Przeżywamy obecnie ROK WIARY i wpadł mi w ręce
ciekawy - moim zdaniem – artykuł, który zmusza do refleksji i właśnie do niej w
tym świętym czasie Wielkiego Postu chciałam Was zaprosić.
– Czy może nam Ksiądz powiedzieć, co jest powodem
tego, że wielu ludzi w naszych czasach deklaruje się jako wierzący, ale nie
praktykuje swojej wiary, tzn. nie uczestniczy w życiu Kościoła?
– Postawa człowieka, który mówi, że jest wierzący,
ale niepraktykujący, nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Podobnie jak
postawa niepraktykującego lekarza, policjanta, stolarza, męża czy żony.
Dlaczego więc na płaszczyźnie wiary spotykamy się z takim sformułowaniem? U
podstaw takich stwierdzeń tkwi nieznajomość wiary. Jest to także pewna zasłona
dymna, za którą kryje się lenistwo pospolite i niechęć do wysiłku, co ujawnia
się również w postawie wobec Pana Boga. Współczesność jak gdyby temu sprzyja.
Żyjemy w czasach konsumpcjonizmu, dążenia do wygody; jesteśmy przekonani, że
wszystko się nam należy. To są czasy, które nie sprzyjają temu, co jest w
wierze czynnikiem podstawowym – a jest nim ofiara, pewien wysiłek. Powiada się:
nie ma wiary bez ofiary. Wiara wymaga poświęcenia, dania czegoś z siebie. W tym
napięciu człowiek broni się fałszywą troską o siebie samego i swój materialny
czy psychiczny dobytek. Pan Jezus mówił wyraźnie, że łatwiej jest wielbłądowi
przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa. Nie chodzi tu może
o jakieś bogactwo materialne, bo różnie z tym bywa w naszych czasach, ale o
nastawienie na zdobywanie i nieustanne pomnażanie dóbr materialnych. To
człowieka od Boga w jakiś sposób odsuwa. Jeżeli wiara wymaga jakiegoś
osobistego zaangażowania i wyrzeczenia, to człowiek przed tym ucieka. Chciałoby
się, żeby człowiek był zaangażowany w wiarę zarówno rozumem, jak i wolą.
Kierowanie tymi władzami wymaga codziennej troski, a więc związane jest z
pewnym wysiłkiem. Jeżeli człowiek nie przyzwyczaił się od dziecka do
współdziałania w przyjaźni z Panem Bogiem, jeśli Go dobrze nie poznał, nie
pokochał i nie rozsmakował się w tej przyjaźni, to nic dziwnego, że zamiast
miłości – dostrzega ciężar obowiązków, przed którymi się broni.
– Wiele osób jednak uważa się za ludzi wierzących i
twierdzi, że na swój sposób praktykują wiarę. Są przekonani, że Bóg jest
wszędzie, że można się z Nim spotykać na spacerze w parku czy w rozmowie
osobistej, a niekoniecznie chodzić do kościoła na jakieś nabożeństwa…
– Myślę, że tu też mamy do czynienia z fałszywą
samoobroną. W niektórych rodzinach wiarę przeżywa się zbyt naskórkowo, nic więc
dziwnego, że przy życiowych wstrząsach wiara może się zagubić. Wiara jest formą
przyjaźni, formą miłości i podlega takim samym prawom, jakim one podlegają.
Miłość i przyjaźń szukają jakichś form zewnętrznych i w nich się wyrażają.
Wystarczy popatrzeć, jak zachowują się ludzie zakochani. Jeżeli zginie
wewnętrzne zaangażowanie, a chce się zachować pozory, człowiek chwyta się
różnych fałszywych ogólników, w które ani on sam, ani inni nie wierzą. Ktoś
mówi np., że skoro Pan Bóg jest wszędzie, to wszędzie można się modlić. On sam
najchętniej modli się w górach. A na pytanie, kiedy tam był ostatni raz,
odpowiada, że 10 lat temu. Kiedy zapytałem więźnia, czy modli się w nowej
kaplicy, natychmiast usłyszałem: „Nie mam czasu”, a siedział w więzieniu już
kilkanaście lat. Takimi stereotypami oszukujemy samych siebie i innych. Czyli,
krótko mówiąc, wiara nie jest zakorzeniona w człowieku, a ponieważ wymaga
wysiłku, człowiek ją odrzuca. Niestety w naszej polskiej rzeczywistości, przy
masowości wiary, zdarza się, że jest ona mało pogłębiona. A skoro jest mało
pogłębiona, to byle wiaterek potrafi nią zachwiać. Nic dziwnego, że w momencie,
kiedy wiara zaczyna kosztować, człowiek ją odrzuca. Tak samo jest w naszych
relacjach z ludźmi – jeśli nie są one oparte na przyjaźni, wzajemnych
kontaktach i zainteresowaniach, to takich więzów człowiek szybko się pozbywa
pod byle jakim pretekstem. Podobnie jest z Panem Bogiem. Dopóki to specjalnie
nie przeszkadza, to np. dzieci i młodzi ludzie chodzą do kościoła z rozpędu,
ale gdy przychodzi jakaś burza życiowa lub gdy przyznanie się do wiary zaczyna
kosztować, wtedy jest już gorzej.
– Jakie więc mamy możliwości, żeby do takich ludzi
dotrzeć i wytłumaczyć im, że jednak wiara wymaga zakorzenienia w Kościele i że
tylko wtedy, gdy jest praktykowana, ma szanse się rozwijać?
– To tak jak w przyjaźni. Jeśli chce się mieć
przyjaciela, to trzeba z nim zjeść beczkę soli, a jeśli się chce żyć w
przyjaźni z Panem Bogiem, to wymaga to współdziałania z Nim, pewnego wysiłku i
czasu. Zawsze to się dokonywało w rodzinach poprzez modlitwę, liturgię i
pielęgnowanie tradycyjnych zachowań. To się odbywało również we wspólnotach –
parafialnych i innych; dziecięcych, młodzieżowych i osób dorosłych. Współczesne
czasy nie sprzyjają pielęgnowaniu i zachowywaniu więzów rodzinnych, autorytety
są podważane, a konsumpcjonizm wyklucza ducha ofiary. Odżywają stare hasła –
głoszące, że religia to sprawa czysto prywatna.
Wiara jest łaską, jest
darem i my, duszpasterze, jesteśmy świadkami tego, jak ludzie nagle,
nieoczekiwanie przychodzą do kościoła, cudem odzyskują wiarę i są pełni
zaangażowania i zrozumienia. Ale są to przypadki wyjątkowe. Natomiast w
warunkach normalnych wiara wymaga codziennego wysiłku. Bardzo dobrą propozycją
jest przynależność do różnych wspólnot parafialnych, bo one tworzą odpowiedni
klimat do praktykowania wiary. Ludzie są dzisiaj często osamotnieni, a na tej
samotności żerują sekty, stosując technikę tzw. bombardowania miłością.
Szukając ciepła, zrozumienia czy kontaktu z innymi, ludzie połykają
ideologiczny fałsz.
Bardzo ważne i
niezawodne jest osobiste świadectwo wiary. Jako katolicy stanowimy w Polsce
zdecydowaną większość. Gdybyśmy potraktowali poważnie sprawę wiary i
świadectwa, to byłby to potężny ładunek zachęty dla tych, którzy są poza
Kościołem. A więc przede wszystkim świadectwo osobiste i wspólnoty oraz
modlitwa, zwłaszcza adoracyjna.

