poniedziałek, 10 grudnia 2012

Jeszcze jeden ADWENT



Adwent, jako czas przygotowania się do Bożego Narodzenia, miał bardzo różne koleje losu i różnie był postrzegany. Warto zatem odczytać jego prawdziwy sens, ponieważ ma to być dla nas czas szczególny.

Oczekiwanie, nadzieja, pokój: oto zasadnicze cechy tego okresu, oczywiście bez pomijania takich elementów jak zamyślenie, refleksja, modlitwa czy oczyszczenie. Biorąc to wszystko pod uwagę, wydaje się, że najbardziej stosownym nastawieniem, które powinno jak najszybciej zagościć w naszych sercach jest... pragnienie. Wraz z Adwentem wchodzimy bowiem w czas oczekiwania, ukierunkowany na wydarzenia ostateczne: przyjście Jezusa! Tego przyjścia powinniśmy pragnąć ze wszystkich sił.

Warto podkreślić, że termin adwent, sam w sobie, wskazuje, że osoba na którą czekamy jest niezwykle ważna. Paradoks polega na tym, że fakt przyjścia „Tego, na którego czekamy” - mimo, iż w sensie historycznym już się dokonał - teraz, w liturgii, ukazywany jest jako wydarzenie z przyszłości. Stanowi to dla nas wyjątkowe zaproszenie i szansę zarazem, byśmy na nowo zrozumieli, że Ten, który ma nadejść, ma znaleźć właściwe miejsce w naszym życiu, ma być wreszcie zauważony.

Chrystus już się narodził, teraz pora, by we mnie zrodził się... prawdziwy chrześcijanin. Powinniśmy sobie po raz kolejny uświadomić, że Chrystus-Mesjasz nie przychodzi po to, by odbierać formalne pokłony, by złożyć nam wizytę towarzyską, by wymienić z nami poglądy... Jemu nie chodzi o idee, lecz o radykalną zmianę, zmianę naszej mentalności! Przyjęcie Go oznacza zatem zgodę na Jego wizję świata, człowieka i zbawienia.

Czuwanie adwentowe otwiera nas na nadzieję, na nowe stworzenie, na zamysł samego Boga. Ewangelista Łukasz przedstawia nam nadejście Pana w kategoriach chwały i potęgi: będzie to więc spotkanie z Chrystusem-Sędzią. Na to spotkanie mamy być gotowi, co więcej - mamy go wyczekiwać!

„Otrzymamy od Boga wszystko to, co mamy nadzieję otrzymać” - zapewniał św. Jan od Krzyża. Oto prawdziwy sens Adwentu: czasu pragnienia, przebudzenia, nadziei, ufności. Nasz Bóg nadchodzi, wstaje jak jutrzenka, nie opóźni się, udzieli nam swego Ducha, który pozwoli nam trwać w modlitewnym wezwaniu: „Marantha! Przyjdź, Panie, Jezu”.

W tej sytuacji potrzeba tak naprawdę tylko jednej słusznej decyzji: w każdej chwili naszego życia zdać się ufnie na Boga. Jeśli nie chcemy, by dzień sądu nas zaskoczył - już teraz zgódźmy się na Jego bliskość.


czwartek, 1 listopada 2012

Uroczystość Wszystkich Świętych w Roku Wiary…



Dzień dzisiejszy jest uroczystością połączoną z nawiedzeniem. Ziemia ta mówi o kruchości i krótkości życia doczesnego, mówi o wartości cierpienia, które często poprzedziło odejście bliskich z tej ziemi, mówi o tajemnicy śmierci i o bólu rozstania. Trzeba tylko otworzyć serce, aby usłyszeć prawdę, którą kryje każdy cmentarz i każda mogiła.
W naszym wyznaniu wiary od chrztu powtarzamy: „Wierzę w świętych obcowanie” — tzn. wierzę w istnienie łączności między świętymi a mną, wierzę w to, że mogę obcować ze świętymi, a dzieje się to tylko wtedy, kiedy znam konkretnego świętego i mogę z nim zawrzeć przyjaźń. To mnie wprowadzi w wielką wspólnotę ludzi, którzy potrafili wygrać życie. Takim konkretem ukazującym autentyczność wiary w obcowaniu ze świętymi jest troska o to, by znać dokładnie życie przynajmniej kilku świętych. Obecnie w życiorysach ukazuje się konkretnych ludzi, którzy wędrowali drogą naszego szarego życia i potrafili wejść do domu Ojca Niebieskiego. Takie życiorysy dotyczą św. Maksymiliana Kolbego, św. Brata Alberta, św. Rafała Kalinowskiego. W nich już nie kładzie się nacisku na cuda, lecz na konkret życia, który w spotkaniu z tymi świętymi pozwala uwierzyć, że droga Ewangelii jest drogą możliwą do przebycia dla mnie.
Wejście w grono świętych jest wejściem we wspólnotę żyjącą miłością, która ma to do siebie, że zawsze promieniuje. Jeżeli ktoś otwiera swoje serce na spotkanie z człowiekiem wielkiego formatu, to pozostaje pod działaniem doskonałej miłości wspólnoty ludzi świętych i w atmosferze ich miłości o wiele łatwiej mu wędrować ewangeliczną drogą.
Rok Wiary daje sposobność pogłębienia wiary, większego zaufania Bogu we wszystkim, co jest przedmiotem wiary, a więc również w prawdzie o świętych obcowaniu. Co więcej, praktykowanie łączności ze świętymi i zmarłymi bardziej nas z nimi łączy, w dodatku oni poprzez swoje wstawiennictwo pomogą nam tu, na ziemi, pogłębić naszą wiarę.
Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych dają doskonałą okazję do refleksji nad życiem, jego celem, a jednocześnie te pierwsze dni listopada, to szansa na pogłębienie łączności ze świętymi i zmarłymi.
Przede wszystkim prawdziwy kult świętych jest oddaniem czci Bogu, bo przecież święci osiągnęli niebo dzięki łasce Bożej, dzięki współpracy z nią. To Bóg jest źródłem wszelkiej świętości.
Możemy ofiarować świętym naszą pamięć, która wyraża się w czytaniu ich pism, rozpamiętywaniu ich życia, naśladowaniu, a także w dedykowaniu im różnych "monumentów wiary" - kościołów, kaplic, ołtarzy, obrazów, figur...
Nawiedzenie cmentarzy to szansa na ofiarowanie modlitw za bliskich zmarłych, ale jednocześnie jest to szansa na refleksję: oto ci, których groby nawiedzam, byli jeszcze niedawno tu, gdzie ja jestem - za krótką chwilę mojego życia to ja będę tam, gdzie oni już doszli... Kwiaty i znicze to swego rodzaju opakowanie - są potrzebne jako zewnętrzna forma naszej pamięci, jednak przede wszystkim potrzeba, abyśmy przynieśli naszym bliskim zmarłym dary duchowe: nasze modlitwy, stan łaski uświęcającej, Komunię św. przyjętą w intencji zmarłych. Nawiedzając groby zmarłych, mam szansę okazać im miłość przez dary duchowe, a jednocześnie szansę na właściwą refleksję nad sobą samą: z każdym dniem, z każdą chwilą jestem bliżej wieczności, moje ciało spocznie w grobie, a ja stanę przed Panem i zdam sprawę z czasu mojego życia na ziemi...
Moja nadzieja jest w Bogu Miłosiernym, do którego przecież należymy i przed którym każdy stanie. Czy więc muszę się bać wieczności? Przeciwnie! Muszę się bać dnia dzisiejszego, tj. mojego życia tu i teraz, żebym nie zmarnowała łask Bożych i osiągnęła szczęście wieczne w królestwie Bożym.
"Czas ucieka, wieczność czeka" - nie ma odwrotu, z każdym dniem jesteśmy bliżej naszych bliskich zmarłych, za krótką chwilę życia dołączymy do nich... Czas biegnie nieubłaganie swoim rytmem, nie można go spowolnić, zatrzymać ani przyśpieszyć, można go tylko dobrze wykorzystać lub w czasie ziemskiego życia się zatracić... Rok Wiary jest szczególnym wyzwaniem dla nas, abyśmy wchodzili w komunię ze świętymi i zmarłymi…
Rok Wiary jest szansą na pogłębienie komunii z nimi, a przez to na pogłębienie naszej wiary. Mieszkańcy nieba nie potrzebują już wiary i nadziei, oni mają wiedzę i oglądają Boga, a przenikani Jego odwieczną miłością mogą umocnić naszą wiarę i nadzieję, abyśmy w miłości mogli dojść w swoim życiu do domu Ojca.



środa, 17 października 2012

Rok wiary

Rok Wiary – okres ten w Kościele katolickim rozpoczął się 11 października 2012 roku, w pięćdziesiątą rocznicę otwarcia Soboru Watykańskiego II, a skończy się w Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata, 24 listopada 2013 roku. W dzień rozpoczęcia mija także 20 lat od opublikowania przez błogosławionego Jana Pawła II Katechizmu Kościoła Katolickiego i obradować będzie Synod Biskupów nad kwestią nowej ewangelizacji. Ogłoszony został przez papieża Benedykta XVI w liście apostolskim w formie motu proprio (list papieski o charakterze dekretu powstały z inicjatywy własnej papieża) „Porta fidei” wydanym 11 października 2011 roku. W założeniu papieża Rok wiary ma być zaproszeniem do autentycznego i nowego nawrócenia do Chrystusa, zaangażowania misyjnego na rzecz nowej ewangelizacji. Powinien również wyrazić wspólne zobowiązanie do ponownego odkrycia i studium podstawowych treści wiary, które znajdują się w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Katechizm ma być też prawdziwym narzędziem wspierania w wierze, zwłaszcza dla tych, którzy troszczą się o wychowanie chrześcijan. Papież zaznacza, aby ten Rok rozbudził w każdym wierzącym aspirację do wyznawania wiary w jej pełni i z odnowionym przekonaniem, z ufnością i nadzieją, by bardziej celebrować wiarę w liturgii, zwłaszcza Eucharystii. Jednocześnie pragnie, żeby świadectwo życia ludzi wierzących było coraz bardziej wiarygodne. Zwłaszcza w tym Roku każdy wierzący powinien ponownie odkryć treść wiary wyznawanej, celebrowanej, przeżywanej i przemodlonej, i zastanowić się nad samym aktem wiary. Rok ten będzie okazją sprzyjającą temu, by wszyscy wierni głębiej zrozumieli, że fundamentem wiary chrześcijańskiej jest «spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie». Wiarę, opartą na spotkaniu ze Zmartwychwstałym Jezusem Chrystusem, będzie można odkrywać w jej integralności i w pełnym blasku. «Również w naszych czasach wiara jest darem, który trzeba na nowo odkryć, pielęgnować i dawać o nim świadectwo», ażeby Pan «sprawił, że każdy z nas doświadczy z radością, jak pięknie jest być chrześcijaninem».
Katechizm młodych uczy, że "Modlitwa to wielka brama do wiary" (YouCat, 469). Poświęć i Ty kilka minut codziennie, aby pogłębić swoją wiarę. Aby Ci to ułatwić zapraszam Cię na: YouCat on Facebook. Od 11 października codziennie jest tam zamieszczany jeden punkt z YOUCAT.
To Katechizm Kościoła Katolickiego przystosowany językowo dla młodzieży i dlatego dostępny dla każdego..., także dla Ciebie. Nie zmarnuj więc takiej okazji…!!!

środa, 5 września 2012

Nowy rok szkolny nową szansą, to wielki kredyt zaufania od Jezusa.( Mt 25,14–30)


"Podobnie też jest jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!" Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".
KOMENTARZ
Szybko minęły wakacje, a życie człowieka toczy się dalej. Przez wakacje nabraliście sił do czekających was nowych zadań. Przychodzimy dziś do Chrystusa, by najpierw Mu dziękować za ten letni czas odpoczynku, za poznanych nowych ludzi, za zdobyte doświadczenia, za to, że mogliśmy innym pomóc, ofiarować swój czas i życzliwość. Niech we wszystkich naszych dobrych wakacyjnych przeżyciach będzie uwielbiony Pan Bóg. Jego Opatrzność nad nami czuwa w czasie wakacji i w czasie roku szkolnego. Panie Jezu – niech nasza obecność wokół Twego ołtarza będzie najpierw dziękczynieniem!
Na początku roku szkolnego powinniśmy zadać sobie pytanie: co to znaczy być uczniem? Co najpierw i przede wszystkim robi uczeń? Wielu odpowie: uczy się! Ale my chcemy iść dalej. Co to znaczy uczyć się? Od czego zaczyna się każde uczenie? Uczenie zaczyna się od słuchania. Uczeń najpierw słucha i to nie byle czego, ale słucha mądrości. A gdzie mieszka mądrość, gdzie ją znaleźć, by móc jej słuchać?
Mądrość zamieszkuje w dobrych książkach i w sercu oraz umyśle ludzi, których nazywamy nauczycielami. Oni chcą nas nauczyć życiowej mądrości. Wiemy, że mądrości nie można wyczytać wyłącznie z podręczników szkolnych, że nauczyciel, to nie tylko pan czy pani ze szkoły. Nauczyciele to też rodzice, dziadkowie, starsi, którzy uczą nas dobrze żyć. A i nasi rówieśnicy, koledzy, przyjaciele też! Od nich możemy często nauczyć się czegoś dobrego. My dzisiaj przychodzimy do Nauczyciela nad nauczycielami i słuchamy słów Księgi nad księgami! Biblii! Tak, Jezus jest naszym pierwszym i najlepszym nauczycielem, a najwspanialszym podręcznikiem życia i mądrości jest Pismo Święte. Dziś po wakacjach mamy pierwszą lekcję słuchania! Co z tego, że Jezus mówi – jeśli nikt Go nie słucha? Co z tego, że Biblia zawiera mądrość – jeśli nikt nie sięga do jej słów? O czym opowiada dziś nasz Nauczyciel Jezus w Ewangelii? Kto Go dziś słuchał uważnie?
Kochani! Na początku roku warto uświadomić sobie na nowo, że Bóg każdemu człowiekowi rozdaje talenty, zdolności. Nie można ich zakopać w ziemi, ale trzeba z nich zrobić użytek, puścić je w obrót, by przyniosły zysk. Jakże wielu uczniów zakopuje swoje talenty. Przez lenistwo, niesolidność, nieobowiązkowość, marnowanie czasu. O ile lepszy byłby świat wokół nas, gdybyśmy lepiej wykorzystywali nasze talenty. Mamy talenty pomnażać dla dobra innych ludzi i na chwałę Boga. Bo przecież Bogu najbardziej zależy na dobru drugiego człowieka. Nasza wiedza i zdolności mają służyć innym. Dlaczego nasze zdolności miałyby być zakopane, zasypane lenistwem i głupotą, jeśli mogą uczynić tyle dobra? Jezus daje nam talenty i oczekuje naszej współpracy, naszego wysiłku. Jesteśmy współpracownikami Boga w budowaniu dobra i miłości. To wielkie zadanie. Jezus bardzo nam ufa, skoro przekazuje nam talenty. Nie możemy Go zawieść. Nowy rok szkolny to nowa szansa, to wielki kredyt zaufania od Jezusa. Wszystko zawsze zaczyna się od słuchania. Słuchać Jezusa, starszych, nauczycieli - to tajemnica mądrości. Bez słuchania nigdy nie pomnożymy żadnego talentu.
Uczeń jest po to, aby słuchał. Jezus nie zostawia nas w wysiłku pomnażania naszych talentów. Zawsze czeka na nas na Mszy Świętej, w Komunii św., w czasie modlitwy porannej i wieczornej – by dawać nam swe łaski i wewnętrzne siły do pomnażania talentów. Przychodźcie do Niego często, by słuchać Jego słów pełnych mądrości, otwierajcie w domu nie tylko podręczniki szkolne z obowiązku, ale i Biblię – Księgę mądrości życiowej i miłości. Niech każdy z nas na końcu tego roku zasłuży, by usłyszeć słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Dobrze sługo dobry i wierny! Wejdź do radości twego Pana!” Bo przecież kochani przyjaciele, pomnażając nasze zdolności, nie tylko czynimy dobro na ziemi, ale otwieramy sobie bramy nieba, gdzie oczekuje nas Jezus z niekończącą się nagrodą za dobrze wykorzystane talenty!

sobota, 23 czerwca 2012

Nawrócenie córki oficera SB...

Urodziłam się w 1955 r. w rodzinie komunistycznej. W środowisku, w którym żyłam, nikt nigdy nie mówił o Bogu, nie było modlitwy. W niedzielę tata zabierał mnie do kina na poranek filmowy dla dzieci. Kiedy miałam pięć lat urodził się mój brat i pamiętam, że bardzo chciałam wyrzucić go przez okno. Wychowałam się kolejno: w żłobku, przedszkolu, na podwórku. Mama pracowała w domu, miała pracę chałupniczą i moja obecność zawsze jej przeszkadzała. Jak było Boże Narodzenie ubieraliśmy choinkę i tata robił prezenty dla wszystkich, było dużo radości. Tata był człowiekiem bardzo milczącym, nigdy nie było rozmów, tylko uwagi np. - "jak pies je, to nie szczeka". Nie było przytulania, serdeczności, ale kiedyś usłyszałam, że miłości nie wyraża się w słowach tylko w czynach.
     Tata był dla mnie bardzo ważny. Czułam, że chociaż nie okazuje serdeczności, jest zamknięty, to jednak mogę na nim polegać. Kiedy nie potrafiłam odrobić matematyki, odkładał gazetę i cierpliwie rozwiązywał ze mną zadania, i taki był zawsze. Jeśli poprosiłam, sensownie mi pomagał.
     W szkole w rubryce: zawód ojca, zawsze miałam wpisane - tajemnica państwowa. Nurtowało mnie, że nie wiem, kim jest mój ojciec. Był pracownikiem MSW, ale co dalej - nie wiedziałam. Jako osoba już dorosła dotarłam do informacji, że mój tata jest oficerem śledczym służby bezpieczeństwa. Bałam się wprost pytać, ponieważ mając szacunek, odczuwałam wobec taty lęk spowodowany chyba brakiem bliskości. W szkole podstawowej i liceum prowadziłam samorząd szkolny, a także organizację ZMS co cieszyło tatę - mówił: "moja krew". On także był aktywnym członkiem partii i działał w egzekutywie, ale w domu nigdy nie mówił o tym, co robił poza domem - niczym się nie dzielił. W domu były różne teksty klasyków komunizmu: Marksa, Engelsa i Lenina, które z pewnym podziwem czytałam, nie będąc do tego przez nikogo zachęcana. Pojęcie wolności, jako uświadomionej konieczności, zostało w mojej świadomości do dziś.
     Słowa te w Bożym wymiarze odsłaniają głęboką mądrość. Z tym co robiłam, czym żyłam było mi dobrze, ale narastało we mnie coś, co przeżywałam jako głębszą samotność, tęsknotę, której nie zagłuszałam, ale i niczym nie potrafiłam wypełnić - to często narastało we mnie jako ból, którym nie potrafiłam z nikim się podzielić. Czasem wychodziłam z najlepszej prywatki - ta radość pogłębiała jeszcze uczucie pustki. Dramat życia rozpoczął się wtedy, gdy pewnego dnia moja mama wyznała mi, że kiedy byłam małą dziewczynką, ochrzciła mnie w tajemnicy przed ojcem. Przeżyłam głęboki szok, poczułam się oszukana. Odrzuciłam rodziców, zaczęłam żyć na własną rękę.
     Szukałam siebie, miłości, bliskości - znikałam na długie tygodnie w górach, gdzie szukałam samotności. Bliskość przeżywanych przyjaźni znajdowała dopełnienie w bliskości fizycznej. Zaszłam w ciążę. Nie wiedziałam co robić. Powiedziałam mamie. Usłyszałam: musisz to usunąć, gdyż ojciec cię z domu wyrzuci". Nie miałam żadnych uczuć macierzyńskich, ani odrobiny dojrzałości do przeżywania tego, co się we mnie zaczęło dokonywać. Mama poszła ze mną do lekarza i pamiętam, jak lekarz w białym fartuchu z pełną powagą oświadczył mi, że konstytucja PRL pozwala na usunięcie ciąży. Lekarz to wielki autorytet, jeśli się nie ma w sercu największego autorytetu - Boga. Oczywiście poczułam się zaraz jak chora, której medycyna i konstytucja spieszą na ratunek i zostałam poddana tzw. zabiegowi. Rok później przeżywałam tragedię śmierci kogoś, kto był dla mnie bardzo ważny. W załamaniu, kiedy żyje się bez Jezusa, szuka się miłości, serdeczności w bliskości seksualnej. Drugi raz zaszłam w ciążę. Chciałam mieć to dziecko, chciałam je urodzić, pragnęłam je mieć. Mama twardo powiedziała, że w domu w takim stanie nie będę mogła zostać. Chodziłam po znajomych, pukałam do różnych drzwi prosząc o pomoc, żeby ktoś mi użyczył kąta, żebym mogła donosić. Nie znalazłam nikogo, kto by mi zechciał pomóc. Zostałam zmuszona do poddania się "zabiegowi", co przeżyłam psychicznie jako straszny gwałt. Mama z lekarzem stwierdzili, że to ostatni dzwonek. Po tym, co się dokonało, byłam już inną osobą. Straciłam radość, przeżywałam stany depresyjne, rozpacz, samotność, bezsens. Pojawiły się silne zahamowania w kontakcie z ludźmi, poczucie utraty własnej wartości i godności, brak szacunku dla siebie. Z całą pewnością, gdyby ktoś wtedy podał mi narkotyki - wzięłabym. Nie widziałam sensu życia.
     Będąc na samym dnie doświadczyłam Miłosierdzia Bożego. Tego dotknięcia, które jest podaniem dłoni i poprowadzeniem ku prawdziwemu życiu, które jest światłem pośród ciemności. Uczepiłam się tej odrobiny Życia jak chora kobieta szat Chrystusa. Podążając za Nim, bardzo, bardzo powoli odzyskiwałam godność dziecka Bożego. Nie oglądam się do tyłu, trzymam rękę na pługu i podążam naprzód.
     W końcu zostałam założycielką i koordynatorką jednego z ruchów modlitewnych w Polsce. Katechetką, żoną i matką czwórki dzieci.
     Może te słowa, które napisałam, będą dla kogoś zasiewem.


Marta