
W latach 1954-1965 uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. Tam również, w parafialnym kościele, był ministrantem. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Jerzego, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do powrotu na drogę powołania kapłańskiego.
Po powrocie do seminarium Jerzy Popiełuszko musiał poddać się operacji tarczycy oraz leczył się z choroby serca. Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po trzech latach, 20 maja 1978 r. przeniósł się na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Od czterech lat był diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się nadto opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich. W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Ojca Świętego Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się "Solidarności", jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem - ks. prałatem Teofilem Boguckim - przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację - nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi - ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: "Poszukaj księdza". Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi - ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa - duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią. Późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r., wracając samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca - pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, na powrót kapłana. Niestety, ciało ks. Jerzego Popiełuszki wyłowiła milicja w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka. Sekcja zmasakrowanych zwłok została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku "Solidarności" z całego kraju.
Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października - w dniu jego narodzin dla nieba.
     Wpatrujmy się dziś w tę postać i prośmy Boga – poprzez wstawiennictwo błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki - abyśmy zdołali przyjąć wszystko to, co zostało nam przez Opatrzność przygotowane i przez to mogli wypełnić najbardziej osobiste rysy życiowego powołania.

piątek, 1 października 2010

Modlitwy dla każdego...

Z różańcem w ręku...
Dziś rozpoczyna się miesiąc październik, który w naszym Kościele często nazywany jest miesiącem różańcowym. A co to jest modlitwa różańcowa ?
Różaniec – z pozoru to zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Tak jednak nie jest! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie!
Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki, całe nasze życie Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawia się za nami u Swego Syna – Jezusa.
Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie całej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440 – które otrzymujemy od Boga każdego dnia!
O mocy różańca można pisać wiele – jednak to każdy osobiście musi się o niej przekonać. Spróbuj może już dziś porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec. Ja spróbowałam i wiem, że radości i pokoju, jakie daje mi ta modlitwa, nie da mi żaden człowiek.

środa, 22 września 2010

Po co bierzmowanie ? (14)

Nawrócenie w Duchu Świętym.
Myślę, że nawet najbardziej przeciętny katolik nie miałby kłopotów z odpowiedzią na pytanie: kiedy Apostołowie poszli za Jezusem ? To proste – jedni poszli za Nim wtedy, kiedy zostawili sieci, łódź i ojca, Mateusz poszedł, gdy opuścił swoją komorę celną. Niby to proste, a jednak nie do końca prawdziwe. Owszem, oni wędrowali za Zbawicielem po drogach Palestyny, jednak każdy z nich w swoim sercu pragnął, by było odwrotnie – by to Jezus poszedł za planami, marzeniami, oczekiwaniami swoich uczniów. Powtórzmy więc pytanie: kiedy Apostołowie poszli za Jezusem ? To dokonywało się stopniowo. Kiedy Jezus umarł, zrozumieli, że z ich oczekiwań nie pozostało już nic. Jezus nie będzie wielkim władcą Izraela i pogromcą Rzymian. Potem przyszły jeszcze spotkania ze Zmartwychwstałym i wreszcie dzień zesłania Ducha Świętego. To właśnie był ten moment głębokiej przemiany, oni dopiero teraz nawracają się, teraz są gotowi, by stać się sługami Pana i iść za Nim w dziele zbawienia świata. Pouczająca jest historia uczniów Jezusa. Można dużo mówić o Bogu, często chodzić do kościoła, uchodzić w otoczeniu za głęboko religijnego, a jednak pozostać człowiekiem nienawróconym. Można klękać przed Najświętszym Sakramentem, ale ciągle wpatrywać się w siebie. „Bo JA, Panie Jezu, bo dla MNIE, Panie Jezu, popatrz na MNIE, Panie Jezu, itd”. Bardzo niebezpieczne jest trwanie w takiej iluzji własnej pobożności.
Wyobraź sobie taką sytuację: w domu tak zwanego przeciętnego katolika na czas jakiś zamieszkał święty Paweł, może święty Franciszek albo święta Tereska. Niezwykły gość patrzy, jak cała rodzina pracuje, wypoczywa. Widzi, co domownicy oglądają w telewizji, przysłuchuje się ich codziennym rozmowom. Po kilku dniach stawia tym ludziom pytanie:
- Jakiego wy jesteście wyznania ? 
Oni zapewne odpowiedzieliby zgodnie z najgłębszym przekonaniem:
- Jesteśmy chrześcijanami.
Czy nie uważasz, że święty mógłby być zdumiony taką odpowiedzią ? Może nawet zapytałby jeszcze raz:
- No nie, bez żartów, powiedzcie poważnie – jakiego jesteście wyznania ? Przecież ani razu nie widziałem was, jak się modlicie, w telewizji godzinami oglądacie jakieś brudy, kłócicie się przy lada okazji, a na sąsiadach nie zostawiacie suchej nitki. Z chrześcijaństwem, które ja znam, nie ma to nic wspólnego. Jakiego więc jesteście wyznania ?
To wielkie niebezpieczeństwo – można żyć w iluzji, w zakłamaniu, że jest się nawróconym, że żyje się blisko Jezusa. I tak może być przez lata. To grozi każdemu zadeklarowanemu katolikowi. Grozi nawet, a może szczególnie, świeckim aktywistom kościelnym, księżom i siostrom zakonnym.
W dzień zesłania Ducha Świętego Apostołom do końca otwierają się oczy. Od tej chwili już nie chcą czegokolwiek narzucać Jezusowi, nie mają w sercu swoich koncepcji, ale oddają się zupełnie w służbę Jego dzieła. To chyba jedna z najważniejszych modlitw, która powinna towarzyszyć naszemu przyjmowaniu Ducha Świętego:
Otwórz mi oczy na wszelkie moje zakłamanie, przeniknij mój ludzki spryt, zdemaskuj ukryty fałsz i uczyń mnie Twoim uczniem. Do końca Twoim…

środa, 15 września 2010

Wdzięczność...

I znów rozpoczął się nowy rok szkolny i katechetyczny, więc wchodzicie w codzienną rutynę. Nie zapominajmy jednak przy tym, że jest z nami Ktoś, komu powinniśmy okazać wdzięczność za dar życia, za dobro, którym obdarzył nas w czasie minionych wakacji i za to, co przygotował nam na ten nowy rok pracy. Posłuchajcie więc tej piosenki i może jej słowa i Was zachęcą do wyrażenia Bogu wdzięczności. A za co, to Ty już dobrze wiesz !

sobota, 28 sierpnia 2010

Modlitwy dla każdego...

Tak często w dzisiejszych czasach ludzie korzystają z internetu i często zdarza się, że używają go w sposób nie do końca odpowiedzialny… Dlatego nim zaczniesz surfować po internecie odmów, proszę Cię, tę krótką modlitwę: 
MODLITWA PRZED WEJŚCIEM DO INTERNETU
Wszechmocny i wieczny Boże,
Który stworzyłeś nas na Twoje podobieństwo
i poleciłeś nam szukać, przede wszystkim, tego co dobre,
prawdziwe i piękne,
szczególnie w Boskiej Osobie Twego Jednorodzonego Syna,
Pana naszego Jezusa Chrystusa,
pomóż nam, błagamy Ciebie,
przez wstawiennictwo św. Izydora, biskupa i doktora,
abyśmy podczas naszych wędrówek w internecie
kierowali nasze ręce i oczy tylko na to, co podoba się Tobie
i traktowali z miłością i cierpliwością
wszystkie te osoby, które spotkamy
przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Izydorze, módl się za nami!

czwartek, 12 sierpnia 2010

Maksymilian Maria Kolbe (1894 - 1941)

     Święty Maksymilian Maria Kolbe, kapłan, męczennik, franciszkanin, urodził się 8 stycznia 1894 roku w Zduńskiej Woli koło Łodzi. Ochrzczono go w dniu urodzin i nadano i imię Rajmund. Ojciec jego Juliusz i matka Marianna Dąbrowska, trudnili się tkactwem chałupniczym, ale z powodu ciężkich warunków materialnych byli zmuszeni zwinąć warsztat i przenieść się do Łodzi, potem do Pabianic, gdzie ojciec pracował w fabryce, a matka prowadziła sklepik i udzielała się jako położna. Był drugim z kolei dzieckiem Kolbów; po nim przybyło jeszcze trzech braci, z których dwaj zmarli we wczesnym dzieciństwie.
     Rodzice Rajmunda, chociaż byli ubodzy w dobra materialne, jednak byli bogaci w dobra duchowe. Należeli do III Zakonu św. Franciszka. Ojciec, ogarnięty szczerym patriotyzmem, chętnie czytał swoim synom patriotyczne książki. Chłopcy "zarażeni" od ojca najchętniej bawili się w rycerzy i rysowali na płotach polskie orły. Roztropna matka musiała miarkować ich zapędy. Pierwsze nauki pobierali w domu rodzinnym. Rajmund jako chłopiec lubił także nieraz i poswawolić. Pewnego dnia w takiej sytuacji zawołała z wyrzutem matka: "Mundziu, co z ciebie będzie!?". Słowa te utkwiły mu długo w pamięci. Powoli chłopiec poważniał. Kiedy miał 12 lat, objawiła mu się Najśw. Maryja Panna, trzymająca w rękach dwie korony: białą i czerwoną. Zapytała chłopca, czy je chce, a równocześnie dała mu do zrozumienia, że korona biała oznacza czystość, a czerwona męczeństwo. "Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i znikła". Było to w kościele parafialnym w Pabianicach.
     W 1907 roku franciszkanie konwentualni ze Lwowa prowadzili w Pabianicach misje. Rajmund wraz ze swoim starszym bratem Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów. Obaj przedarli się przez granicę z zaboru rosyjskiego do zaboru austriackiego, do Lwowa, gdzie wstąpili do małego seminarium franciszkanów konwentualnych. W trzy lata potem podążył za nimi brat najmłodszy, Józef.  Poprosił też niebawem o przyjęcie do nowicjatu (1910). W rok potem złożył śluby czasowe. Ponieważ w małym seminarium ukończył klasę ósmą gimnazjalną, w roku 1912 przełożeni wysłali go na dalsze studia do Krakowa. Stąd wszakże ze względu na jego niezwykłe zdolności skierowano go jeszcze tego samego roku 1912 do Rzymu, gdzie zamieszkał w międzynarodowym kolegium serafckim. Równocześnie uczęszczał na znany uniwersytet papieski, prowadzony przez jezuitów, Gregorianum. Studia filozoficzne (1912-1915), jak i teologiczne (1915-1919) uwieńczył dwoma doktoratami.
     Dnia 1 listopada 1914 roku Kolbe złożył profesję uroczystą, w czasie której dodał sobie imię Maria. Dnia 28 kwietnia 1918 roku Kolbe otrzymał święcenia kapłańskie. Rzym był dla o. Kolbego opatrznościowy. W stolicy chrześcijaństwa zrozumiał, że nie tylko Polska, ale i cały świat powinien należeć do Chrystusa.   W porozumieniu z przełożonymi i po naradzie ze spowiednikiem w roku 1917, gdy był jeszcze subdiakonem, założył wśród swoich kolegów Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae).
     W 1919 roku o. Maksymilian powrócił do Polski. Bardzo się ucieszył, że jest już wolna. Postanowił dołożyć wszystkich sił, by była królestwem Niepokalanej. Zaczął więc werbować ochotników do Rycerstwa Niepokalanej. W styczniu 1922 roku zaczął wydawać w Krakowie Rycerza Niepokalanej. Przełożeni jednak w obawie, że o. Kolbe zadłuży klasztor, wysłali go do Grodna, gdzie Święty założył zaraz drukarnię. Pracował niestrudzenie nad nowym dziełem, które uważał za program swojego życia. Ale też owoce rychło okazały się w całej pełni: w 1927 roku Rycerz Niepokalanej wychodził już w nakładzie 70 000 egzemplarzy, a liczba członków Milicji Niepokalanej (MI) wzrosła do 126 000 członków.
     Prawdziwy wszakże rozmach nastąpił dopiero wtedy, gdy o. Kolbe przeniósł swoje dzieło do Teresina, 42 km od Warszawy. W roku 1927 założył tu Niepokalanów. Kiedy wybuchła wojna światowa w 1939 roku, klasztor w Niepokalanowie liczył 13 ojców, 18 kleryków nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Był to więc największy klasztor w owych latach na świecie i jeden z największych, jakie znają dzieje Kościoła. Nakład Rycerza Niepokalanej doszedł do 750 000 egzemplarzy, Rycerzyk Niepokalanej dla dzieci miał nakład 221 000 egzemplarzy, Mały Dziennik osiągnął już cyfrę 137 000 egzemplarzy, a jego wydanie niedzielne 225 000 egzemplarzy. Od roku 1938 Niepokalanów posiadał własną radiostację. Nie obywało się oczywiście bez trudności. Prasa wolnomyślna robiła wszystko, by dzieło ośmieszyć i odstręczyć od niego przyjaciół, ale twór Niepokalanej pokonywał wszystkie przeszkody.
     W 1930 roku o. Kolbe opuszcza Niepokalanów i w towarzystwie 4 współbraci za zezwoleniem przełożonego generalnego udaje się do Japonii, do miasta Nagasaki, gdzie zakłada drugi Niepokalanów. W 1931 roku otwarł tamże nowicjat, a w 1936 roku małe seminarium. W tym roku Rycerz Niepokalanej w języku japońskim miał już nakład 65 000 egzemplarzy. "Szaleniec Boży" zamierzał otworzyć podobne do Niepokalanowa polskiego i japońskiego ośrodki w całym świecie ku chwale Niepokalanej i rozszerzeniu Jej królestwa na ziemi. To jednak było piekłu za wiele. Bohaterskie życie miał Święty zakończyć jeszcze piękniejszą śmiercią. Czerwona korona męczeństwa była już blisko.
     Właśnie o. Maksymilian powrócił do kraju, by podeprzeć Niepokalanów polski, który w czasie jego nieobecności przeżywał kryzys. I kiedy wszystko ponownie zaczęło iść z dynamicznym rozmachem, wybuchła wojna, a po niej nastała noc okupacji. Dnia 19 września Niemcy przystąpili do likwidacji Niepokalanowa. Wraz z o. Kolbe pozostali bracia zostali również aresztowani i umieszczeni w obozie w Amtlitz (między 24 września a 8 listopada). Stąd wywieziono ich do Ostrzeszowa (od 9 listopada do 8 grudnia 1939 roku). W samą uroczystość Niepokalanej, 8 grudnia, nastąpiło zwolnienie z obozu. O. Kolbe natychmiast powrócił do Niepokalanowa. Tu zajął się przygotowaniem 3000 miejsc dla wysiedlonych z Poznańskiego, wśród których Żydów było 2000. Zorganizował nieustanną adorację Najśw. Sakramentu, otworzył warsztaty naprawy zegarków i rowerów, wystawił kuźnię i blacharnię, zorganizował krawczarnię i dział sanitarny. Tak wielkie skupisko zakonne było solą w oku dla okupanta. Dnia 17 lutego 1941 roku gestapo zabrało o. Kolbego, wywieziono go do Warszawy na osławiony Pawiak. Niemiecki strażnik na widok zakonnika w habicie z różańcem zapytał drwiąco, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź twierdzącą, uderzył go w twarz. Powtarzało się to wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. 25 maja tegoż roku wywieziono go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Otrzymał numer 16 670. Przydzielono go do oddziału "krwawego Krotta". Komendant obozu wyznaczał mu nieludzką pracę, bił go, kopał przy każdej okazji i oblewał stekiem najohydniejszych wyzwisk, katował go nieraz tak, że był ledwie żywy, cały zalany krwią.
     Pod koniec lipca 1941 roku uciekł jeden z więźniów z bloku o. Kolbego. Wściekły komendant nakazał zwołać na plac cały blok i co dziesiątego wytypowanego przez siebie więźnia skazał na śmierć głodową, w specjalnie na to przygotowanym bunkrze. Wśród przeznaczonych na śmierć znalazł się Franciszek Gajowniczek. Nieszczęśliwy westchnął, że musi opuścić żonę i dzieci. Wtedy stała się rzecz, która zdumiała katów. Z szeregu wyszedł o. Kolbe i prosił, by jego skazano na śmierć zamiast Gajowniczka, który stał obok niego. Na pytanie: kim jest? odparł, że jest kapłanem katolickim. Jest samotny, a Gajowniczek ma żonę i dzieci. Poszedł na śmierć wraz z 9 towarzyszami do bloku śmierci, nr 13. Bunkier, który dotąd był miejscem przekleństw i rozpaczy, pod przewodnictwem o. Maksymiliana stał się przybytkiem Bożej chwały. Modlono się i śpiewano nabożne pieśni. Przyzwyczajony do głodu o. Kolbe przeżył w bunkrze dwa tygodnie bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie oprawcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to 14 sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia Najśw. Maryi Panny 1941 roku. O. Kolbe miał zaledwie 47 lat.
     Ciało bohaterskiego męczennika zostało spalone w krematorium. Dnia 17 października 1971 roku papież Paweł VI dokonał osobiście uroczystej beatyfikacji Męczennika w obecności dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3000 pielgrzymów polskich. Dnia 10 października 1982 roku Ojciec święty Jan Paweł II dokonał jego kanonizacji.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Wiara bez uczynków jest martwa (Jk 2,14-19)

„Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy [sama] wiara zdoła go zbawić?  Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: «Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!» - a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała - to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna?  Czy Abraham, ojciec nasz, nie z powodu uczynków został usprawiedliwiony, kiedy złożył syna Izaaka na ołtarzu ofiarnym?  Widzisz, że wiara współdziałała z jego uczynkami i przez uczynki stała się doskonała.  I tak wypełniło się Pismo, które mówi: Uwierzył przeto Abraham Bogu i poczytano mu to za sprawiedliwość, i został nazwany przyjacielem Boga. Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary.  Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki? Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków.”
KOMENTARZ
Apostoł Jakub mówi nam w tym tekście, że nie można oddzielać wiary od czynów miłości, gdyż one są jej sprawdzianem. Wiara „teoretyczna” nie wystarcza do zbawienia. Nie można być wierzącym niepraktykującym. Wiara bowiem domaga się czynów miłości; nie jest tylko słuchaniem nauki Jezusa, lecz polega na wypełnianiu jej. Nie da się osiągnąć zbawienia tylko własnym wysiłkiem, bez łaski Boga, ale nie zbawi nas także wiara „teoretyczna”, która nie kształtuje postępowania zgodnego z Ewangelią. Tak więc i wiara, i czyny miłości są konieczne w życiu chrześcijanina. Nie zapominaj, że wiara, która przejawia się jedynie w słowach, równa jest niewierze.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Po co bierzmowanie ? (13)

Panie Jezu, na imię mam Piotr...
Przeczytałem kiedyś brzmiącą nieprawdopodobnie historię, która zdarzyła się podobno gdzieś na zachodzie Europy. Na ulicy wielkiego miasta, przed ogromną katedrą, zasiadał co dzień zarośnięty żebrak. Gdy tylko uzbierał wystarczającą kwotę, szedł kupić sobie puszkę piwa, wypijał ją, a potem zaczynał zbierać od nowa. Zainteresowała się nim pewna starsza pani mieszkająca naprzeciwko. Zaintrygowało ją to, że ów biedak i pijaczyna od czasu do czasu wchodzi do kościoła. „A może kradnie tam pieniądze ze skarbonek ?” – pomyślała owa pani i pewnego razu weszła za tym człowiekiem do świątyni. Ku jej zdumieniu, usiadł on sobie w pierwszej ławce, blisko ołtarza, rozłożył beztrosko ręce na oparciu, założył nogę na nogę, przechylił figlarnie głowę i coś tam sobie szeptał. Pani podeszła bliżej i zapytała: - Przepraszam, czy pan się modli ? – E tam się modlę ! – usłyszała w odpowiedzi. – pozapominałem już wszystkie modlitwy. Tak sobie siedzę i mówię: Ty, Jezus, ja mam na imię John. Pamiętaj o mnie... Za jakiś czas żebrak zniknął sprzed kościoła i okazało się, że trafił do szpitala dla bezdomnych, i że jego stan jest praktycznie beznadziejny i pijaczyna dokona żywota najprawdopodobniej najbliższej nocy – tak lekarz powiedział tej starszej pani. Jakie było zdziwienie tej pani, gdy następnego dnia weszła na salę chorych i zobaczyła żebraka przytomnego i... uśmiechniętego!
– Jak to nieomal krzyknęła ?! – Przecież pan miał tej nocy umrzeć ?! A teraz siedzi pan na łóżku ? Uśmiecha się ? Wiem, proszę pani, wiem. Kiepsko ze mną było, ale dziś w nocy tu, przy moim łóżku stanął Jezus ! Ja Go widziałem ! I powiedział do mnie: Ty, John, a ja mam na imię Jezus. Ty też o mnie pamiętaj…
Nie wiem czy historia jest prawdziwa.Ale na pewno prawdziwe jest przesłanie, jakie ona nam niesie. Bóg szuka w naszej modlitwie prostoty serca i nas samych. My niekiedy chcemy zabłysnąć przed Panem Bogiem i w modlitwie wykorzystujemy teksty wielkich ludzi, używamy patetycznych zwrotów. A Jezus czeka na modlitwę w Duchu i w prawdzie.
„Panie Jezu, ja się nazywam Piotr… Bartek… Paulina… Kasia… Wiesz, boję się życia… i tego, że sobie nie poradzę… i tego, że inni są lepsi. Niepokoję się o szczęście w mojej rodzinie, o to czy starczy mi pieniędzy… i czy Tobie się podobam. A czego bym chciał ? Ty wiesz. Panie Jezu, pamiętaj o mnie…”.
A może niekiedy warto spróbować tak pomodlić się – rano czy wieczorem – kiedy tak bardzo nie chce się nam recytować wyuczonego pacierza.

czwartek, 17 czerwca 2010

Zjednoczenie z Chrystusem (J 15,9-17)

„Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali.”
KOMENTARZ
Moi kochani ! Otrzymaliście już sakrament bierzmowania i pewnie wielu z Was myśli: „mam to już z głowy”. Jeśli tak myślisz, mylisz się i to bardzo, bo Pan liczy na Ciebie, liczy na to, że Twoje życie przyniesie owoc obfity. A warunkiem przynoszenia owocu jest związek z Jezusem. Owoc, jaki przynoszą uczniowie, to objawienie chwały Bożej. Powyższy tekst mówi nam o miłości Jezusa do uczniów, a miłość ta polega na dawaniu siebie. Miłość Jezusa jest więc wymagająca, a wymagania te wyrażają się w przykazaniach, które mają być realizowane poprzez naśladowanie Jezusa. A więc - moi Drodzy – bierzmy się do roboty, bo żniwo wielkie, ale robotników mało...

niedziela, 23 maja 2010

Pomocna dłoń

Moi Drodzy !
Oto zdanie, którego na niedzielę macie się nauczyć na pamięć:
Pragniemy, aby Duch Święty, którego otrzymamy, umocnił nas do mężnego wyznawania wiary i do postępowania według jej zasad.

czwartek, 20 maja 2010

Godność sług (1 Kor 2,14-16. 3,2-6.17-18)

"Bogu niech będą dzięki za to, że pozwala nam zawsze zwyciężać w Chrystusie i roznosić po wszystkich miejscach woń Jego poznania.  Jesteśmy bowiem miłą Bogu wonnością Chrystusa zarówno dla tych, którzy dostępują zbawienia, jak i dla tych, którzy idą na zatracenie; dla jednych jest to zapach śmiercionośny - na śmierć, dla drugich zapach ożywiający - na życie.
Wy jesteście naszym listem, pisanym w sercach naszych, listem, który znają i czytają wszyscy ludzie. Powszechnie o was wiadomo, żeście listem Chrystusowym dzięki naszemu posługiwaniu, listem napisanym nie atramentem, lecz Duchem Boga żywego; nie na kamiennych tablicach, lecz na żywych tablicach serc. A dzięki Chrystusowi taką ufność w Bogu pokładamy. Nie żebyśmy uważali, że jesteśmy w stanie pomyśleć coś sami z siebie, lecz wiemy, że ta możność nasza jest z Boga. On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia.
Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański - tam jest wolność. My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle; za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu."
KOMENTARZ
W swojej pracy apostolskiej Paweł wiernie służy Nowemu Przymierzu, które Chrystus zawarł z nowym ludem Bożym.Wyjątkowość tego Przymierza polega na tym, że jego treść została zapisana w ludzkich sercach przez Ducha Świętego, który jest źródłem życia. Chrystus jest obrazem Boga, a chrześcijanie są obrazem Chrystusa. Ludzie – a więc i Ty – upodabniają się do Chrystusa dzięki Duchowi Świętemu, który działa w sercu każdego wierzącego czyniąc go dzieckiem Bożym. Jednak godność ta oznacza zarazem zadanie: każdy odtąd ma obowiązek troszczyć się o swoją czystość i świętość. Za parę dni i Wy zostaniecie w sakramencie bierzmowania umocnieni Duchem Świętym – to wielki zaszczyt, ale i wielkie zadanie. Masz być zawsze i wszędzie obrazem Chrystusa.

czwartek, 6 maja 2010

Będę biegać w niebie...

      Kiedy w 2002 r. jedenastoletnia Ania umarła, ktoś z personelu szpitala, do którego przywieziono ją po wypadku, powiedział jej ojcu, że "to chyba ulga, bo przecież takie dziecko było tylko ciężarem"... Świadectwo o Ani Szałacie jest dowodem tego, jak bardzo pozory mogą mylić...
     Rdzeniowy zanik mięśni. Konsultacje w klinikach w kraju i za granicą. Pielgrzymki na Jasną Górę i do Lourdes z prośbą o uzdrowienie. W końcu - nowoczesny elektryczny wózek i przeprowadzka z bloku na warszawskim Bródnie do podwarszawskiej Zielonki, gdzie w nowym domu Ani miało być wygodnie. Kilkadziesiąt metrów do szkoły, do której mogła sama dojeżdżać na swoim wózku, i tylko nieco dalej do parku nieopodal klasztoru Sióstr Dominikanek, gdzie lubiła zbierać kasztany. I nareszcie wymarzony pies.
     Właśnie do parku po kasztany, niedługo po przeprowadzce, 26 października 2002 r., Ania wybrała się z mamą na spacer. Była sobota. Gdy wracały do domu, Ania wjechała na przejście dla pieszych. Wtedy to właśnie młody kierowca "zagapił się" i w ułamku sekundy wydarzył się dramat: uderzona z impetem dziewczynka upadła na jezdnię kilkadziesiąt metrów dalej, a jej mama leżała obok ze zmiażdżoną nogą... Ania była jeszcze przytomna.
     Tak zwanym przypadkiem ulicą przechodził ksiądz proboszcz. Znał dobrze rodzinę Szałatów. Nachylił się nad Anią i usłyszał jej ciche słowa, których nigdy nie zapomni: "Żeby mama żyła. Ja mogę nie żyć". Mama była przecież potrzebna jej starszemu rodzeństwu Uli i Michałowi. Mamę Ani uratowano, poskładano jej nogę jak się dało, a potem założono jej aparat Ilizarowa, żeby wydłużyć krótszą o trzy centymetry kończynę. Ania zmarła w szpitalu, kilka godzin po wypadku.
Była darem, a nie ciężarem
     Rodzicom Ani nigdy nie przyszłyby do głowy słowa, jakie usłyszeli w szpitalu, chociaż na pewno wielokrotnie było im ciężko - nie tylko fizycznie, gdy s dziewczynka rosła i coraz trudniej było się nią opiekować - ale przede wszystkim było im ciężko na sercu, kiedy musieli patrzeć, jak ona sama cierpi, jak po operacji, którą musiała przejść w 1999 r., niemal nie umarła z powodu komplikacji. Czy ojciec z matką mogą spokojnie patrzeć, kiedy ich dziecko na szpitalnym łóżku mówi, że umiera z bólu?... Modlili się o cud, żeby żyła - i cud się wydarzył. Ania wróciła do domu jeszcze na trzy lata.
     Wtedy jeszcze bardziej niż przedtem stała się darem. Promienna, ujmująca uśmiechem, otwarta na świat i zaskakująco wymowna. Kiedy pewna pani zaczepiła ją na ulicy i zapytała "z troską", czy kiedyś będzie mogła chodzić, Ania odpowiedziała dobitnie: "Ależ oczywiście, że tak. Będę biegać w niebie! Aniołowie też nie chodząpo ziemi, a są szczęśliwi". Komuś innemu, kto użalał się nad tym, jaka z niej biedna, chora dziewczynka, odparła: "Nie jestem wcale chora, w zeszłym tygodniu miałam chrypkę, ale już mi przeszło". Znała swoje ograniczenia i wiedziała, że bez pomocy innych nie da sobie rady, ale też umiała pomagać dobrym słowem, pocieszeniem, a czasem dopingowaniem innych do pracy. Koledzy i koleżanki w szkole zapamiętali, że Ania była bardzo ambitna i nie tolerowała taryfy ulgowej dla siebie tylko dlatego, że jeździła na wózku. Była druhną w harcerstwie, gospodynią klasy i aktywnie działała na rzecz misji.
Mała misjonarka
     Ania miała szczęście, bo miała mądrych rodziców, którzy nie pozwolili, aby świat kręcił się wokół jej wózka. Doktor Kazimierz Szałata, wykładowca filozofii i etyki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i założyciel Fundacji Polskiej Raoula Follereau, pomagającej trędowatym i ubogim, bardzo wcześnie zaraził swoją córkę sprawami misyjnymi. Ania chętnie brała udział w różnych akcjach misyjnych, a przede wszystkim zaczęła się żywo interesować losem ubogich dzieci w krajach misyjnych. Opowiadała o tym swoim rówieśnikom, brała udział w telewizyjnym programie Ziarno, jeździła w trasy koncertowe z "Arką Noego". Robert Litza wspomina, że kiedy raz podpisywał płytę dla niej, chciał napisać: "Aniu, bądź świętą!", ale zamiast tego, sam nie wie czemu, wyszło: "Aniu, jesteś święta!".
     Ania była misjonarką nie tylko z racji zainteresowań swojego taty, które podzielała. Podobnie jak wiele innych osób niepełnosprawnych stała się też znakiem dla współczesnego świata, że prawdziwą sprawnością jest zdolność serca do kochania - o wiele ważniejsza niż zdolność nóg do biegania. Znakiem, że człowiek zamknięty w sobie, pogrążony w smutku i lęku przed ludźmi, jest o wiele bardziej niepełnosprawny niż ten, kto potrzebuje pomocy, żeby podnieść z podłogi długopis, który spadł ze szkolnej ławki.
Bóg mnie kocha
     Źródłem jej kochania świata była miłość Boża. Wcześniej czy później każdy tę prawdę odkrywa, ale iluż to ludzi odkrywa ją za późno, już za progiem... Po śmierci Ani jej rodzice znaleźli szkolny zeszyt, w którym ich córka zapisywała swoje dziecięce myśli. W czerwonym serduszku namalowanym świecową kredką wpisała: "Bóg mnie kocha". Testament małej Ani z Zielonki... W tych trzech słowach jest wszystko, czego człowiek potrzebuje do szczęścia. Bez nich nie ma ani prawdziwej miłości drugiego człowieka, ani żadnego autentycznego wymiaru misji, ani świadectwa. Ania nie znała teologii, ale znała Boga - i dlatego, kiedy jej życie gasło na oczach Matki Bożej z figury stojącej przy przejściu dla pieszych w Zielonce, potrafiła ofiarować je za życie mamy.
     W dniu pogrzebu Ani ks. Krzysztof Ukleja, dyrektor Caritas diecezji warszawsko-praskiej, powiedział o niej: "Bo Ania to nasza mała wielka święta, nasza święta Tereska z Zielonki. Z godnością przeżywała każdy dzień. Umiała dostrzec innych. Nie narzekała, choć wiele bólu musiała często znosić, to jednak zawsze z głową do góry, z uśmiechem - bo kochała Boga, kochała każdego człowieka. I nic dziwnego, że dziadek Tadeusz mógł powiedzieć, że ona z nas wszystkich jest najmądrzejsza, bo tak pięknie i godnie żyje. Bo ona umiała odczytać i przyjąć do końca plan Boga. (...) Około półtora roku temu przeżyła śmierć kliniczną. Opowiadała potem, jakby była już w niebie. Mówiła, że tam ludzie uśmiechają się do siebie i są szczęśliwi. A potem pytała, dzieląc się swym doświadczeniem, dlaczego ludzie się kłócą, nie lubią się - dlaczego? Pamiętała o tym, by innych upomnieć, poprosić, aby poszli do spowiedzi, by się wspólnie pomodlili. Ania zostawia nam dziś swój testament. Gdybyśmy umieli jej słuchać... My, dorośli; my, pewni siebie, żyjący często poza Bogiem - gdybyśmy potrafili słuchać tych małych świętych naszych czasów. O ileż świat byłby lepszy...".

wtorek, 27 kwietnia 2010

Modlitwy dla każdego...

Jak wiecie, wielki dzień zbliża się milowymi krokami, więc proponuję Wam raz jeszcze modlitwę, aby przystąpić do tego sakramentu jak najlepiej przygotowanym. A stać się tak może, jeśli zaprosisz do swego życia Ducha Świętego.
MODLITWA O SIEDEM DARÓW DUCHA ŚWIĘTEGO
Duchu Przenajświętszy, Pocieszycielu, uświęcający dusze nasze, racz mi udzielić daru mądrości, abym poznał i umiłował prawdę wiekuistą i nigdy dóbr tego świata nie przedkładał nad dobro wieczne. Daj mi dar rozumu, abym poznał prawdy objawione na ile dozwala nieudolność ludzka. Daj mi dar umiejętności, abym się przekonał o nicości swojej i wszelkich rzeczy stworzonych. Żebym wszystko odnosił do Boga według uczuć Serca Jezusowego, a gardził marnościami tego świata. Daj mi dar rady, abym ostrożnie postępował wśród niebezpieczeństw życia doczesnego i spełniał wolę Bożą. Daj mi dar mocy, abym przezwyciężał pokusy nieprzyjaciela i znosił prześladowania, na które mógłbym być wystawiony. Daj mi dar pobożności, abym się rozmiłował w rozmyślaniu, w modlitwie i w tym wszystkim, co się do służby Bożej odnosi. Daj mi dar bojaźni Bożej, abym pilnie unikał wszystkiego, co by Cię obrazić mogło, abym się bał grzechu bardziej niż śmierci, a to jedynie dla miłości Twojej. Do tych wszystkich darów, o Duchu Święty, dodaj mi dar pokuty, abym grzechy swoje opłakiwał, i ducha umartwienia, abym zadość uczynił Boskiej sprawiedliwości. Napełnij Duchu Święty, serce moje Boską miłością i łaską wytrwania, abym żył po chrześcijańsku i umarł śmiercią świątobliwą. Amen.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Po co bierzmowanie ? (12)

Jezus moim Panem ?
W młodości często zastanawiałem się nad słowami świętego Pawła, który napisał, że nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: „Panem jest Jezus”. Dlaczego Apostoł Narodów tak twierdził ? Przecież nawet malutkie dziecko, byle tylko umiało mówić, potrafi powiedzieć takie trzy proste słowa. Dlaczego potrzeba tu aż mocy Ducha Świętego ? Wszystko stało się jasne, kiedy zrozumiałem, że człowiek mówi nie tylko ustami. Człowiek mówi swoim strojem, uśmiechem, łzami, mówi swoją obecnością albo nieobecnością w jakimś miejscu. Człowiek mówi swoim zachowaniem niekiedy więcej niż ustami. Człowiek mówi o swojej pobożności tym, jak się modli, jak się odzywa do przyjaciół i nieprzyjaciół. Człowiek mówi całym sobą. I w tym znaczeniu bez pomocy Ducha Świętego nikt z nas swoim codziennym życiem nie powie, że Panem jest Jezus.
Każdy z nas musi postawić sobie pytanie: co mówię całym sobą ? Gdyby ktoś towarzyszył mi w moim codziennym życiu, zamieszkał ze mną na jakiś czas, czy domyśliłby się mojego wyznania ? Czy domyśliłby się, że ja i moja rodzina jesteśmy chrześcijanami? Czy to powiedziałby mu mój sposób pracy, rozmawiania z bliźnimi?
W maju roku 1981, gdy ciało zmarłego prymasa, kardynała Stefana Wyszyńskiego złożone było przed pogrzebem w kościele seminaryjnym w Warszawie, przed świątynią ustawiła się chyba najdłuższa kolejka, jaką widziała stolica. Ludzie stali po dwie, trzy godziny, aby przejść przed trumną i oddać hołd Zmarłemu. Byłem jeszcze klerykiem i pilnowałem porządku przed kościołem. W pewnym momencie zobaczyłem, że gdzieś tam daleko stoi w kolejce starsza kobieta o kulach. Podszedłem do niej szybko i powiedziałem:
- Proszę, niech pani pozwoli ze mną. Ja panią wprowadzę do kościoła bez kolejki. Pani nie musi tu stać, to oczywiste. Wtedy ona popatrzyła na mnie oczami pełnymi pokoju i powiedziała:
- Niech mi ksiądz pozwoli stać w tej kolejce.
Zamurowało mnie. Ta starsza, chora kobieta chciała stać w tej kolejce, chciała cierpieć, choć nikt jej do tego nie zmuszał. Dobrowolnie przyjęty krzyż pragnęła ofiarować w intencji Zmarłego.
Nie musiałem jej pytać czy jest katoliczką, czy nosi na szyi łańcuszek z krzyżykiem lub wizerunkiem Matki Boskiej. Nie musiałem pytać, czy jest wierząca, bo jej konkretna ofiara mówiła o tym najdobitniej – Panem tej kobiety był Jezus, ukrzyżowany Jezus, który swoje cierpienie ofiarował za wszystkich ludzi. Ona mówiła o tym swoją postawą. Bez pomocy Ducha Świętego nie jest to możliwe.

piątek, 9 kwietnia 2010

Apostołka Miłosierdzia Bożego

W tym roku przypada 10 rocznica kanonizacji Apostołki Bożego Miłosierdzia św. Siostry Faustyny. Zaś w pierwszą niedzielę po Wielkanocy obchodzimy w Kościele święto Miłosierdzia Bożego. Ustanowił je Jan Paweł II 30 kwietnia 2000 roku podczas uroczystej Mszy kanonizacyjnej siostry Faustyny Kowalskiej. Ogłoszenie tego święta było spełnieniem prośby, jaką Jezus Miłosierny skierował podczas jednego z objawień. Z tym świętem wiąże się obietnica udzielenia wielu łask Kościołowi i światu, a zwłaszcza ginącym grzesznikom.
Święta s. Faustyna Kowalska, znana jest dziś w całym świecie jako apostołka Miłosierdzia Bożego. Helena Kowalska (w zakonie Faustyna) urodziła się 25 sierpnia 1905 r. jako trzecie z dziesięciorga dzieci, w rolniczej rodzinie z Głogowca. Do szkoły chodziła niecałe 3 lata, a następnie jako kilkunastoletnia dziewczynka opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Od 16. roku życia pracowała jako służąca.
Głos powołania odczuwała w swej duszy już od siódmego roku życia (na dwa lata przed przystąpieniem do I Komunii świętej), ale rodzice nie zgadzali się na jej wstąpienie do klasztoru. W tej sytuacji Helenka usiłowała zagłuszyć w sobie to Boże wezwanie, lecz przynaglona wizją cierpiącego Chrystusa i słowami wyrzutu: Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz? (Dz.9) - podjęła próby poszukiwania miejsca w klasztorze. Pukała do wielu furt zakonnych, ale nigdzie jej nie przyjęto. 1 sierpnia 1925 roku przekroczyła próg klauzury w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie. W swoim Dzienniczku wyznała: Zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie. Jedna się wyrywała z serca mojego modlitwa dziękczynna (Dz.17). Po kilku tygodniach przeżywała jednak silną pokusę przeniesienia się do innego zgromadzenia, w którym byłoby więcej czasu na modlitwę. Wtedy Pan Jezus, ukazując jej swe zranione i umęczone oblicze, powiedział: Ty mi wyrządzisz taką boleść, jeżeli wystąpisz z tego Zakonu. Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej i przygotowałem wiele łask dla ciebie (Dz.19).
W Zgromadzeniu otrzymała imię - s. Maria Faustyna. Nowicjat odbyła w Krakowie i tam złożyła pierwsze, a po pięciu latach wieczyste śluby zakonne: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Pracowała w kilku domach Zgromadzenia, najdłużej w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc obowiązki kucharki, ogrodniczki i furtianki.
Na zewnątrz nic nie zdradzało jej niezwykle bogatego życia mistycznego. Gorliwie spełniała swe obowiązki, wiernie zachowywała wszystkie reguły zakonne, była skupiona i milcząca, a przy tym naturalna, pogodna, pełna życzliwej i bezinteresownej miłości dla bliźnich.
Całe jej życie koncentrowało się na konsekwentnym dążeniu do coraz pełniejszego zjednoczenia z Bogiem i na ofiarnej współpracy z Jezusem w dziele ratowania dusz. Jezu mój - wyznała w Dzienniczku - Ty wiesz, że od najwcześniejszych lat pragnęłam zostać wielką świętą, to jest, pragnęłam Cię kochać tak wielką miłością, jaką Cię jeszcze dotychczas żadna dusza nie kochała (Dz. 1372).
Głębię jej życia duchowego odsłania Dzienniczek. Uważna lektura tych zapisków daje obraz wysokiego stopnia zjednoczenia jej duszy z Bogiem: wielkiego udzielania się Boga jej duszy oraz jej wysiłków i zmagań na drodze ku chrześcijańskiej doskonałości. Pan obdarzył ją wielkimi łaskami: darem kontemplacji, głębokiego poznania tajemnicy miłosierdzia Bożego, wizjami, objawieniami, ukrytymi stygmatami, darem proroctwa i czytania w duszach ludzkich, a także, rzadko spotykanym, darem mistycznych zaślubin. Tak bardzo obdarowana pisała: Ani łaski, ani objawienia, ani zachwyty, ani żadne dary jej (duszy) udzielone nie czynią ją doskonałą, ale wewnętrzne zjednoczenie duszy mojej z Bogiem. (...) Świętość i doskonałość moja polega na ścisłym zjednoczeniu woli mojej z wolą Bożą (Dz.1107).
Oprócz przełożonych i kilku spowiedników nikt nie zdawał sobie sprawy z niezwykłości jej przeżyć. Wtajemniczeni zaś, którym zwierzyła się ze swych wizji, nie odnosili się do niej przychylnie. Od kierowników duchowych często słyszała: "Niech siostra sobie wybije z głowy, żeby Pan Jezus miał z siostrą tak poufale przestawać, z taką nędzną, z taką niedoskonałą. Pan Jezus tylko ze świętymi duszami obcuje". Również ks. Michał Sopoćko - który potem szerzył przesłanie Bożego Miłosierdzia i założył Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego - początkowo chciał zrezygnować z funkcji spowiednika s. Faustyny, a nawet posłał ją na badania psychiatryczne.
Po pierwszym roku nowicjatu przyszły niezwykle bolesne doświadczenia mistyczne, tzw. ciemnej nocy, a potem cierpienia duchowe i moralne związane z realizacją posłannictwa, jakie otrzymywała od Chrystusa Pana. S. Faustyna swoje życie złożyła w ofierze za grzeszników i z tego tytułu doznawała także różnych cierpień, aby przez nie ratować ich dusze. W ostatnich latach życia wzmogły się cierpienia wewnętrzne, tzw. biernej nocy ducha, i dolegliwości organizmu: rozwinęła się gruźlica, która zaatakowała płuca i przewód pokarmowy. Z tego powodu dwukrotnie, po kilka miesięcy, przebywała na leczeniu w szpitalu na Prądniku w Krakowie.
Zupełnie wyniszczona fizycznie, ale w pełni dojrzała duchowo, mistycznie zjednoczona z Bogiem, zmarła w opinii świętości 5 października 1938 roku, mając zaledwie 33 lata, w tym 13 lat życia zakonnego. Jej ciało złożono w grobowcu na cmentarzu klasztornym w Krakowie-Łagiewnikach, a w czasie procesu informacyjnego w 1966 roku przeniesiono do kaplicy.
Wielka misja s. Faustyny polegała na przypomnieniu całemu światu prawd o miłości Boga do każdego człowieka, na przekazaniu nowych form kultu Miłosierdzia Bożego oraz zapoczątkowaniu dziś już wielkiego ruchu czcicieli i apostołów Miłosierdzia Bożego, dających świadectwo dziecięcej ufności wobec Boga i miłosierdzia wobec bliźnich.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Alleluja !!!

Radujmy się i weselmy, gdyż nasz Pan żyje i kroczy z nami, Alleluja!
Święta Wielkiej Nocy to czas otuchy i nadziei. Czas odradzania się wiary w siłę Chrystusa i w siłę człowieka. Życzę każdej i każdemu z Was, aby te święta wielkanocne przyniosły Ci radość, pokój oraz wzajemną życzliwość i aby były dla Ciebie czasem obfitym w łaski Pana.
Niech Zmartwychwstały Chrystus działa cuda miłości w Twoim życiu...
Chrystus Zmartwychwstał ! Prawdziwie Zmartwychwstał ! Alleluja !

sobota, 3 kwietnia 2010

Święconka i jej symbole

W Wielką Sobotę błogosławi się także pokarmy na stół wielkanocny. Wierni przynoszą w do kościoła tzw. święcone. Święcenie pokarmów świątecznych jest starym zwyczajem w Kościele. Spożywanie posiłku jest też czynnością świętą, dlatego modlimy się przed i po jedzeniu, a na największe święto Zmartwychwstania święcimy także pokarmy.
Przepełnieni wielkanocną radością, zasiądziemy po Mszy rezurekcyjnej do świątecznego stołu i podzielimy się wzajemną życzliwością przy składaniu sobie życzeń. Nowe życie Zmartwychwstałego Pana symbolizuje poświęcone jajko, którym także dzielimy się wzajemnie.
Błogosławieństwo pokarmów, zwane powszechnie święconką lub święconym, szczyci się długim rodowodem. Początki tego chrześcijańskiego obrzędu sięgają VIII wieku, w Polsce zaś pierwsze jego praktyki odnotowano w XIV stuleciu. Najpierw święcono tylko pieczonego baranka, a więc chlebową figurkę o postaci baranka. Potem dodawano kolejno ser, masło, ryby, olej, pokarmy mięsne, ciasto i wino. Na końcu święcony kosz został uzupełniony jajkiem i pozostałymi pokarmami, które obecnie weszły do kanonu święconki.
Warto pamiętać, że dobór potraw w koszyku nigdy nie był przypadkowy. Od wieków każdy Boży dar symbolizował co innego, uznanego przez ludową jak i chrześcijańską tradycję. Zestaw tych darów się zmieniał, ograniczano ich ilość, aż pozostało tylko sześć, by ostatecznie powiększyć do siedmiu. Ten zestaw, przyjęty w okresie wczesnego romantyzmu, obowiązuje do dziś. Potraw w koszyku może być więcej, ale tych siedem powinno się w nim znaleźć przede wszystkim. Symbolizują bowiem treść chrześcijaństwa.
Chleb we wszystkich kulturach ludzkości był i jest pokarmem podstawowym, niezbędnym do życia. Gwarantował dobrobyt i pomyślność. Wśród chrześcijan zawsze był symbolem nad symbolami - przedstawia bowiem Ciało Chrystusa. Jeżeli pieczono wiele odmian chleba, do kosza kładziono po dużej kromce każdego z nich. Natomiast koniecznie poświęcony był cały chlebek wielkanocny czyli paska. W tym celu specjalnie ją przecież pieczono.
Jajko jest dowodem odradzającego się życia, symbolem zwycięstwa nad śmiercią. Tę symbolikę rozpowszechnili w Polsce niemieccy zakonnicy. Wywodzi się ona z dawnego zakazu spożywania jaj podczas Wielkiego Postu. Jajka na stół powracały ponownie w Wielkanoc. Sól to minerał życiodajny, dawniej posiadający moc odstraszania wszelkiego zła. Bez soli nie ma życia. To także oczyszczenie, samo sedno istnienia i prawdy. Stąd twierdzenie o „soli ziemi", jak to w Kazaniu na Górze powiedział Chrystus o swoich uczniach. Wędlina zapewnia zdrowie i płodność, a także dostatek, bo przecież nie każdy mógł sobie pozwolić na ten szczególny pokarm. Kiedyś był to choćby plaster szyneczki, a od XIX wieku słynna polska kiełbasa. Ser jest symbolem zawartej przyjaźni między człowiekiem a siłami przyrody, a przede wszystkim stanowi gwarancję rozwoju stada zwierząt domowych. Ser jest bowiem produktem mlecznym pochodzącym od krów, owiec i kóz. Chrzan zawsze był starym ludowym znamieniem wszelkiej siły i fizycznej krzepy. Współdziałając z innymi potrawami zapewniał ich skuteczność. Ciasto do koszyka ze święconką weszło ostatnie, jako symbol umiejętności i doskonałości - zapewne głównie jako popis domowych gospodyń. Ciasto reprezentowane było głównie przez wielkanocne baby, a jej nie udany wypiek był wielką kompromitacją. Poza tym winien to być zawsze wypiek własny, domowy, a nie kupiony w ciastkami. Wystarczy zwykła domowa drożdżówka.
Taka to była tradycja siedmiu błogosławionych darów, znana w Polsce wszędzie od wielu lat. Współczesne uzupełnienia wielkanocnego koszyka są już dodatkami bez znaczenia - wkładane tam trochę ze snobizmu, z nieświadomości, a najczęściej z powodu lekceważenia tradycji.
Koszyk winien być z wikliny, słomy lub sosnowych łubów. Wyścielony serwetą, ozdobiony bielą koronek i zielenią bukszpanu lub gałązek borówki, był wyrazem wielkiej radości. Tą radością trzeba się podzielić podczas wielkanocnego śniadania. I to w znaczeniu symbolicznym jak też dosłownym.

środa, 31 marca 2010

Triduum Paschalne

Święte Triduum Paschalne (z łac. triduum – Trzy Dni) jest to najważniejsze wydarzenie w roku liturgicznym katolików, którego istotą jest celebracja Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Rozpoczyna się wieczorną Mszą w Wielki Czwartek (Msza Wieczerzy Pańskiej), kończy zaś drugimi nieszporami po południu Niedzieli Wielkanocnej.
Jednak na treść wydarzeń Wielkiego Tygodnia składają się: triumfalny wjazd Pana Jezusa do Jerozolimy w Niedzielę Palmową, ostatnie dyskusje z Sanhedrynem Chrystusa Pana w świątyni, przepowiednie Chrystusa o zburzeniu Jerozolimy i o końcu świata. Ostatnia Wieczerza i Męka Pańska, wreszcie chwalebne Zmartwychwstanie Chrystusa. Obrzędy liturgiczne tych dni są tak wkomponowane, aby wiernym ułatwić wizualne niemal odtworzenie tych wypadków, bezpośrednio związanych z tajemnicą odkupienia rodzaju ludzkiego, pobudzić do refleksji i wielkiej wdzięczności, doprowadzić do pojednania się w sakramencie Pokuty, odnowić w nich pierwotną gorliwość w służbie Bożej. Wielki Tydzień ma tak wysoką rangę w liturgii Kościoła, że nie dopuszcza nawet uroczystości. Gdyby zaś takie wypadły, odkłada się je po Wielkanocy
Obchody Triduum Paschalnego, choć trwają od Wielkiego Czwartku do Niedzieli Wielkanocnej, wbrew pozorom nie trwają cztery, lecz trzy dni. Jest to związane z żydowską rachubą czasu. Każde święto rozpoczyna się już poprzedniego dnia wieczorem po zachodzie słońca. Tak więc pierwszy dzień świętego Triduum (Trzech Dni) Paschalnego rozpoczyna się od Mszy Wieczerzy Pańskiej w czwartek a kończy Liturgią Męki Pańskiej w piątek jeszcze przed wieczorem. Jest to zgodne z Ewangelią, która mówi, że Ciało Jezusa spoczęło w Grobie jeszcze przed nastaniem szabatu. Drugi dzień to czas liturgicznej ciszy i smutku. Kościół nie sprawuje Mszy św., a Komunię św. mogą, w formie wiatyku, przyjmować jedynie umierający. Właściwie nie sprawuje się żadnych sakramentów, choć m.in. polskie doświadczenie uczy, że to czas wzmożonej posługi kapłanów sprawujących sakrament pojednania. Wieczorem kończy się "dzień żałoby". Rozpoczyna się trzeci dzień, w którym Chrystus zmartwychwstał. Nastaje święta Noc Zmartwychwstania, podczas której powstaje z martwych Chrystus Pan - Słońce, które nie zna zachodu. Noc Paschalna oraz cała Niedziela Wielkanocna to największe święto chrześcijańskie, pierwszy dzień tygodnia, uroczyście obchodzony w każdą niedzielę przez cały rok.
"Pascha" - oznacza przejście. Pascha jest głównym świętem Izraelitów, pamiątką przejścia z niewoli egipskiej przez Morze Czerwone do Ziemi Obiecanej. Pascha Chrystusa oznacza Jego przejście ze śmierci do życia, z tego świata do Ojca. Pascha wyznawców Chrystusa dokonuje się przez sakramenty, w których przechodzimy ze śmierci grzechu do nowego życia.
Te trzy dni stanowią jedno święto. W liturgii uobecnia się tajemnica męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Krzyża nie wolno oddzielać od zmartwychwstania. W jedności Triduum Paschalnego kryje się sedno chrześcijańskiego przesłania: życie rodzi się ze śmierci. Celebrując zbawcze wydarzenia, stajemy się ich uczestnikami. Odkrywamy, że stało się to ze względu na nas, dla naszego zbawienia. Dla chrześcijan nie ma nic ważniejszego, nic bardziej godnego świętowania. Jak niedziela zajmuje główne miejsce w tygodniu, tak Triduum Paschalne stanowi szczyt roku liturgicznego.
Warunkiem owocnego przeżycia Triduum jest wewnętrzne nastawienie, że święta paschalne zaczynają się wieczorem w Wielki Czwartek. Warto wcześniej odprawić spowiedź, zrobić zakupy i porządki, skupić się na rozważaniu tajemnic wiary.