czwartek, 31 grudnia 2009

Przejechałem się na narkotykach...

     Mam 24 lata. Od ośmiu miesięcy jestem ojcem: moja dziewczyna, Ula, urodziła zdrowego chłopca. Znam go jednak tylko ze zdjęć. Czasem, jak zadzwonię, mogę usłyszeć jego głos...
     Opuściłem Polskę, kiedy moja dziewczyna, z którą już mieszkałem, była w 4. miesiącu ciąży. Chciałem się uniezależnić, zarobić na ślub i mieszkanie. Rodzice nie mogli nam pomóc - tata zmarł, gdy byłem mały, mama utrzymuje się z niskiej renty. W życiu codziennym pomagała nam jedynie mama Uli.
     Wyjechałem wraz z kolegą do Hiszpanii, zresztą nie po raz pierwszy. Miałem tam znajomych, którzy organizowali wycieczki do Ameryki Łacińskiej i dobrze płacili, więc podróż wyglądała trochę jak w filmach. Ryzyko było jednak duże, bo nie o wycieczkę szło, tylko o przewóz narkotyków. W grę wchodziło nasze życie. Wtedy jednak owo ryzyko przysłaniała mi złuda dużej kwoty pieniędzy, którą miałem zarobić. Proszę, jeśli ktoś będzie miał możliwość takich zarobków, lepiej niech zostanie w domu - ludzie, którzy się takim biznesem zajmują "ładnie" mówią i są przyjaźni, ale do czasu... W Portugalii kara więzienia za przewóz narkotyków wynosi od 4 do 12 lat. Ja siedzę tu już od roku.
     Z czasem zacząłem się zastanawiać nad tym, ile zła popełniłem, ilu ludzi mogłem pozbawić życia, a przy okazji sam siebie (żeby przemyt nie wyszedł na jaw, podczas kontroli połykaliśmy pastylki). Gdybym mógł cofnąć czas, nie pojechałbym tam nigdy. Wiem jednak, że ci ludzie działają i obiecują młodym naiwnym "szybkie pieniądze".
     Pan Bóg zastukał do mojego serca, kiedy znalazłem się za kratkami. Od dłuższego czasu byłem zagubiony. Nie mogłem się odnaleźć. Przed narodzinami mojego synka coś mnie tknęło, by odmówić modlitwę maryjną. W Portugalii panuje zwyczaj noszenia różańca na szyi. Widok ten wywołał we mnie chęć modlitwy. Pożyczyłem więc różaniec od towarzysza z celi. Okazuje się, że musiałem zjechać tyle świata, żeby Bóg znalazł mnie właśnie tu, w kraju wybranym przez Matkę Boską Fatimską. Przywiązałem się do Niej. Moja mama napisała w liście, że modli się za mnie. To lepszy prezent niż paczka!
     Odkrywam, że więzienie to w moim przypadku nie koniec, lecz początek planu przemiany. Nie palę papierosów, choć większość tu pali. Jest nas dwunastu w jednej celi. Nie zawsze jest spokój. Czasem ciśnienie jest bardzo wysokie. Wtedy nie trudno sięgnąć po papieroska, albo coś silniejszego. Gdy mam zły humor, biorę do ręki różaniec. To pomaga. Kiedy miesiąc temu, w więzieniu znalazł się nowy chłopak z Polski, z tego samego zresztą powodu, co ja, podaliśmy mu z kolegą pomocną dłoń i udzieliliśmy wsparcia duchowego. On też zaczął się modlić. Stwierdził, że więzienie otwiera oczy na rzeczy, których nie dostrzegaliśmy na wolności. Razem poświęcamy ten czas na zmianę swego życia i powrót do Pana Boga.
     Modlitwa różańcowa i koronka do Miłosierdzia Bożego stały się moimi nieodłącznymi modlitwami, przez które upraszam u Pana Boga różne łaski. Pisałem do Fatimy i stamtąd dostałem figurkę oraz medalik, który noszę. A przed Bożym Narodzeniem przysłano mi figurkę Dzieciątka Jezus, którą wysłałem do domu, do mojej dziewczyny.
     W więzieniu dostałem pracę jako malarz. Teraz sprzątam biura u szefa i asystentek socjalnych; mogę uczyć się języka. W szarej codzienności Bóg daje mi małe dowody swojej troski. Ostatnio potrzebowałem okularów (lubię czytać i pisać, a mam problemy ze wzrokiem; modliłem się więc o okulary). I znaleźli się ludzie, którzy się tym zajmą. Co więcej, dostanę nie tylko okulary, ale i ubrania, i środki czystości...
     Potem chciałem zadzwonić do domu, ale nie miałem jak. Nagle podszedł do mnie kolega z Bułgarii i dał mi kartę. Było tam 10 minut, ale to wystarczyło, żeby porozmawiać. Moja dziewczyna pogodziła się z ojcem i stali się dobrymi przyjaciółmi. A jeszcze półtora roku temu nie chcieli na siebie spojrzeć. Po prostu cuda się dzieją. Chwała Panu, On sprawia w moim życiu takie rzeczy, o których nawet nie marzyłem!
     Zawdzięczam też Bogu to, że zmieniłem nastawienie do życia. Kiedy jest źle, ofiaruję to Jemu.
     Mam jeszcze kilkanaście miesięcy pobytu w więzieniu przed sobą i myślę, że ten czas nie pójdzie na marne. Kiedy stąd wyjdę, chcę do końca pogodzić się z Chrystusem w sakramencie spowiedzi i wziąć ślub z moją dziewczyną.
     Teraz wiem, że jeśli zawierzymy Jezusowi, On sam pokieruje naszym życiem. Dziękuję Miłosiernemu Jezusowi za syna, za przyszłą żonę, za zerwanie z papierosami, za pracę w więzieniu, i za moją siostrę, która jest narzędziem w rękach Jezusa, wspiera mnie modlitwą i książkami a przede wszystkim za to, że Bóg o mnie nie zapomniał. 

Janek

Po co bierzmowanie ? (4)

Żeglować mocą Ducha... 
Czy ty kochasz Boga ? Może w twoim życiu było już wiele chwil religijnego uniesienia, zafascynowania się Bogiem – po rekolekcjach, po obejrzeniu filmu, po głębokiej spowiedzi. Dziś dostrzegasz, że zgasły one jak słomiany ogień. Co zrobić, żeby na trwale zachwycić się Bogiem ? Najważniejsze to przyjąć Ducha Świętego, który jest nie tylko spojrzeniem, ale i zakochaniem Syna w Ojcu i Ojca w Synu. Duch Święty to taka rwąca rzeka miłości, która przepływa od Ojca do Syna i od Syna do Ojca. To jedyny strumień, który płynie w obie strony. Może i ty w swoim życiu idziesz przez gąszcz suchych modlitw, nieprzeżytych w pełni, „przestanych” mszy świętych. Zachęcam cię – wskocz w żywy, wartki nurt miłości Ducha Świętego. On porwie cię ku Ojcu, ku Synowi. Czy to oznacza, że odtąd chrześcijaństwo będzie dla ciebie spokojnym dryfowaniem bez żadnego wysiłku, bo rzeka miłości poniesie cię sama ? Na pewno nie. Duch Święty jest niezmierną mocą, rzeką płynącą do nieba, ale prosząc o Niego, ty sam musisz uklęknąć i wznieść ręce. A kiedy zstąpi na ciebie, to już wtedy wszystko będziesz mógł w Tym, który cię umacnia.

czwartek, 24 grudnia 2009

Nie było miejsca...

Moi Kochani !
Każdy z nas ma na tyle dużą dłoń, że może z niej uczynić Betlejem. 
Każdy z nas ma na tyle ciepłe serce, że może przyjąć nowonarodzoną miłość... 
do tego wystarczy tylko wiara i nadzieja, a miłość przyjdzie sama... 
Radosnych i pełnych pokoju i miłości Świąt Bożego Narodzenia !

wtorek, 22 grudnia 2009

Boże Narodzenie

Boże Narodzenie to najważniejsze, zaraz po Wielkanocy, święto w roku. Jednak przez kilkaset lat po narodzeniu Jezusa święta Bożego Narodzenia nie były znane. Chrześcijanie świętowali najpierw fakt, że Jezus zmartwychwstał i żyje, a dopiero od IV w. zaczęli świętować także Boże Narodzenie. Wtedy też z polecenia cesarzowej Heleny wzniesiono w Betlejem, w miejscu gdzie narodził się Jezus bazylikę Narodzenia Pańskiego. Z czasem powstał zwyczaj budowania stajenki, by upamiętnić fakt, że Jezus narodził się w stajni. Pierwszą w historii bożonarodzeniową szopkę urządził w Greccio św. Franciszek z Asyżu w nocy z 24 na 25 grudnia 1223 roku.
Powstała też msza zwana pasterką by upamiętnić nocną wizytę pasterzy w noc Bożego Narodzenia i wiele innych świątecznych zwyczajów.
Także nasze domy są pełne świątecznego klimatu. Zmieniają one swój wygląd, pojawia się choinka, ozdoby, świąteczne wypieki i prezenty - wszystko po to, aby podkreślić świąteczny charakter tego bożonarodzeniowego czasu.
Czas Bożego Narodzenia, to dni pełne pięknych, starych zwyczajów. Już przed świętami myślimy o kartkach z życzeniami, kupujemy prezenty; w domach trwają wielkie przygotowania do wieczerzy wigilijnej. W Wigilie spotykamy się z rodziną przy stole, dzielimy się opłatkiem, składamy życzenia, śpiewamy kolędy, by potem, o północy iść na pasterkę. Czasem jednak całkiem zwyczajnie zapominamy, co mają poszczególne zwyczaje oznaczać. Zapraszam więc wszystkich do przypomnienia sobie sensu gestów, wykonywanych podczas świąt. Ich opis znajdziecie w świątecznym biuletynie naszej Polskiej Misji Katolickiej.

piątek, 18 grudnia 2009

Pomocna dłoń...

Przez wiarę i chrzest zostaliśmy włączeni w życiodajną wspólnotę z Chrystusem i Jego Kościołem. Przyjęty chrzest zobowiązuje nas do życia zgodnego z wyznawaną wiarą. Jesteśmy jednak ludźmi słabymi i grzesznymi. Nasza łączność z Chrystusem i Kościołem zainicjowana na Chrzcie świętym, bywa często osłabiana przez nasze niedoskonałości, a zwłaszcza przez ciężkie grzechy. Zatem nasza grzeszność domaga się poprawy, to jest nawrócenia i pojednania z Kościołem i z Bogiem w Chrystusie Jezusie. Ustawiczne nawracanie się, które inaczej nazywamy pokutą, należy do istotnych elementów i warunków bycia prawdziwym chrześcijaninem, który swoje życie realizuje w łączności z Chrystusem w Jego Kościele. Grzesznik musi pojednać się nie tylko z Bogiem, ale i z Kościołem, który od Chrystusa otrzymał moc odpuszczania grzechów.
Bóg ciebie kocha i chce, aby twoje życie miało sens (cel), dlatego ma dla ciebie wspaniały plan.
Twoje życie nie jest przypadkowe. Jesteś chciany i zaplanowany przez Boga. Tylko Bóg zna cel i sens twojego życia. On wie kiedy twoje życie będzie miało sens, dlatego ma plan jak uczynić twoje życie sensownym i celowym.
Bóg pragnie twojego szczęścia, ON cię stworzył, abyś był szczęśliwy na ziemi i abyś osiągnął życie wieczne. Przeszkodą w spełnieniu tego Bożego zamiaru jest twój grzech.
Każdy grzech jest nieposłuszeństwem Bogu, który wyraża swoją wolę w przykazaniach. (Por. KKK 397) Takie grzeszne nieposłuszeństwo stanowi wyraz lekceważenia i pogardy wobec Boga i Jego pouczeń.
Przez grzeszny czyn człowiek daje do zrozumienia Bogu, że nie ufa Jego życzliwości, że nie wierzy w to, iż dał nam swoje przykazania z miłości do nas, dla naszego dobra.
Czym zatem jest grzech ?
- krzywdą innych ludzi,
- odejściem od Boga,
- odrzuceniem Bożej miłości,
- przekroczeniem przykazań.
Pamiętaj, twój grzech zaczyna się zawsze wtedy, gdy zostaje zachwiane twoje zaufanie do Boga, gdy myślisz, że dojdziesz do szczęścia własną drogą, nie licząc się z tym, co Bóg mówi. Tymczasem nie ma dla nas innej drogi, innego szczęścia, innego zbawienia poza tym, które daje Bóg w Jezusie Chrystusie.
Jeśli uznajesz przed Bogiem swoją grzeszność i poczuwasz się do tego, że powinieneś coś zmienić w swoim życiu – rozpoczyna się w tobie proces nawrócenia. Bóg w swojej ojcowskiej miłości pociąga cię mocą łaski, abyś Mu na nowo zaufał i wrócił do Niego. (Łk 15,11-32) On jest gotowy ci przebaczyć. Bóg kocha cię zawsze. Jeśli zgrzeszyłeś, rozumie twoją sytuację i nieustannie czeka, aby cię wziąć w swoje ramiona i przebaczyć winy. Będzie mógł to jednak uczynić, dopiero wtedy, gdy zdecydujesz się do Niego wrócić. Drogą powrotu jest sakrament pokuty i pojednania.

środa, 16 grudnia 2009

Adwent

Adwent to czas radosnego oczekiwania na przyjście Jezusa. Adwent zaczyna się w niedzielę po uroczystości Chrystusa Króla czyli między 29 listopada a 3 grudnia. Trwa on od 23 do 28 dni, z których cztery zawsze są niedzielami. Adwent kończy się wigilią Bożego Narodzenia, która niekiedy zbiega się z czwartą niedzielą Adwentu. Adwent rozpoczyna się od pierwszych nieszporów pierwszej niedzieli Adwentu, a kończy się pierwszymi nieszporami Bożego Narodzenia. Pierwsza niedziela Adwentu zawsze rozpoczyna nowy rok liturgiczny w Kościele. Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego "adventus", które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Oczekiwanie na przyjście Chrystusa musi rodzić radość, gdyż jest oczekiwaniem na przyjście Jezusa. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania. Opuszczenie hymnu Gloria nie jest wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, lecz znakiem czekania na nowe zabrzmienie hymnu anielskiego śpiewanego w noc narodzenia Jezusa (Łk 2, 14).  -Owo oczekiwanie ma swoje trzy znaczenia:
- Najpierw wspominamy oczekiwanie na pierwsze, historyczne przyjście Jezusa. Łączyny się z tymi wszystkimi pokoleniami ludzi sprawiedliwych z czasów starego testamentu, którzy przez wieki oczekiwali na przyjście Mesjasza. Liturgia adwentowa ukazuje postacie tych świętych, którzy poprzedzili lub przepowiadali przyjście Mesjasza. Bóg już po grzechu pierworodnym obiecał, że przyjdzie "Potomek" Niewiasty, który zgładzi szatana. Naród wybrany przez wieki z nadzieją oczekiwał spełnienia tej obietnicy. Jan Chrzciciel stał się głosem wołającym, który zapowiadał przyjście Oblubieńca. Wpatrujemy się także w Maryję, która w szczególny sposób Jezusa oczekiwała. Ona poprzez swoje "niech mi się stanie", które wyraża Jej posłuszeństwo, uczy nas posłuszeństwa Słowu w wierze.
- Bezpośrednio nasze myśli biegną ku Bożemu Narodzeniu - oczekujemy świąt, poprzez modlitwę, roraty, adwentowe postanowienia przygotowujemy się do tego świątecznego czasu. Bóg stał się człowiekiem, przyszedł do nas, a więc i my winniśmy wyjść Bogu naprzeciw, aby spotkać się z wcielonym Synem Bożym. W tym czasie winno się odprawiać rekolekcje, które mają nam pomóc przygotować się na spotkanie z Jezusem.
- Jednocześnie nasze myśli biegną ku przyszłości - przypominamy sobie, że kiedyś Jezus ponownie przyjedzie na ziemię, by usunąć zło i zakrólować nad całym światem. Oczekiwanie na przyjście Jezusa jest źródłem radości. Adwent przypomina nam, że całe nasze życie jest czekaniem. Zawsze do czegoś dążymy. Człowiek, który w życiu już na nic nie czeka jest nieszczęśliwy. Nasze życie staje się piękne dlatego, że jest czekaniem, jest dążeniem do czegoś, czekaniem na Kogoś, czekaniem na przychodzącego Chrystusa.
Adwent dzieli się na dwa podokresy, z których każdy ma odrębne cechy, wyrażone w dwóch różnych prefacjach adwentowych:
- Pierwszy podokres Adwentu obejmuje czas od pierwszej niedzieli Adwentu do 16 grudnia, kiedy czytane są teksty biblijne, zapowiadające powtórne przyjście Zbawiciela na końcu świata i przygotowujące do spotkania z Chrystusem Sędzią. Dni powszednie w tym okresie przyjmują wszystkie obchody wyższe rangą (tzn. wspomnienia dowolne, obowiązkowe, święta i uroczystości);
- Drugi okres Adwentu, od 17 do 24 grudnia, to bezpośrednie przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia. W tym okresie w dni powszednie można obchodzić jedynie święta i uroczystości.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Hymn o miłości (1 Kor 13, 1-13)

"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest miłość."
KOMENTARZ:
Miłość mająca swoje źródło w Bogu jest jedyną życiodajną siłą, dzięki której wspólnota chrześcijańska trwa i się rozwija. Jest ona także źródłem jedności chrześcijan. Dzięki miłości zakorzenionej w Chrystusie chrześcijanin jest zdolny otworzyć się na potrzeby innych i potrafi dzielić się z innymi wszelkimi darami i dobrami, aby wzrastało wspólne dobro. 
Człowiek z natury jest zdolny do tego by kochać. Ponieważ ludzka miłość została zniekształcona przez grzech, Chrystus, zbawiając człowieka, przywrócił mu pierworodną zdolność kochania. Miłość zakorzeniona w Chrystusie wolna jest od egoizmu, wypaczeń i kłamstwa. Dzięki niej ludzie mogą doświadczyć obecności Boga.

piątek, 11 grudnia 2009

Po co bierzmowanie ? (3)

Kod miłości...
Młodzież często mówi mi, że w kościele nudzą ich czytania, teksty liturgii mszy świętej czy pobożne modlitwy. Otóż problem polega na tym, że Kościół daje nam do ręki teksty, które napisali ludzie zakochani w Bogu, napełnieni Duchem miłości. Aby te słowa mogły i nas zafascynować, też musimy być zakochani w Bogu. Pewnego dnia odwiedziłem przyjaciela, szczęśliwego ojca trzech uroczych dziewczynek. Przy stole wręczył mi kartkę papieru, na której widniały jakieś bazgroły. Zapytałem: a co to jest ? On oburzył się prawie i rzekł: nie widzisz co to jest ? To jest koń ! Koń ? A z której strony ? – zapytałem lekko zdezorientowany. Ty się nie znasz na rysunku ! Zobacz, to jest koń w biegu . Przecież to genialne ! To dziecko ma nieprzeciętny talent... Pomyślałem potem: patrzyliśmy na ten sam rysunek. Dlaczego on się nim zachwycał, a ja nie ? Bo mój przyjaciel miał w sercu klucz do odczytania tego rysunku. Tym kluczem była miłość do jego córeczki. Aby odczytać to, co było napisane czy namalowane z miłością, trzeba w sercu mieć tę samą miłość. Nie zachwyci cię Pismo Święte, nie zachwyci msza święta, jeśli nie będziesz kochał Boga. Odpowiedz szczerze: czy kochasz Boga, czy czekasz na mszę świętą tak, jak na spotkanie z przyjacielem ? Czy kiedy zdarza ci się obrazić Boga, nie możesz z tego powodu zasnąć ? 
Czy tracisz humor, jesteś załamany tym, że obraziłeś Tego, który cię kocha ?  
Czy ty kochasz Boga ?

środa, 9 grudnia 2009

Co wiedzieć warto ?

GRZECHY GŁÓWNE
1. Pycha
2. Chciwość
3. Nieczystość
4. Zazdrość
5. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
6. Gniew
7. Lenistwo

CNOTY PRZECIWNE GRZECHOM GŁÓWNYM
1. Pokora
2. Szczodrobliwość
3. Czystość
4. Życzliwość
5. Umiarkowanie
6. Łagodność
7. Pilność w dobrym

GRZECHY CUDZE
1. Namawiać kogoś do grzechu.
2. Nakazywać grzech.
3. Zezwalać na grzech.
4. Pobudzać do grzechu.
5. Pochwalać grzech drugiego.
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy.
7. Nie karać za grzech.
8. Pomagać do grzechu.
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.

GRZECHY PRZECIWKO DUCHOWI ŚWIĘTEMU
1. Grzeszyć zuchwale w nadziei miłosierdzia Bożego.
2. Rozpaczać albo wątpić o łasce Bożej.
3. Sprzeciwiać się uznanej prawdzie chrześcijańskiej.
4. Zazdrościć lub nie życzyć bliźniemu łaski Bożej.
5. Mieć zatwardziałe serce na zbawienne natchnienia.
6. Umyślnie zaniedbywać pokutę aż do śmierci.

GRZECHY WOŁAJĄCE O POMSTĘ DO NIEBA
1. Umyślne zabójstwo.
2. Grzech sodomski.
3. Uciskanie ubogich, wdów i sierot.
4. Zatrzymanie zapłaty sługom i najemnikom.

wtorek, 8 grudnia 2009

Co wiedzieć warto ?


CZĘŚCI I TAJEMNICE RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO
Część I - Tajemnice radosne
1.Zwiastowanie NMP
2.Nawiedzenie św. Elżbiety
3.Narodzenie Pana Jezusa
4.Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni
5.Znalezienie Pana Jezusa w świątyni
Część II - Tajemnice bolesne
1.Modlitwa Pana Jezusa w Ogrojcu
2.Biczowanie Pana Jezusa
3.Ukoronowanie cierniową koroną Pana Jezusa
4.Niesienie krzyża
5.Ukrzyżowanie Pana Jezusa
Część III - Tajemnice chwalebne
1.Zmartwychwstanie Pana Jezusa
2.Wniebowstąpienie Pana Jezusa
3.Zesłanie Ducha Świętego
4.Wniebowzięcie NMP
5.Ukoronowanie w niebie NMP
Część IV- Tajemnice światła
1.Chrzest Pana Jezusa w Jordanie
2.Objawienie siebie na weselu w Kanie Galilejskiej
3.Głoszenie Królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia
4.Przemienienie na Górze Tabor
5.Ustanowienie Eucharystii

poniedziałek, 30 listopada 2009

Przyjdź Dziecię Jezus !

Podane poniżej zdarzenie zostało opublikowane przez wybitną współczesną polską pisarkę Marię Winowską, która osobiście zebrała dokładne informacje od księdza proboszcza parafii, w której wydarzenie miało miejsce. Działo się to w węgierskiej miejscowości, liczącej około 1.500 mieszkańców. Panna Gertruda, nauczycielka ucząca w tamtejszej szkole, wytyczyła sobie bardzo prosty program: wydrzeć dzieciom z serc wiarę. Dzieci, umacniane zasadami wpajanymi w ich dusze przez głęboko religijnych rodziców oraz katechezę ks. proboszcza i uczęszczaniem do Sakramentów św., nie poddawały się pod wpływ nauczycielki, ale i nie ośmielały się jej przeciwstawiać. Dziesięcioletnia Anielcia, inteligentne, miłe dziecko, była uczennicą klasy 4 A. Pewnego dnia przyszła do ks. proboszcza z prośbą by pozwolił jej codziennie komunikować. "Czy zdajesz sobie sprawę, na co się narażasz?" zapytał kapłan. "Księże proboszczu, proszę mi nie odmówić!... W dniu, gdy przystępuję do Komunii św. czuję się duchowo silniejsza. A przecież ks. proboszcz mi powiedział, że powinnam dawać dobry przykład. Abym to mogła czynić, potrzebna mi wielka moc!..." Ks. proboszcz pozwolił, ale z pewnym niepokojem. Od tego czasu w klasie czwartej A jakoby rozgorzało piekło. Nauczycielka wzięła sobie na cel Anielcię. Pomimo że dziecko było zawsze doskonale przygotowane na lekcję, p. Gertruda obniżała jej stopnie i bezlitośnie szpilkowała. Dziewczynka znosiła to z zadziwiającym męstwem. "Anielciu, czy to nie ponad Twoje siły?" zapytał ją raz ks. proboszcz. "Ależ nie, księże proboszczu! Pan Jezus cierpiał o wiele więcej... pluli na Niego... Mnie to jeszcze nie spotkało!" Kapłan był zdumiony takim męstwem. Anielcia nigdy się nie uskarżała, lecz koleżanki z jej klasy przychodziły i często z płaczem opowiadały proboszczowi, co tam się dzieje. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem p. Gertruda rozpoczęła w klasie okrutną grę, która jej zdaniem miała zadać śmiertelny cios dawnym "przesądom". Wycelowała jak zwykle w Anielkę. "Dziecko - powiedziała - jeśli cię rodzice wołają - co czynisz?" "Przychodzę". "Lecz wyobraź sobie, że oni wzywają twoją zmarłą babcię?" "Ona nie przyjdzie". "A gdyby wołali Babę Jagę albo Czerwonego Kapturka?" "Nie przyjdą - to są postacie z bajki". "Wspaniale! Zaraz zrobimy próbę. Anielko, wyjdź na chwilę z klasy!". Dziecko wyszło. A teraz dzieci - powiedziała nauczycielka - wołajcie ją głośno! Wszystkie razem! "Aniela! Aniela!" - krzyczało z całych sił trzydzieści dziecięcych głosów. Anielcia weszła. "Widzicie więc moje dzieci. Jeśli ktoś jest przychodzi, gdy go się woła. A jeśli NIE ISTNIEJE nie może przyjść. Czy jeszcze któraś z was wierzy w Dzieciątko Jezus?" "Tak..." - odezwało się kilka nieśmiałych głosów. "A ty Anielo, wierzysz jeszcze, że Dziecię Jezus cię słyszy gdy je wzywasz?" "Tak, wierzę, że Ono mnie słyszy!" - powiedziała śmiało Anielcia. "Bardzo dobrze! Zrobimy doświadczenie. Widziałyście, że Aniela weszła natychmiast, gdy ją wołałyście. Jeśli Dziecię Jezus istnieje, usłyszy wasze wołanie. Krzyczcie więc wszystkie razem bardzo głośno:" "Przyjdź, Dziecię Jezus!" Raz, dwa, trzy: wszystkie razem! Dzieci spuściły główki. Zapadło kłopotliwe milczenie. Ciszę, w której zawisła trwoga dziecięcych serc, rozdarł szyderczy śmiech nauczycielki. "Do tego właśnie chciałam was doprowadzić! Oto mój dowód! Nie ośmielacie się Go wołać, bo dobrze wiecie, że Dziecię Jezus nie przyjdzie. A jeśli Ono was nie słyszy, to dlatego, że nie istnieje - że jest tylko mitem!" Onieśmielone dzieci dalej milczały. Ciężki argument p. Gertrudy, rozkrwawił im serca. Anielcia stała z mocno pobladłą twarzą. "Obawiałam się, że upadnie" - mówiła potem do ks. proboszcza jedna z dziewcząt. Nauczycielka wyraźnie rozkoszowała się zakłopotaniem dzieci. Nagle Anielcia jednym skokiem znalazła się na środku klasy. Oczy jej płonęły. Zawołała: - Dobrze! Będziemy Go wzywały! Słyszycie? Wołajmy wszystkie razem: PRZYJDŹ, DZIECIĘ JEZUS! Wszystkie dziewczęta zerwały się. Stojąc ze złożonymi rękami, z sercami wezbranymi zaczęły krzyczeć:
- PRZYJDŹ, DZIECIĘ JEZUS! Nauczycielka nakazuje przestać. Oczy ma utkwione w Anielcię. Nastąpiła chwila ciszy ciężkiej, jak konanie. Przerwał ją dźwięczny głosik Anielci: "Jeszcze wołajmy!" - "Był to krzyk, od którego mogły runąć mury" - opowiadała jedna z dziewcząt. Nagle cicho otworzyły się drzwi. Wszystko światło dzienne zdawało się ku nim odbiegać. Światło rosło, olbrzymiało, wreszcie przekształciło się w ognistą kulę, która rozchyliła się i ukazało się w niej Dzieciątko tak zachwycająco piękne, jakiego jeszcze nigdy dzieci nie widziały. Dziecię uśmiechało się do nich, nic nie mówiąc. Dzieci opowiadały potem ks. proboszczowi, że obecność Dzieciątka napełniała ich serca niewymowną słodyczą i radością... że było ubrane w białą sukienkę i podobne było do słońca... Promieniował z Niego taki blask, że światło dnia wydawało się przy nim nocą. Niektóre dziewczynki były oślepione tym blaskiem i odczuwały ból w oczach. Inne wpatrywały się swobodnie bez takiego przykrego odczucia. - Jak długo to trwało? - Dzieci nie umiały określić. Faktem jest, że "eksperyment" p. Gertrudy wraz ze zjawieniem się i odejściem Dzieciątka nie przekroczyły godziny szkolnej lekcji. Dziecię nie przestawało uśmiechać się do dziewcząt. Następnie zniknęło w ognistej kuli, która zwolna roztapiała się. Drzwi same zamknęły się cicho. Dzieci zachwycone, uniesione radością, nie mogły wypowiedzieć słowa. Naraz przeraźliwy krzyk wdarł się w ciszę. Nauczycielka z dzikim wyrazem oczu, które wychodziły z orbit, wyła: "ON PRZYSZEDŁ!" Wybiegła, trzasnąwszy drzwiami. Anielcia, jakby wracając z innego świata, powiedziała spokojnie do koleżanek: - Widzicie! ON ISTNIEJE! A teraz podziękujemy. Wszystkie z powagą uklękły i odmówiły Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu. Następnie opuściły klasę, gdyż właśnie odezwał się dzwonek. Wydarzenie nabrało rozgłosu. Rodzice kontaktowali się w tej sprawie z proboszczem. - Przepytałem wszystkie dziewczęta mówił do p. Winowskiej ks. proboszcz - W ich opowiadaniu nie mogłem pochwycić żadnych niezgodności. Panna Gertruda dostała obłędu i została umieszczona w zakładzie. Nie przestawała wyć: "On przyszedł! On przyszedł!" Ks. proboszcz chciał ją odwiedzić w zakładzie psychiatrycznym, ale kategorycznie odmówiono mu wstępu.
Zdarzenie to jest dowodem, co znaczy potęga modlitwy, wypływającej z wiary i ufności. WIARA GÓRY PRZENOSI!

Pomocna dłoń...

Bóg objawił się jako „Ten, który jest“. Dał się poznać jako Prawda i Miłość. Jest wieczny, sprawiedliwy, miłosierny, litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność. Bóg pragnie, aby wszyscy ludzie byli zbawieni. Pewnie stawiacie sobie pytanie: jak żyć, co robić, aby to wieczne życie osiągnąć ?
Odpowiedź na to pytanie i wiele innych znajdziemy w „Księdze Życia“.
Pomyśl czym dla ciebie jest słowo Boże ? Jakie jest miejsce Biblii w twoim życiu ?
Zapisz: Ps 119,105 i zastanów się jak korzystasz z tego światła ?
Z ilu ksiąg składa się Pismo święte ?
Stary Testament ........... ksiąg, Nowy Testament ......... ksiąg. Razem jest w Biblii ......... ksiąg.

piątek, 27 listopada 2009

Modlitwy dla każdego...

Modlitwa o mądrość
Boże przodków i Panie miłosierdzia,
któryś wszystko uczynił, swoim słowem
i w Mądrości swojej stworzyłeś człowieka,
by panował nad stworzeniami,
co przez Ciebie się stały,
by władał światem w świętości i sprawiedliwości
i w prawości serca sądy sprawował -
dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą,
i nie wyłączaj mnie z liczby swych dzieci!
Bom sługa Twój, syn Twojej służebnicy,
człowiek niemocny i krótkowieczny,
zbyt słaby, by pojąć sprawiedliwość i prawa.
Choćby zresztą był ktoś doskonały między ludźmi,
jeśli mu braknie mądrości od Ciebie
- za nic będzie poczytany.

czwartek, 26 listopada 2009

Rok liturgiczny

Rok liturgiczny to wspomnienie zbawczego misterium Jezusa Chrystusa w ciągu jednego roku kalendarzowego, rozpoczyna się w pierwszą niedzielę Adwentu, która przypada między 27 listopada a 3 grudnia. W trakcie jednego roku przekazywana jest cała historia zbawienia, opisana na kartach Biblii. Kolejno odsłaniane jest całe Misterium Chrystusa: oczekiwanie, zwiastowanie, nadejście, działalność, śmierć, zmartwychwstanie.
Rok kościelny nie pokrywa się z rokiem kalendarzowym. Chociaż bowiem liczy prawie tyle samo dni i tygodni (52), to jednak rozpoczyna się pierwszą niedzielą Adwentu (koniec listopada lub początek grudnia), a kończy się ostatnią niedzielą uroczystości Chrystusa Króla. Ma on własną strukturę, podziały i święta.
Rok liturgiczny opiera się na zwartej organizacji dni i tygodni. Tworzy on cykl powtarzający się niemal identycznie. Myliłby się jednak, kto by sądził, że rok kościelny, liturgiczny, powstał w jednym dniu, zaplanowany w każdym szczególe przez jakiś sobór czy któregoś z papieży. Powstał on drogą powolnego "rozwoju; procesu, który trwał przez wieki i nie został jeszcze zakończony". Podobnie jak większość chrześcijańskich instytucji, ma on swoją długą i bogatą historię.
Z całą pewnością od wieku II datuje się zwyczaj obchodzenia w Kościele pamiątki Zmartwychwstania Pańskiego jako osobnego święta, przypadającego w rocznicę tego wydarzenia. Z biegiem lat uroczystość ta staje się centralną w roku liturgicznym Kościoła. Bardzo wcześnie, bo już w wieku III i IV powstaje triduum przygotowawcze do obchodu Wielkanocy, rozszerzone niebawem (wiek IV-V) o cały okres Wielkiego Postu. Rozszerzony także znacznie zostaje czas wielkanocny o dni następujące po uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego aż po Pięćdziesiątnicę, czyli do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, którą zaczęto wprowadzać już w wieku IV.
W tym samym wieku IV wprowadzona zostaje z wolna do roku kościelnego uroczystość Narodzenia Pana Jezusa, do której także niebawem dojdzie okres przygotowania, rozbudowany zwłaszcza pięknie na Zachodzie w cztery niedziele Adwentu. Tak więc powstały dwa okresy roku kościelnego: wielkanocny i Bożego Narodzenia, organicznie ze sobą związane, bo dotyczące tej samej osoby Jezusa Chrystusa i tej samej tajemnicy - zbawienia rodzaju ludzkiego. Kiedy pierwsza jest tej tajemnicy zapowiedzią i zapoczątkowaniem, to druga jest jej dopełnieniem i ukoronowaniem. Od wieku VII wprowadzono oktawę świąt Bożego Narodzenia.
Kiedy już od wieku I zaczęła się lać nader obficie krew męczeńska, spontanicznie wyłaniać się zaczął w roku Bożym cykl drugi, równoległy: świętych męczenników - Apostołów, biskupów, kapłanów, diakonów i wiernych. Dzień ich bohaterskiej śmierci obchodzono jako dzień ich narodzin dla nieba, pamiątkę odniesionego przez nich zwycięstwa.
Od wieku IV rozpoczyna się również kult świętych wyznawców, a więc tych, którzy całym życiem swoim świadczyli godnie o Jezusie Chrystusie. W tym też czasie wyjątkowo bujnie zaczyna się rozwijać kult Najświętszej Maryi Panny, Matki Zbawiciela świata.

wtorek, 24 listopada 2009

Pomocna dłoń...

Najwspanialszym przymiotem Boga jest miłość. Bóg stwarzając dzieli się miłością.
Przeczytaj Rdz 1i zwróć szczególną uwagę na wersety kończące każdy akt stwarzania:  „A widział Bóg, że były dobre.“
Przeczytaj także Iz 54,10, J 3,16-17, oraz 1J 4, 9-10 i napisz jak starasz się wynagrodzić Bogu Jego wielką MIŁOŚĆ ? Jaki dar miłości otrzymaliśmy od Boga ?

Co wiedzieć warto ?

UCZYNKI MIŁOSIERNE WZGLĘDEM CIAŁA
- Głodnych nakarmić.
- Spragnionych napoić.
- Nagich przyodziać.
- Podróżnych w dom przyjąć.
- Więźniów pocieszać.
- Chorych nawiedzać.
- Umarłych pogrzebać.

UCZYNKI MIŁOSIERNE WZGLĘDEM DUSZY
- Grzesznych upominać.
- Nieumiejętnych pouczać.
- Wątpiącym dobrze radzić.
- Strapionych pocieszać.
- Krzywdy cierpliwie znosić.
- Urazy chętnie darować.
- Modlić się za żywych i umarłych.

WIERZĘ w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, światłość ze światłości. Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy, i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych: a królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę; który mówił przez proroków. Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

SKUTKI SAKRAMENTU POKUTY:
1. Pojednanie z Bogiem, a więc odpuszczenie grzechów;
2. Pojednanie z Kościołem;
3. Odzyskanie stanu łaski, jeśli została utracona;
4. Darowanie kary wiecznej spowodowanej przez grzechy śmiertelne i darowanie, przynajmniej częściowe, kar doczesnych będących skutkiem grzechu;
5. Pokój i pogoda sumienia oraz pociecha duchowa;
6. Wzrost sił duchowych do walki, jaką musi prowadzić chrześcijanin.

Pomocna dłoń...

Na waszą prośbę rzucam do was „koło ratunkowe”. A tak naprawdę rzuca w twoją stronę to ratunkowe koło TEN, który kocha cię odwieczną miłością, TEN, który jest źródłem miłości, TEN, który pragnie szczęścia każdego człowieka, a więc i twojego, TEN, który swoją miłość najpełniej objawił w swoim Synu, Jezusie Chrystusie. Miłość Boga polega na tym, że ON pierwszy nas umiłował -bez żadnej naszej zasługi - i w każdym z nas rozpoczął swoje dzieło miłości. To dokonało się w chwili naszego chrztu. Wtedy miłość Boża rozlała się w sercach naszych. Trzeba to sobie uświadomić, by współpracować z Bogiem w rozwijaniu Jego miłości w nas i przez nas. Aby wam w tym pomóc, tu udostępniam wam wskazówki praktyczne związane z katechezami: referencje biblijne, pytania im towarzyszące, itd., itp...

środa, 18 listopada 2009

Św. Elżbieta Węgierska - opiekunka ubogich

W najbliższą niedzielę będziemy Bogu dziękować za pośrednictwem św. Elżbiety - patronki naszej parafii, za otrzymane łaski. Dobrze by więc było wiedzieć o Niej choć troszeczkę...

Elżbieta urodziła się w 1207 roku w Bratysławie w rodzinie królewskiej. Jej ojcem był Andrzej II, król Węgier. Już jako czteroletnia dziewczynka zamieszkała w Wartburgu i została zaręczona z Ludwikiem IV, późniejszym landgrafem Turyngii. Mając czternaście lat wyszła za niego za mąż. Bóg obdarzył ich trójką dzieci. W 1227 roku, w czasie wyprawy krzyżowej, umarł jej mąż. To bolesne doświadczenie jeszcze bardziej otworzyło Elżbietę na życie duchowe i pogłębioną relację z Bogiem. Zostawszy wdową w wieku dwudziestu lat, poświęcała wiele czasu na wychowanie dzieci, modlitwę i uczynki miłosierdzia. Przeniosła się do Marburga, gdzie ufundowała szpital, w którym sama posługiwała chorym. Z wielka dbałością opatrywała rany chorym na trąd, leczyła kalekich. Rozdała pokaźną sumę pieniędzy ubogim i ludziom pokrzywdzonym. Najbliższa arystokratyczna rodzina uznała jej postępowanie za szaleństwo. Ona jednak coraz bardziej pragnęła całkowicie oddać się Bogu, dlatego powierzając swoje dzieci opiekunom, w 1228 roku Elżbieta złożyła ślub wyrzeczenia się świata i stała się tercjarką św. Franciszka. Biedaczyna z Asyżu był dla niej wzorem, dlatego szpital, który założyła nosił jego imię. Od niego uczyła się wzgardy dla ziemskich bogactw oraz wrażliwości wobec ubogich. Najbiedniejszych i odrażających sadzała do swego stołu. Zmarła 17 listopada w 1231 roku, wyczerpana surowymi pokutami i wytężoną pracą w szpitalu przy posługiwaniu chorym. Zaledwie cztery lata później kanonizował ją papież Grzegorza IX. Do jej grobu przybywali pielgrzymi, którzy otrzymywali łaski cudownego uzdrowienia. „Święta Elżbieta przedstawiana jest w stroju królewskim albo z naręczem róż w fartuchu. Powstała bowiem legenda, że mąż zakazał jej rozdawać ubogim pieniądze i chleb. Gdy pewnego razu przyłapał ją na wynoszeniu bułek w fartuchu i kazał jej pokazać, co niesie, zobaczył róże, mimo że była to zima. Jej atrybutami są także: kilka monet i różaniec”.

wtorek, 17 listopada 2009

Jak mam Cię kochać...

Bóg kocha każdego z nas (J 3,16-17)

"Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony."

poniedziałek, 16 listopada 2009

Po co bierzmowanie ? (2)

Odwieczne, nowe spojrzenie...
Spotykam wielu ludzi wierzących, nawet sumiennie praktykujących, którzy mają kłopoty w życiu religijnym. Często mówią, że ogromną przeszkodą jest dla nich to, że w kościele w zasadzie ciągle mówi się o tym samym. Taka sama msza święta, taka sama modlitwa, to samo na katechezie, nawet to samo w konfesjonale. Monotonia ta wywołuje znużenie, zmęczenie, brak zaangażowania, a nawet odejście od Boga.
Ktoś zwrócił mi uwagę na ciekawą rzecz: nudzą się rzeczy, a nie nudzą osoby. Dlaczego nie nudzi cię twój kolega, brat, sąsiad ? Możesz go nawet nie lubić, ale bardzo często chcesz o nim lub z nim porozmawiać. I te rozmowy są do siebie łudząco podobne. I to cię nie nudzi, bo to są żywi ludzie. I tu dochodzimy do sedna sprawy – jeśli na przykład Bóg czy Kościół są dla ciebie rzeczami, to prędzej czy później te „rzeczy“ cię nudzą. Aby to przełamać, trzeba odkryć prawdę, że Bóg to ktoś żywy ! Ktoś, kto codziennie chce mi powiedzieć coś innego. Ktoś, kto pozwala mi odkrywać na nowo swe Boże tajemnice. To osobowe spotkanie z Bogiem, to niesamowite doświadczenie Absolutu może dokonać się jedynie w Duchu Świętym.
Kim jest ta trzecia Osoba Trójcy Świętej ? Jest to Osoba równa Bogu i Synowi Bożemu. Jest On pełnym niepojętej, nieskończonej miłości „spojrzeniem“ Ojca na Syna i Syna na Ojca. Przyjąć Ducha Świętego to niejako spojrzeć na Jezusa pełnymi fascynacji oczami Ojca, spojrzeć na Ojca, tak, jak widzi Go Jezus. By jednak tego ognia Bożej miłości doświadczyć, trzeba przyjąć Ducha Świętego.

niedziela, 15 listopada 2009

Po co bierzmowanie ? (1)

Pewnie wielu z Was zastanawia się jeszcze po co jest sakrament bierzmowania ? Być może rozważania ks.Piotra Pawlukiewicza tu zamieszczone pomogą komuś z Was odkryć prawdę, że bierzmowanie to nie temat wzięty z obłoków, w których bujają mądrzy teologowie, ale faktyczne źródło duchowej mocy, która może bardzo silnie wpłynąć na życie człowieka i pomóc w rozwiązaniu jego istotnych problemów. Ktoś powiedział, że sakrament bierzmowania to źródło mocy Ducha Świętego, które dla niektórych ludzi od samego początku jest skutecznie zamknięte. Źródło niby jest, ale nic z niego nie tryska. Może dlatego w ich sercach panuje dręcząca susza.
Zesłanie Ducha Świętego było niewątpliwie przełomowym momentem w życiu Apostołów. Po Jego przyjęciu bardzo wiele zmieniło się w ich życiu. Można powiedzieć, że już przez całe swe misyjne życie opierali się na darach, które wtedy otrzymali.
W następnych rozważaniach ks.Piotr postara się Wam pokazać jak otrzymane w nim dary mogą nam pomóc w codziennym życiu.

piątek, 13 listopada 2009

Co wiedzieć warto ?

 SIEDEM SAKRAMENTÓW ŚWIĘTYCH
1. Sakrament chrztu
2. Sakrament bierzmowania
3. Sakrament Eucharystii
4. Sakrament pokuty i pojednania
5. Sakrament namaszczenia chorych
6. Sakrament święceń
7. Sakrament małżeństwa 

WARUNKI SAKRAMENTU POKUTY I POJEDNANIA
1. Rachunek sumienia
2. Żal za grzechy
3. Mocne postanowienie poprawy
4. Szczera spowiedź
5. Zadośćuczynienie

DARY DUCHA ŚWIĘTEGO:
1. Dar mądrości
2. Dar rozumu
3. Dar rady
4. Dar męstwa
5. Dar wiedzy (umiejętności)
6. Dar bojaźni Pańskiej
7. Dar pobożności

czwartek, 5 listopada 2009

Katechizm, część 4


A teraz odpowiedz na następujące pytania:
1. Jakie dary otrzymuje człowiek w sakramencie bierzmowania?
2. Czym według Ciebie jest dojrzałość chrześcijańska?
3. Co to jest Adwent?

poniedziałek, 19 października 2009

Katechizm, część 3


A teraz odpowiedz na następujące pytania:
1. Co to jest sakrament?
2. Jakie znasz sakramenty?
3. Kto może przyjmować Komunię Świętą?
4. Czym jest Kościół jako ludzie wierzący w Boga?

Co wiedzieć warto ?

PIĘĆ PRZYKAZAŃ KOŚCIELNYCH
1. W niedziele i święta nakazane we Mszy św. nabożnie uczestniczyć
i powstrzymać się od prac niekoniecznych
2. Przynajmniej raz w roku spowiadać się
3. Przynajmniej raz w roku, w czasie wielkanocnym, Komunię św. przyjąć
4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od mięsa i w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach
5. Troszczyć się o dobro wspólnoty Kościoła.

DZIESIĘĆ PRZYKAZAŃ BOŻYCH
1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.
2. Nie będziesz brał Imienia Pana Boga swego nadaremnie.
3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.
4. Czcij ojca swego i matkę swoją.
5. Nie zabijaj.
6. Nie cudzołóż.
7. Nie kradnij.
8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
9. Nie pożądaj żony bliźniego swego.
10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

GŁÓWNE PRAWDY WIARY
1. Jest jeden Bóg.
2. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.
3. Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
4. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.
5. Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
6. Łaska Boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna.

środa, 14 października 2009

Dobry dzień do zabijania - Cassie Bernall

 Dwudziestego kwietnia 1999, godz. 7.20. Zaspana Cassie schyliła się, by ubrać swe ulubione welurowe martensy. Szybko zbiegła ze schodów. Szkoła była tuż obok, ale do rozpoczęcia lekcji zostało niewiele czasu. Ziewnęła. W nocy długo ślęczała nad książkami.
- Pa, Cassie. Kocham cię! - krzyknęła na pożegnanie matka.
- Ja też cię kocham, mamo - wymamrotała dziewczyna.
Cztery godziny później…
Rozkrzyczany kolorowy tłum wybiegł na korytarz. W szkole średniej w Littleton w stanie Kolorado rozpoczęła się przerwa obiadowa. Nagle do budynku wkroczyli dwaj osiemnastoletni uczniowie: Eric Harris i Dylan Klebold. Mieli czarne płaszcze i narciarskie gogle. - Dobry dzień, żeby umrzeć! - rzucił jeden z nich. To jakiś wygłup? - dziwili się ich kumple, ale gdy jeden z chłopaków wyjął spod płaszcza karabin i zaczął strzelać, wszyscy zamarli.
Wybuchła panika. - Wszyscy zginiecie! - darli się szaleńcy i rozpoczęli polowanie. Szukali wzrokiem przedstawicieli mniejszości narodowych i chrześcijan. Strzelali do nich jak do kaczek.
Po każdym strzale ryczeli z radości.
Kilka minut wcześniej Cassie Bernall z plecaczkiem na ramieniu weszła do szkolnej biblioteki. Chciała w ciszy przeczytać fragment „Makbeta”. Nagle do sali wbiegła nauczycielka, krzycząc, że w holu są ludzie z pistoletami. Ktoś rzucił: „Spokojnie, to tylko jakieś wygłupy”, ale gdy do biblioteki wbiegł chłopak z zakrwawionym ramieniem, wszyscy rzucili się pod stoły. - Strasznie się trzęsłam - opowiada młodziutka Crystal. - Moja koleżanka skuliła się pod stolikiem i złapała mnie za nogi. Do biblioteki weszli Eryk i Dylan. Strzelali i powtarzali: „Całe życie czekaliśmy, żeby to zrobić”. Po każdym strzale krzyczeli z radości. - Nie mogłem niczego widzieć, kiedy ci faceci podeszli do Cassie, ale rozpoznałem jej głos - dopowiada łamiącym się głosem Josh. - Słyszałem wszystko, jak gdyby działo się to tuż obok. Jeden z nich zapytał ją, czy wierzy w Boga. Przez chwilę milczała, jakby nie wiedziała, co im odpowiedzieć, a potem powiedziała, że tak. Musiała być przerażona, ale głos jej nie drżał. Brzmiał mocno. Potem zapytał, dlaczego wierzy, ale nie dali jej odpowiedzieć. Rozległ się strzał...
Cassie z przestrzeloną głową osunęła się na podłogę. Gdy upadała, na przegubie dłoni zakołysała się bransoletka z wygrawerowanym napisem WWJD. To pierwsze litery słów: What would Jesus do - Co zrobiłby Jezus?. Od dwóch lat zadawała sobie to pytanie. Misty Bernall, matka dziewczyny, jak obłąkana krążyła wśród histeryzującego tłumu rodziców. Telewizja od kilkunastu minut nadawała tylko jedną informację: szaleńcy strzelają do swoich kolegów.
Kobieta przeczuwała najgorsze.
- Nieobecność dziecka była udręką niemal nie do wytrzymania. Miałam ze sobą poduszkę Cassie, którą zabrałam z jej łóżka. Gdy zaczęły mi płynąć łzy, objęłam tę poduszkę ramionami, wtuliłam w nią twarz i wdychałam zapach mojej córki. Zapach mojego dziecka. Nigdy tak długo i tak bardzo nie płakałam.
W sidłach szatana...
Wiele przeżyła z nastoletnią córką. Jeszcze dwa lata temu wprost nie potrafiła z nią wytrzymać. Wiele razy słyszała, jak zbuntowana dziewczyna rzucała jej w twarz: Nienawidzę cię! Zaczęło się niewinnie. Kiedyś znalazła korespondencję Cassie ze szkolną koleżanką. Wynikało z niej jasno: dziewczyna była pogrążona w beznadziei, myślała o śmierci. Nienawidziła wszystkich wokół, przeklinała rodziców. „Oddałam się cała szatanowi - opowiadała później. - Nie widziałam żadnego promyka światła. Wszystko było ciemnością”.
Była wprost opętana muzyką Marylina Mansona. Na swym walkmanie słuchała non stop jego piosenki: „
Zatłukę się na śmierć
Co ty siejesz, ja zbiorę
Kaleczę siebie, zobaczysz (...)
Miewam małe napady
Nacinam swój młody nadgarstek
Weź pistolet, weź pistolet...”.
Kilka lat później okazało się, że był to ulubiony utwór jej zabójców.
- Siedzieliśmy z mężem w stanie szoku, roztrzęsieni odkryciem. Chciałam powiedzieć: nie, to nie może być prawda, to wszystko jest złym snem, z którego wkrótce się obudzimy i będziemy mogli zająć się świętami Bożego Narodzenia - opowiada matka dziewczyny. Rodzice zastosowali areszt domowy. Ucięli wszelkie poprzednie znajomości córki. Znajomi dziewczyny mścili się: głuche telefony, obrzucane jajkami okna. A zamknięta Cassie myślała o jednym: jak tu uciec na koncert Marylina Mansona?
- Kiedy była na nas zła, krzyczała, że jest nieszczęśliwa, i to, że sprawdzamy jej pokój, jest nie w porządku - opowiada ojciec. - Wrzeszczała: „Zabiję się! Chcecie to oglądać? Zrobię to, a wy sobie patrzcie. Zabiję się. Wsadzę sobie nóż tutaj, prosto w serce”. Starałem się ją uspokoić. Rozmawiałem z nią, głaskałem, przytulałem i mówiłem, że bardzo ją kochamy. Matka siedziała tuż obok i głośno się modliła.
Trochę się boję...
Przeprowadzili się. Przenieśli Cassie do prywatnej chrześcijańskiej szkoły. - Byłam tam bardzo nieszczęśliwa, a wszyscy koledzy dosłownie mnie nienawidzili... - pisała dziewczyna. Powoli oswajała się z nowym towarzystwem. Poznała Jamie, zaczęły rozmawiać o Bogu, pojechała nawet na rekolekcje. Początkowo była nieufna, ale gdy usłyszała modlitwę uwielbienia, „pękła”. „Pan uwiódł mnie swą miłością” - opowiadała. Poczuła, jakby ktoś w ciemnym pokoju zapalił światło. Była kochana. Po powrocie uśmiechnęła się do matki: - Mamo, jestem nowym człowiekiem.
Od tamtej pory nie rozstawała się z Biblią. W 100% żyła dla Boga. Była znana z tego, ze nosiła do szkoły Biblie i często czytała ja na przerwach. Promieniowała radością. Niełatwo było jej porzucić dawne życie: zmagała się, miała wątpliwości. Ale była mężna. „Naprawdę, chcę żyć całkowicie dla Boga. Jest to trudne i trochę się tego boję, ale wiem, że warto” - napisała wieczorem 19 kwietnia 1999 roku. Następnego dnia rankiem wręczyła notatkę koleżance. Kilka chwil później powiedziała: „Tak, wierzę” i ... stanęła przed samym Bogiem. Twarzą w twarz.
Dla wielu młodych Amerykanów jej ofiara, męczeństwo, wyznana w tak trudnym momencie wiara, stały się bodźcem do nawrócenia. Komentatorzy mówią wręcz o duchowym odrodzeniu młodych za Atlantykiem. Ale Cassie nie była jedyna gorliwą wyznawczynią Chrystusa zamordowana tego dnia. Głęboko wierzący byli też 16-letni John Tomlin i 17-letnia Rachel Scott. Marzeniem Johna było, aby przyprowadzić do Kościoła swojego przyjaciela Brandona. I o ile za życia mu się to nie udawało, to praktycznie zaraz po jego śmierci Brandon się nawrócił.
Będę tą, która żyje...
W dniu jej śmierci brat Cassie znalazł jej wiersz napisany kilka dni wcześniej:
Teraz, kiedy oddałam już wszystko inne,
Jestem przekonana, że jest tylko jedna droga:
Prawdziwie znać Chrystusa i doświadczyć
Potężnej siły, który przywróciła
Go z powrotem do życia,
Poznać co znaczy cierpieć i umrzeć z Nim.
Bez znaczenia, ile będzie mnie to kosztowało,
Będę tą, która żyje świeżością nowego życia tych,
Którzy żyją powstali z martwych.

wtorek, 13 października 2009

Bóg jest źródłem prawdziwej miłości, wiary i życia (1 J 4,7-21)

"Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga,
a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga.
Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.
W tym objawiła się miłość Boga ku nam,
że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat,
abyśmy życie mieli dzięki Niemu.
W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga,
ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał.
Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas
i miłość ku Niemu jest w nas doskonała.
Poznajemy, że my trwamy w Nim, a On w nas,
bo udzielił nam ze swego Ducha.
My także widzieliśmy i świadczymy, że Ojciec zesłał Syna jako Zbawiciela świata. Jeśli kto wyznaje,
że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu.
Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam.
Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu,
a Bóg trwa w nim. Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości,
że mamy pełną ufność na dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest [w niebie], i my jesteśmy na tym świecie.
W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk,
ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka,
nie wydoskonalił się w miłości. O źródle miłości My miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował.
Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi,
nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga,
miłował też i brata swego." 
KOMENTARZ:
Bóg zawsze wychodzi do człowieka jako pierwszy, obdarzając go swoją bezinteresowną miłością. Każdy człowiek ma możliwość poznać Boga, ponieważ w każdym jest przynajmniej pragnienie miłości. Głęboka więź między Bogiem i człowiekiem możliwa jest tylko przez miłość. Przykazania miłości danego ludziom nie można traktować jako narzuconej z zewnątrz normy prawnej, gdyż w swojej istocie odwołuje się ono do najgłębszej potrzeby człowieka. Przez to przykazanie Bóg, który jest miłością, przypomina człowiekowi, pochodzącemu od Boga, że jedynie w miłości i przez miłość staje się on w pełni sobą.

Jeszcze jedna nowość !!!

Znajdziesz tu słowa naszego Pana, który pragnie sam Cię prowadzić swoimi drogami. Pozwól Mu na to i poddaj Mu się całkowicie. Zanurz się w lekturze Pisma Świętego i z niego czerp moc do lepszego życia. Proś Go, aby Ci pomógł przez uczestnictwo w życiu Kościoła, coraz głębiej wchodzić we wspólnotę życia z Chrystusem, aby On stał się Twoją drogą, prawdą i całym Twoim życiem. Proś Pana o to, abyś był(a) Mu posłuszny(a) poprzez wszystkie Twoje czyny, wypełnianie obowiązków i braterskie nastawienie do ludzi. Proś, aby całe Twoje życie świadczyło o tym, że Bóg jest Twoim OJCEM.

Modlitwy dla każdego...

Duchu Święty, który przez chrzest uczyniłeś mnie dzieckiem Bożym, 
racz zstąpić na mnie w sakramencie bierzmowania,
jak zstąpiłeś na apostołów w dniu Zielonych Świąt.
Zamieszkaj na zawsze w mojej duszy,
z Twoimi darami.
Udziel mi daru mądrości, rozumu i umiejętności,
daru rady i męstwa, pobożności i bojaźni Bożej,
natchnij mnie duchem apostolskim, żebym był dzielnym świadkiem
Chrystusa, mojego Pana. Amen.

piątek, 9 października 2009

Katechizm, część 2


Po zapoznaniu się z treścią odpowiedz na następujące pytania:
1. Co odróżnia człowieka od zwierząt?
2. Co to jest grzech pierworodny?
3. Kim jest Jezus Chrystus?

czwartek, 8 października 2009

Modlitwy dla każdego...

SKŁAD APOSTOLSKI
Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego,
stworzyciela nieba i ziemi.
I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego,
Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego,
narodził się z Maryi Panny,
umęczon pod Ponckim Piłatem,
ukrzyżowan umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł,
trzeciego dnia zmartwychwstał; wstąpił na niebiosa,
siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego,
stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych.
Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny,
świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie,
ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

  
MODLITWA DO ANIOŁA STRÓŻA
Aniele Boży, Stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój.
Rano wieczór, we dnie w nocy
Bądź mi zawsze ku pomocy,
Strzeż duszy i ciała mego
I zaprowadź mnie do żywota wiecznego. Amen.

  
UWIELBIENIE TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTRZEJ
Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu,
jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.

  
POZDROWIENIE ANIELSKIE
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą,
błogosławionaś Ty między niewiastami,
i błogosławiony owoc żywota Twojego Jezus.
Święta Maryjo, Matko Boża,
módl się za nami grzesznymi,
teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

  
MODLITWA PAŃSKA
Ojcze nasz, któryś jest w niebie:
święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje,
bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj.
I odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
I nie wódź nas na pokuszenie,
ale nas zbaw ode złego. Amen.

  
ZNAK KRZYŻA ŚWIĘTEGO
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

Słowo wstępne do „Źródła”.

Z niego czerpać będziecie siły do lepszego życia. Tak jak nie możemy żyć bez jedzenia, tak też nie możemy być zakorzenieni w Panu bez modlitwy. A z naszego zakorzenienia w Panu wypływają czyny i słowa, czyli nasza codzienność. Zaś św. Jakub apostoł mówi nam, że "wiara bez uczynków jest martwa". Zarezerwuj więc każdego dnia kilka minut na spotkanie z Panem na osobistej modlitwie, a w niedziele spotykaj się z Nim na Mszy świętej.
Być może zapomniałaś(eś) już podstawowe modlitwy i nie znasz tych, które Kościół daje nam dziś, więc tu, w „Źródle” możesz je znaleźć i czerpać z niego w obfitości...

Apostoł trędowatych...

DZIECIŃSTWO
Józef De Veuster, ten, który później otrzyma w zakonie imię Damiana, urodził się w rodzinie dość zamożnych flamandzkich rolników.
Rodzina żyła według starej chrześcijańskiej tradycji. Otwarta na miłosierdzie, praktykująca tak, jak było to w tamtej epoce jeszcze stosowane: w niedzielę nie zadowalano się Mszą św., lecz uczestniczono także w nieszporach i oczywiście szanowano niedzielny spoczynek.
Co wieczór rodzina gromadziła się na modlitwie, odmawiając różaniec i często - kiedy zajęcia na to pozwalały - czytając wspólnie o życiu świętych. Rodzina państwa De Veuster żyła ze stałą świadomością Bożego spojrzenia spoczywającego na człowieku. Wszyscy jej członkowie byli przekonani, że głównym celem życia człowieka jest zbawienie duszy. Dzieciństwo, które upłynęło w atmosferze głęboko chrześcijańskiej, a praktyki religijne stanowiły drugą naturę, naznaczyło młodego Józefa na całe życie. Nic też dziwnego w tym, że w tej rodzinie wiele było powołań.
Starsza siostra wstąpiła do Urszulanek w Tildonk, w odległości kilku kilometrów od domu. Druga siostra płonęła chęcią podążenia za nią, lecz rodzice stanowczo się temu sprzeciwili. Po kilku latach trzecia córka dołączyła do najstarszej. Z chłopcami było tak samo. August, najstarszy brat Józefa wstąpił do Ojców Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Louvain. Za nim podążył potem Józef.
GŁOS BOŻY
Józef, który ukończył naukę w wiejskiej szkole podstawowej, został przez rodziców wysłany do Braine-le-Comte, do Walonii, żeby się uczyć francuskiego. Ale i on odczuł głos Boga wzywający go do Jego służby. W tej epoce pensjonariusze szkoły spędzali święta nie w rodzinach, lecz z kolegami. Z okazji Bożego Narodzenia 1858 roku pisze więc do swych rodziców o Bożym wezwaniu, na które pragnąłby odpowiedzieć, lecz nie chce tego uczynić bez ich zgody. Józef ma wówczas 18 lat.
Cios był ciężki, zwłaszcza dla jego ojca, który miał nadzieję znaleźć w Józefie następcę. Wobec przedstawionych mu przez syna argumentów i jego wielkiego zdeterminowania przyjął to po chrześcijańsku. Widział w oświadczeniu chłopca wolę Bożą wobec swego syna.
ZAKONNIK NAJŚWIĘTSZYCH SERC JEZUSA I MARYI
Z początkiem 1859 roku pan De Veuster zabrał ze sobą Józefa w odwiedziny do Louvain, do Augusta. Mając do zrobienia zakupy w mieście zostawił braci razem. Kiedy wrócił po młodszego syna, Józef wyjawił mu, że postanowił już więcej nie wracać do domu. Ojciec, który przeczuwał taki rezultat ich wizyty w Louvain, wyraził zgodę. Józef w wieku 18 lat został w Zgromadzeniu.
Przerwawszy naukę w gimnazjum, nie mógł marzyć zbyt wcześnie o kapłaństwie, nie mając dostatecznego wykształcenia. Miał więc zostać bratem zakonnym w klasztorze w Louvain. Ta perspektywa go nie zachwycała, lecz i to przyjął jako wolę Bożą.
2 lutego 1859 roku młody postulant otrzymał habit i imię brata Damiana, po czym rozpoczął nowicjat. Dwaj bracia znaleźli się więc w tym samym klasztorze.
Brat Damian okazał się jednak bardzo uzdolniony. Nawet swego rodzonego brata zaskakiwał łatwością, z jaką uczył się łaciny. Opanował ją do tego stopnia, że jego brat nie potrafił powstrzymać się od powiedzenia o swym spostrzeżeniu przełożonym. Wtedy zdecydowano się umożliwić mu święcenia kapłańskie.
MISJONARSKIE MARZENIA
Od swego powstania Zgromadzenie wysyłało misjonarzy za morza, na wyspy Pacyfiku. Ogarnięty gorliwością misjonarską brat Damian miał również nadzieję znaleźć się w Oceanii. Wszystkim rzucało się w oczy jego ogromne nabożeństwo do św. Franciszka Ksawerego, o którego wstawiennictwo zabiegał, pragnąc zrealizowania swoich marzeń.
DECYZJA
7 października 1860 roku brat Damian złożył śluby wieczyste w Paryżu, w Kościele Matki Bożej Pokoju, po czym wrócił do Louvain, aby kontynuować studia filozoficzne i teologiczne. Jego brat, który otrzymał imię zakonne Pamfil, miał właśnie wyjechać na misje na Hawaje. Jednak choroba spowodowała, że myślano już o odłożeniu wyjazdu. Chociaż Damian nie ukończył jeszcze studiów, zaczął nalegać, aby mu pozwolono jechać w miejsce brata. Ojciec Generał przyjął jego propozycję. Płonący zapałem misjonarskim Damian pożegnał rodziców, wiedział bowiem, że już ich więcej nie ujrzy na ziemi. 9 listopada 1863 roku z małą grupą misjonarzy wsiadł na pokład w Bremerhaven. Do Honolulu dopłynęli 19 marca 1864 roku. W osiem dni po przybyciu, wikariusz apostolski udzielił Damianowi święceń subdiakonatu. W trzy tygodnie potem - diakonatu, a w miesiąc później 21 maja wyświęcił go na kapłana.
Odtąd brat Damian był więc ojcem - kapłanem i misjonarzem.
APOSTOŁ
Dla ojca Damiana bycie misjonarzem oznaczało przede wszystkim niesienie Ewangelii tym istotom, które nie znały jeszcze Boskiego Zbawiciela, aby mogły osiągnąć zbawienie wieczne. Zaraz po święceniach został wysłany na wyspę Hawaje, gdzie przełożeni powierzyli mu najpierw tereny na południu wyspy, a później na północy. Pozostał tu przez dziewięć lat. W tym czasie wybudował skromnymi środkami liczne kapliczki.
Pewnego dnia w 1873 roku wikariusz apostolski poprosił o ochotników, którzy odwiedzaliby co jakiś czas trędowatych na wyspie Molokai, w odległości 100 km od Hawajów. Ze zwykłą wspaniałomyślnością zgłosił się - ojciec Damian. Jego kandydatura została przyjęta.
To miłość bliźniego, a zwłaszcza miłość do najbiedniejszych pośród braci, popchnęła naszego misjonarza do "poświęcenia się biednym trędowatym", jak sam napisał do Prowincjała. Wyjechał od razu, aby pozostać z tymi, nad którymi opieka została mu wtedy powierzona i którym się oddał bez granic. Wkrótce napisał list do rodziców, w którym wyraził swą radość, że może wreszcie "służyć Panu w jego biednych, chorych dzieciach, odrzuconych przez innych ludzi".
Na widok istot ludzkich, fizycznie tak upadłych, że wyłączono je ze społeczności (a niektórzy byli tak zniekształceni, że strach było na nich patrzeć) serce ojca Damiana topniało. Widział w każdym brata, dziecko Boże, które jak on otrzymało nieśmiertelną duszę, odkupioną drogocenną Krwią Zbawiciela i której trzeba było pomóc w zbawieniu wiecznym.
Na początku swej misji zamierzał się poświęcić jedynie zbawieniu dusz. Potem, za przykładem swego Boskiego Ideału, nabrał przekonania, że powinien także uczynić wszystko, aby przynieść ulgę ciałom tych biednych chorych, podobnie jak czynił Jezus, kiedy żył na ziemi. Podjął więc starania, żeby jego podopieczni mogli się ubrać i mieszkać bardziej przyzwoicie. Leczył ich jak umiał, posiadając zaledwie kilka podstawowych leków.
Jego miłość ujawniała się we wszystkich dziedzinach: opiekował się sierotami, otworzył sklep, w którym produkty wydawane były... za darmo, któż bowiem pośród tych nędzarzy mógłby zapłacić? Trzeba było doprowadzić wodę pitną - to luksus, którego jeszcze nie znano na wyspie. Trzeba było zrobić jeszcze wiele innych rzeczy, które ulżyłyby w życiu tym wyłączonym ze społeczności żyjących.
Całe to dobro, jakie ten ojciec misjonarz im przynosił, dowodziło trędowatym, że nauczanie tego ojca było prawdziwe, że naprawdę istnieje ten Bóg, który ich kocha, pomimo ich przerażającej nędzy.
Ojciec Damian ukochał tak bardzo owieczki, jakie Pan powierzył mu za pośrednictwem przełożonych, że stale z nimi przebywał, dzieląc ich życie, a nawet posiłki. Zdawał się wręcz zapominać, że trąd to choroba zaraźliwa, która choć czasem rozwijała się powoli, to jednak w tamtej epoce była jeszcze nieuleczalna.
Początkowo miał przebywać na Molokai tylko jakiś czas. Potem zaś miał go zastąpić jakiś "zmiennik" - jeden ze współbraci. Jednak... nie było tłoku wśród zwolenników życia pośród trędowatych! Bardzo szybko ojciec Damian pojął, że zostanie na swej wyspie trędowatych na zawsze. Przyjął to i ofiarował Bogu bez reszty swe życie.
Długie chwile każdego dnia spędzał na modlitwie przed tabernakulum, czerpiąc z niego siły do kształtowania siebie na wzór Chrystusa, za którym wkrótce miał podążyć na Kalwarię.
STRASZLIWY WYROK
Rzeczywiście w roku 1884, czyli w jedenaście lat po swym przybyciu na Molokai, ojciec Damian uświadomił sobie, że zaraził się straszną chorobą od swych przyjaciół. Miał 44 lata. Zauważył pewne, znane sobie dobrze, oznaki choroby. Przecież tak wiele razy widywał je u swoich "parafian"! Kiedy objawy zaczęły się nasilać, specjalista potwierdził przerażające podejrzenie: ojciec Damian jest zarażony trądem.
Misjonarz, doświadczony w obcowaniu z nieuleczalną chorobą, wiedział, co to oznacza: stopniowe staczanie się, wyłączenie ze społeczności ludzi, szybka śmierć.
Powiedzenie, że straszliwa nowina nim nie wstrząsnęła, byłoby kłamstwem. Wystarczy wspomnieć naszego Boskiego Zbawiciela w Getsemani, który błagał: "Ojcze, jeśli to możliwe, oddal ode Mnie ten kielich..."! Ojciec Damian także doznał głębokiego wstrząsu, jakim każdy z nas zareagowałby w takiej sytuacji.
Rzeczywiście szybko został wyłączony ze społeczności ludzi. Najpierw Prowincjał potwierdził, że z powodu zarażenia nie wolno mu już nigdy opuścić wyspy. Przebywający z nim współbrat - odszedł. Tak. Trędowaci są naprawdę wyrzuconymi przez ludzkość śmieciami! Ojciec Damian miał więc zostać całkowicie sam.
A jednak...
Nie wiedząc o tym, ojciec Damian był znany bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Stało się tak dlatego, że nie było w tamtej epoce zbyt wielu chętnych do życia pośród trędowatych. Cała prasa pisała więc o nim. O jego chorobie dowiedział się szybko cały świat. Zaczęły napływać nie tylko dary, ale i chętni do udzielenia mu pomocy.
Solidarność - okazana nawet przez protestantów, podziwiających jego odwagę - pocieszała go, umacniała, dodawała sił do wspięcia się na sam szczyt krzyżowej drogi. Jego życie duchowe nabrało intensywności, a wraz z nim przyszła ufność w nieskończone miłosierdzie Zbawiciela. Widział w swym trądzie "czynnik, jakim Opatrzność posługuje się, aby go oderwać od wszelkich ziemskich przywiązań..."
KALWARIA: TRĘDOWATY WŚRÓD TRĘDOWATYCH
Ojciec Damian widział rozwój choroby u tak wielkiej liczby swych owieczek, że mógł śledzić, nie myląc się, rozwój własnej choroby. Widział więc nadejście śmierci i pogodnie, bez złudzeń, stawił jej czoła. W poniedziałek 15 kwietnia, w Wielkim Tygodniu roku 1889 wypowiedział ostatnie słowa: "Jak słodko jest umierać będąc dzieckiem Najświętszych Serc". Potem odszedł połączyć się na Kalwarii z Tym, za którym dotąd szedł wiernie. Miał 49 lat. Nikt nie miał wątpliwości, że u kresu tej drogi usłyszał słowa: "Pójdź, sługo dobry i wierny, przyjmij koronę tobie przygotowaną. Wejdź do radości twojego Pana."
Ojciec Święty Jan Paweł II wyniósł go do chwały ołtarzy, podczas wizyty w Belgii, w ojczyźnie dzielnego i ofiarnego misjonarza.
Na 11 października 2009 roku zaplanowana jest kanonizacja Ojca Damiana.